Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe w komiksie [RECENZJA]

Radosław Dąbrowski Recenzje komiksów Publikacja: 13.10.2019, 13:32 Aktualizacja: 13.10.2019, 13:33
„Ale ja chciałabym również, aby mnie lubili…” - to wyznanie bohaterki recenzowanego tomu Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe jest trudne do przyjęcia i wczucia się. Czemu? Wszystkie niedostatki i kilka zalet komiksu o Marilyn Monroe bezlitośnie wypunktowuje w recenzji Radosław Dąbrowski.
Spadajaca gwiazda Marilyn Monroe wydawncitwo ongrys
3 Udostępnień

Geneza komiksu Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe

Po sukcesie Halloween Blues Zbigniewowi Kasprzakowi zaproponowano zadbanie o ilustracje do Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe. Siła postaci Dany Anderson oraz sugestywność odtworzenia lat 50. sprawiły, że dyrektor artystyczny wydawnictwa Casterman, Arnaud de la Croix, nie wyobrażał sobie nikogo innego do narysowania komiksowego wizerunku kultowej amerykańskiej aktorki.

Historia o Monroe miała być trzecią częścią z kolekcji Buntownicy – składającej się na nią utworach, opowiadających o dramatycznych losach znanych postaci oraz buntowniczej postawie wobec pewnych zjawisk społecznych, politycznych, kulturalnych czy historycznych, prowadzącej w pośredni lub bezpośredni sposób do ich śmierci.

Marilyn Monroe, a właściwie Norma Jeane Mortenson

Zasadniczą część komiksu poprzedza dwustronicowe kalendarium, przybliżające najważniejsze wydarzenia z życie Monroe. Nawet dla osób niezaznajomionych wcześniej z jej życiorysem będzie to wystarczający dodatek, aby zauważyć nieustanne zmiany na wielu polach (zawodowym czy prywatnym), do jakich dochodziło w zaledwie trzydziestosześcioletnim życiu aktorki. Marilyn bowiem miała aż trzech mężów, wdawała się w liczne romanse, a jako aktorka przeszła długą drogę od epizodysty po artystkę mogącą przebierać w rolach i decydować o scenografii, kostiumach, doborze operatora czy montażu filmu.

Opowieść rozpoczyna się od wydarzeń w nocy z 4 na 5 sierpnia 1962 roku. Niemogący zasnąć sąsiad Monroe zauważa, że w willi aktorki dzieje się coś niepokojącego, o czym świadczą stojące przed nią radiowozy policyjne i karetka. Kilka kratek dalej mający dyżur na pobliskim komisariacie mundurowy przegląda czasopismo z obecną na jednej ze stron Monroe. Nagle dzwoni telefon. Policjant dowiaduje się, że laureatka Złotego Globu nie żyje.

Po tej scenie przenosimy się do roku 1960, ale nie jest to ostatni skok na osi czasu. Wręcz przeciwnie. Chronologia zostaje zaburzana wielokrotnie i na przestrzeni niespełna pięćdziesięciu stron czytelnik śledzi losy aktorki z drugiej połowy lat 40., 50. oraz początku 60. Z jednej strony prowadzi to do małego chaosu, z drugiej twórcy mogli się skupić na ukazaniu tylko tych najważniejszych (w ich opinii) wydarzeń, które mają znaczenie dla głównego wątku, jaki obrali. Tym wątkiem jest śmierć Monroe, a właściwie długi proces jej upadku, którego zwieńczeniem było nagłe odejście.

To właśnie na kryzysach i niepowodzeniach aktorki skupiają się scenarzyści Maryse oraz Jean-François Charles i rysownik Zbigniew Kasprzak. Oczywiście mamy tu kilka ciekawych innych mini-scenek, np. gdy Norma Jeane Mortenson zmienia swoje nazwisko na Marilyn Monroe, ale nawet one służą jednemu – potwierdzenia postawionej przez autorów tezy.

”Są gotowi na wszystko, aby trafić na pierwsze strony gazet”

Powyższe zdanie wypowiada Monroe, adresując je nie tylko do speców od reklam, lecz domyślnie także do każdej osoby ze świata filmu i mediów, z którymi nie było jej po drodze. Tacy ludzie bowiem decydują o dramaturgii tej komiksowej historii – bezduszni, łakomi na sukces i pieniądze, żądni skandalu i interesujący się swoimi aktorami wtedy tylko, gdy stanowią dla nich gwarancję powodzenia.

