Dragon Ball Super #1-6 [RECENZJA]

Radosław Dąbrowski Komiksy Publikacja: 22.09.2019, 15:00 Aktualizacja: 23.09.2019, 22:48
W lutym 2001 roku ukazał się w Polsce pierwszy tom mangi Dragon Ball. Na okładce widniał siedzący na smoku mały Son Gokū. W zeszłym roku sympatyczny wojownik powrócił do polskiego środowiska komiksowego. W lipcu wydano szósty tom nowych przygód Gokū, a na jesień zaplanowane są kolejne.
dragon ball super
9 Udostępnień

Dragon Ball – znak dzieciństwa

Rozpoczęcie na początku wieku wydawania komiksów Dragon Ball było idealnym dopełnieniem niemal codziennego zasiadania przed telewizorem i oglądania odcinków japońskiej anime na RTL7. Było to magiczne 25 minut, w czasie których podwórka i place zabaw były opustoszałe i wszystkie dzieciaki siedziały w domu wpatrzone w ekran.

Po odcinku nastąpiło wyjście poza rodzinne kąty i na boisku lub trzepaku podzielenie się wrażeniami z obejrzanego odcinka. Trudno znaleźć osobę dorastającą na przełomie wieków, która przynajmniej nie usłyszałaby o Son Gokū. A niewykluczone, że dotyczy to także rodziców tych dzieci.

To, że serial wyprodukowano na podstawie komiksu, nie jest żadną tajemnicą i dotyczy bardzo wielu anime. Oczywiście można podjąć klasyczny temat „książka czy film” i zastanowić się, w której formie przygody Gokū są ciekawsze. Wydaje się jednak, że w tym przypadku śmiało można postawić znak równości. I jest to również zasługa twórców polskiego wydania komiksu, którzy dokonali świetnego tłumaczenia i oddali specyfikę rozmów oraz humor, jaki znany jest nam choćby z anime.

Powrót komiksu Dragon Ball po latach

Ostatni tom Dragon Ball Z (czterdziesty drugi z całej serii) ukazał się w maju 2003 roku. W telewizji oglądaliśmy jeszcze odcinki Dragon Ball GT, których wątków nie dane już było śledzić na komiksowych kartkach. W 2015 roku najpierw powrócił serial (Dragon Ball Super), trzy lata później zaś ukazało się pierwsze polskie wydanie nowej serii komiksu nakładem wydawnictwa JP Fantastica.

Gdy wziąłem do ręki świeżutki, charakterystycznie pachnący jeszcze tom, natychmiast poczułem te same emocje, co siedemnaście lat wcześniej. Ponownie solidnie wydany komiks, z nieco twardszą okładką i rozpoznawalnym grzbietem, na którym widoczny jest zarys jakiejś postaci (dla przypomnienia – ułożenie wszystkich grzbietów obok siebie tworzy panoramę bohaterów).

Można zacząć czytać

Już samo przekartkowanie pozwoli na szybkie wyciągnięcie wniosków, że ilustracje (którymi zajął się Toyotarō) stylistycznie nie odbiegają od tego, co cieszyło nasze oczy przed laty. Udało się zachować podobną dynamikę podczas scen batalistycznych, nie brakuje również pewnych symbolicznych gestów czy zachowań u konkretnych postaci. Toyotarō zajął się graficzną stroną serii, lecz za scenariusz odpowiadał Akira Toriyama. I na tym polu otrzymujemy wiele powodów do radości, ale zaczynają się także pewne zgrzyty.

Co warto podkreślić – Toriyama nie postawił na obszerniejszą ekspozycję. Zamiast tradycyjnego krótkiego streszczenia poprzednich części (w zabawny sposób zmieniającego się z każdym nowym tomem, co pewnie wielu Czytelników pamięta) autor sagi postanowił na jednej stronie umieścić finalne rozstrzygnięcie starcia Gokū ze straszliwym Buu. Następnie akcja przenosi się o nieokreśloną liczbę lat do przodu (jak napisał sam japoński mistrz: „Od tamtych pamiętnych wydarzeń upłynęło nieco czasu…”) i nowy odbiorca zostaje rzucony na głęboką wodę.

Kolejni bohaterowie wprowadzani są w naturalny sposób – naturalny w tym znaczeniu, że każdy się zna, nikt łopatologicznie nie wyjaśnia kim jest, jakie ma umiejętności, czym są słynne smocze kule i tak dalej (no dobrze, ze smoczymi kulami kwestia się zmienia w następnych tomach, gdy pojawiają się nowe postaci i im ktoś to musi wytłumaczyć). Niemniej mamy poczucie, że historia biegnie dalej, że Toriyama kontynuuje swoją opowieść i nie rozpoczyna czegoś nowego, co byłoby tylko odniesieniem do dawnych lat.

