Final Fantasy Dissidia NT [RECENZJA]

Marta Nejfelt Recenzje gier Publikacja: 5.11.2018, 13:21 Aktualizacja: 5.11.2018, 13:21
Dissidię pamiętam doskonale z dość już leciwej konsolki przenośnej PSP. Kupiłam ją tylko dlatego, że chciałam zagrać w Crisis Core: Final Fantasy VII, ale spędziłam przy tym małym ekraniku wiele godzin także po jej ukończeniu, bo odkryłam obie części Dissidii.
3 Udostępnień

Final Fantasy Dissidia NT – wrażenia

Dissidia: Final Fantasy i Dissidia 012 Final Fantasy były podobne w formie – w jednej i drugiej bohaterowie głównych odsłon zostali wezwani przez dwóch bogów, aby walczyli między sobą i przywrócili równowagę na świecie. Niby banał, ale ponieważ obie dały mi wtedy dużo radości, więc z podekscytowaniem czekałam na premierę Final Fantasy Dissidia NT na konsolę PS4 (która zresztą pojawiła się u mnie głównie dlatego, że wychodziło Final Fantasy XV).

Najnowsza odsłona Dissidii to niby wciąż bijatyka z dużą ilością fanservice, ale nie mogę oprzeć się silnemu wrażeniu, że coś tutaj nie wyszło. Pierwsze rozczarowanie przyszło już na samym początku, gdy po raz trzeci serwowana jest dokładnie ta sama fabuła. W dodatku podana jest wyjątkowo kiepsko, bo story mode to po prostu jedna mapka . Dość niewielka zresztą – w której kolejne partie historii odkrywa się dzięki kamieniom Memoria.

Jak zdobyć kamienie? Grając niezliczoną ilość niezwiązanych z fabułą meczy w online lub offline mode… To nie żart. O ile w poprzednich częściach walki odbywały się bezpośrednio na mapce, to tutaj większość walk odbywa się zupełnie poza story mode. I to tylko w celu zdobycia skarbów, co w moim odczuciu zabija przyjemność z poznawania historii.

Tryb story mode

Story mode ma jeszcze jedną, zasadniczą wadę – praktycznie nie jest trybem. Znaczna większość odblokowywanych wspomnień to cutscenki, a w pierwszą walkę na mapie można zagrać mniej więcej po paru godzinach (!) gry. Wtedy ma się już tyle uzbieranych kamieni, że można wreszcie dotrzeć do bijatyki. Bardzo zniechęcało mnie, gdy kolejny punkt na mapce okazywał się filmikiem. I kolejny. I kolejny też… Frustrujące.

Tyle dobrego, że cutscenki są wizualnie piękne, a głosy postaci podłożone wyśmienicie. Grałam z japońskim dubbingiem i naprawdę miło było po raz kolejny usłyszeć Noctisa, mówiącego tym samym głosem (i z tą samą nutą pretensji do całego świata!) co w Piętnastce.

System walki w Final Fantasy Dissidia NT

W Dissidiach na PSP oferowano graczom pojedynki jeden na jeden, areny także były dość małe, ale czego spodziewać się po przenośnej konsolce? Dissidia NT wykorzystuje moc PS4 w całości i tutaj są już walki 3 na 3, w dodatku na dużo większych arenach. Wciąż wykorzystywane są dwa rodzaje ataków – te zbijające HP oraz te zabierające Bravery i wciąż trzeba oba liczniki obniżyć do zera, aby wygrać.

Oprócz tego pod trójkątem każda postać ma swoje ataki specjalnie, które zwykle są jakimś leczeniem, boostem albo czymś innym w tym klimacie. Jakby tego było mało, czasami na arenie losowo pojawia się kryształ i warto go rozbić, bo pozwala on na przyzwanie summona, który pomaga drużynie. Dużo tego i na początku zupełnie nie wiadomo, co się dzieje, ponieważ na ekranie jest mnóstwo liczb, linii, wybuchów, światełek, pasków i innych atrakcji. Jest to dość często spotykane w japońskich grach, ale takiego stężenia nie widziałam już bardzo dawno.

Właśnie dlatego warto przed właściwą grą przejść przez tutoriale, aby połapać się w tym Latającym Cyrku Team Ninja, ale lojalnie ostrzegam, że i tak odnalezienie się w tym systemie walki zajmie chwilę. Mało to intuicyjne i naraz dzieje się tak dużo, że czasem nawet kamera nie nadąża.

Niepowodzenie online mode

Być może wspomniane już wady przekładają się na niepowodzenie online mode, bo coś, co miało być nowością w Dissidiach okazało się sromotną porażką. Po kilku walkach rozegranych offline i nabraniu wprawy chciałam zmierzyć się z innymi graczami w trybie online, ale… nikogo mi nie znalazło. Matchmaking trwał dokładnie cztery minuty i dziewiętnaście sekund, po czym zrezygnowałam. Szkoda, bo mógł to być mocny punkt tego tytułu, ale z botami grać przecież nie będę.

Ucieszył mnie za to fakt, że obeszło się bez miliona mikrotransakcji i od samego początku można grać całą paletą postaci znanych z podstawowej serii, włącznie ze wspomnianym już Noctisem z najnowszej odsłony czy nawet Ace’m z Final Fantasy Type-0. Jasne, można sobie kupić z PS Store dodatkowe bronie czy kilka postaci (np. Rinoa z FF8), ale to tylko jako kaprys. Ubrania, dodatkową muzykę i bronie kupuje się w sklepie za zbierane w trakcie walk gil, a avatary czy dialogi odblokowuje się otwierając lootboxy.

Grafika i animacje w Final Fantasy Dissidia NT

Niewątpliwie mocną stroną gry jest przepiękna, kolorowa grafika. Animacje są płynne, nie przycinają się i cokolwiek by nie mówić o japońskim zamiłowaniu do efekciarstwa, to jednak wizualnie Dissidia NT robi ogromne wrażenie.

Jak zwykle też w pakiecie gracze dostają fantastyczną muzykę i nie ma w tym ani grama przesady. Takeharu Ishimoto, autor muzyki do wszystkich Dissidii i Crisis Core, to jeden z moich ulubionych Finalowych kompozytorów – znany jest z szybkich, gitarowych kompozycji i nie zabrakło ich także tutaj.

W znakomitej większości są to remiksy najpopularniejszych kawałków z poprzednich części, jednak zmiksowane tak zgrabnie, że wciąż brzmią świeżo i świetnie pasują do szybkiego tempa gry.

Final Fantasy Dissidia NT – czy warto w nią grać?

Wymieniłam sporo wad, więc czy Final Fantasy Dissidia NT to zła gra? Nie, chociaż hiciorem też nie jest. To taki solidny średniak do zabawy na kilka-kilkanaście godzin albo wręcz przeciwnie – na zagranie kilku walk, gdy akurat mamy do zagospodarowania pół godzinki.

Fani serii po to sięgną, bo fanservice wylewa się z telewizora. Fani japońskich gier też, bo Dissidia jest po japońsku kolorowa i szalona. Miło popatrzeć, posłuchać i się pobawić. Reszta może sobie darować.

Plusy

  • piękna grafika,
  • świetna muzyka,
  • duuuużo postaci do wyboru,
  • system walki jest ciekawy….

Minusy

  • …ale także mocno skomplikowany i najpierw trzeba go opanować,
  • tryb fabularny to porażka,
  • chaos, chaos, chaos,
  • powtarzalność i konieczność grindowania,
  • koszmarny matchmaking.
Grę do recenzji bezpłatnie dotaszczył wydawca gry w Polsce - Cenega. 

Ocena redakcji 6 / 10

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o