I w tym momencie dochodzimy do pewnego problemu, jakim jest stronniczość twórców komiksu. Monroe zostaje wybielona i wykreowana na wielką ofiarę praw rządzących światem Hollywood. Oczywiście nie kwestionuję obecnych u filmowców czy dziennikarzy negatywnych cech, na jakie zwrócili uwagę autorzy Spadającej gwiazdy, ale nie do przyjęcia jest tak skrajne stanowisko.

Wady charakteru Marilyn Monroe są tylko lekko sygnalizowane, a np. jej słynne wielokrotne spóźnianie się na plany filmowe, co doprowadzało wytwórnie do poważnych kłopotów finansowych, zostało przedstawione jako skromny, nieistotny incydent. Skłonności aktorki do romansowania również ukazano w stonowanym nastroju, a za niepowodzenia w trzech małżeństwach zdają się odpowiadać wyłącznie mężczyźni.

Powszechnie Marilyn Monroe kojarzona jest z rolami słodkich blondynek, co także zostało potraktowane jako osobisty dramat Amerykanki, tj. w głębi duszy źle się czuje w takich kreacjach i jest do nich wręcz zmuszana z powodu rozmaitych kontraktów. Nie jest to aż tak abstrakcyjne i na pewno świadoma własnego talentu Marilyn byłaby w stanie stworzyć szereg równie udanych ról dramatycznych o bardziej skomplikowanym podłożu psychologicznym, niemniej robienie z niej męczennika stanowi małą przesadę.

Twórcy komiksu o Marilyn Monroe zrobili też dobre rzeczy

Zdaniem twórców, za co warto ich pochwalić, nie jest jednak tak, że wyłącznie świat Hollywood odpowiada za upadek Monroe i narastające problemy mentalne. Przybliżeniu tego Czytelnikowi służą wspomniane skoki na osi czasu i np. powrót do lat 40. Odbyte wówczas spotkanie Marilyn Monroe ze swoją siostrą sugeruje, że pewne schorzenia psychiczne mogą być wynikiem odziedziczenia ich po matce (to właśnie ona jest głównym tematem rozmowy kobiet). Takich wątków powinno być więcej – po pierwsze lepiej poznajemy rodzinne sprawy z biografii Monroe, po drugie jest to po prostu ciekawsze niż powielane sceny kłótni z reżyserami/producentami filmowymi.

Za inną zaletę komiksu należy uznać to, że Kasprzak dostosował malarski styl do konkretnej epoki. Inaczej wyglądają sceny z lat 40. a 60. Dzięki temu nie tylko plansza z podanym rokiem informuje nas, że doszło do kolejnego skoku na osi czasu. Wątków na planach filmowych jest tak niewiele, iż nie otrzymujemy szansy na wnioskowanie tego np. z obecności danych reżyserów albo kręcenia jakiejś rozpoznawalnej sceny.

Niemniej stosunkowo blado wypada sama Monroe. O ile wizerunek aktorki broni się w momentach ukazujących jej blask, piękno i seksapil (bycie obiektem fotografa na plaży, śpiewanie urodzinowej piosenki prezydentowi Kennedy’emu czy uczestniczenie w szykownych kreacjach na bankietach), tak gorzej wypada w scenach konfliktowych, bardziej dramaturgicznych. Złoszcząca się lub krzycząca Marilyn jest nad wyraz ekspresywna. Przesadnie zaakcentowano marszczenie brwi, wykrzywianie warg czy rozszerzające się źrenice. Niepotrzebnie przypomina to styl gry aktorskiej z epoki kina niemego. Przydałoby się nieco minimalizmu i postawienia na symboliczne gesty, zamiast tak przerysowaną mimikę.

Recenzja Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe – podsumowanie

W niniejszym artykule chyba więcej ponarzekałem niż pochwaliłem, ale nie jest tak, że Spadającej gwiazdy. Marilyn Monroe nie polecam. Wręcz przeciwnie – to uniwersalny utwór, w którym odnajdą się zarówno osoby nie znające Monroe, jak i sympatycy filmów z jej udziałem. Sama historia mogłaby być bardziej urozmaicona. Przede wszystkim ukazująca Marilyn także od tej mroczniejszej strony i nie robienia z jej ideału, który skrzywdzili źli ludzie. Ot choćby zakończenie z jednej strony jest sugestywne i symboliczne, z drugiej po ponad czterdziestu stronach wpatrywania się w wiecznie rozżaloną Monroe trudno się przejąć jeszcze jedną rozterką i przyznaniem: „Ale ja chciałabym również, aby mnie lubili…”.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o