Pośmiejmy się razem z Gokū

Dragon Ball był zawsze atrakcyjny nie tylko pod kątem walk, lecz także humoru. W Dragon Ball Super otrzymujemy to, co lubimy – dokuczliwe, ale podszyte nutką sympatii gierki słowne między Gokū a Vegetą, ujmujący temperament Bulmy, objadanie się co najmniej kilkoma miskami z jedzeniem czy sławetne stwierdzenie „To była rozgrzewka. Teraz zaczynam walczyć na serio” (jednocześnie wywołujące ogromny szok u przeciwnika). Nie brakuje także Pilafa i jego podwładnych czy wspaniałego Buu, który będzie musiał rozwiązać test na inteligencję.

W takim generalnym spojrzeniu na wszystkie serie Dragon Ball bywa poważny, smutny, nostalgiczny, ociekający przemocą (niektórym dzieciakom rodzice zabraniali oglądania anime), ale przy tym bardzo dowcipny. Nowe komiksy na tym nie straciły.

Miejsce akcji, czyli gdzie walczymy?

To jest kwestia bardzo istotna. O ile już w poprzednich komiksach (czy odcinkach serialu) bohaterowie opuszczali Ziemię i udawali się na inne planety, tak teraz autorzy poszli jeszcze dalej. Gokū i spółka walczą nie tylko z istotami z innych zakamarków wszechświata, lecz także… z innych wszechświatów. W Dragon Ball Z dochodzi do rywalizacji pomiędzy wojownikami niemal z całego kosmosu.

Z jednej strony mamy spore urozmaicenie w kwestii miejsc akcji i wspólnie z bohaterami odwiedzamy nowe planety, z drugiej podczas lektury miałem poczucie, że twórcom zabrakło pomysłu na wykorzystanie Ziemi. Dosyć prostym zabiegiem jest wypuszczenie postaci w dalsze obszary uniwersum i narysowanie dla nich nowych planet.

W efekcie (siłą rzeczy) poznajemy wielu, naprawdę wielu nowych bohaterów. Po przeczytaniu szóstego tomu trudno policzyć wszystkie świeże twarze. Niektóre zostają z nami na dłużej, inne otrzymały od Toriyamy (przynajmniej na ten moment) symboliczne pięć minut. Intrygujący jest Piwus i związany z nim łuk postaci; mamy kilku przeciwników, którzy są silniejsi od Gokū i reszty drużyny, co zawsze jest dodatkowo mobilizujące dla tych drugich, ale niestety przewijają się także sylwetki, o których po kilkudziesięciu stronach zapomnimy.

Co jeszcze się podoba lub nie?

Nie chcę przesadnie zdradzać tego, co czeka w dotychczasowych sześciu tomach, zatem tylko napomknę, że spokojni mogą być sympatycy (w tym ja!) Turnieju Sztuk Walki o Tytuł Najsilniejszego pod Słońcem czy wątku poruszania się w czasoprzestrzeni z Trunksem w roli głównej (tu też ja). Dlatego w Dragon Ball Super dzieje się sporo, walk oglądamy mnóstwo, momentami odczuwalny jest nawet ich przesyt. W najnowszym szóstym tomie trochę się pod tym względem uspokoiło, ale to tylko cisza przed burzą i w siódmym powinniśmy się spodziewać kolejnej porcji pojedynków. I to z udziałem naprawdę wielu bohaterów!

Czasami brakuje jednak pewnych momentów wyciszenia, chwili na refleksję… Akcja goni akcję, jedne wątki zostają należycie zamknięte, inne gwałtownie urwane i porzucone. Myślę, że przy nieznanych mi bohaterach nowa opowieść Toriyamy byłaby nieco trudniejsza do przebrnięcia. Można też narzekać na rzadką obecność postaci kobiecych. Bulma gdzieś się przewija w tle, pojawia się Android #18, w dwóch tomach dużo miejsca dostała Mai, ale na tych trzech paniach wyliczanka właściwie dobiega końca. Pozostaje (nie)cierpliwie czekać na Chichi, bo o Lunch w wersji „niebieskiej” raczej nie ma sensu wspominać…

Ale to jednak wciąż Dragon Ball

I z tego powodu nowe komiksy wciąż dostarczają niemało emocji. Gdy tylko kupię kolejną część, to od razu zabieram się za czytanie, nie powstrzymując swojej chęci sprawdzenia co nowego słychać u… na przykład Vegety.

Dlatego pomimo pewnych mankamentów Dragon Ball Super to udany powrót do klasyki. A dla wielu – sentymentalna podróż do dzieciństwa.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments