Tęczowe animacje to nowy punk rock – FISH&CHIPS #23

Tomasz Pstrągowski Seriale Publikacja: 29.06.2021, 11:22 Aktualizacja: 29.06.2021, 11:23
Równość, empatia i wybaczenie. Tęcza, girl power i kucyki pony. Jebać cynizm. Oto punk XXI wieku.
0 Udostępnień

Źródło: shirleyjacy/Flickr – She-ra. Taro Taylor/Flickr – Punk’d.

Będąc młodym punkiem

W drugiej połowie lat 90. uważałem się za buntowniczego punka. Ubierałem się na czarno. Nosiłem glany. Namiętnie słuchałem Sex Pistolas, The Clash, Rancid i The Offspring. A z polskich Włochatego i Alians. Wyznawałem anarchistyczne poglądy – oczywiście w takim stopniu, w jakim nastolatek walczący co roku o promocję do następnej klasy potrafi zrozumieć skomplikowaną myśl anarchizmu. 

Punk – nurt z samej swojej natury bardzo eklektyczny i niemożliwy do jednoznacznego zdefiniowania – był dla mnie przestrzenią wolności i buntu. Uważałem się za punka, bo punk postrzegałem jako radykalną apoteozę wolności i sprzeciwu wobec wszelkiej władzy. Bycie punkiem oznaczało odrzucenie uczestnictwa w sztywnych strukturach i organizacjach. Ale jednocześnie toczący wieczną wojnę ze skinheadami punk zawsze stawał w obronie słabszych. Sprzeciwiał się rasizmowi. Upominał o marginalizowanych i prześladowanych. 

Pomimo deklarowanej apolityczności i obrzydzenia do klasy politycznej punkowcy zawsze lokowali się raczej po lewej stronie spektrum politycznego. Muzycy i fani tej estetyki często wywodzili się z klasy robotniczej, a wyrażana przez nich frustracja zrodziła się z wykluczenia, w które klasę robotniczą wpędziły liberalne reformy w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii lat 70. i 80. czy transformacja ustrojowa w Polsce lat 90. Punk mógł się brzydzić politykami SLD czy Labour Party, ale pytany o szczegóły był za solidarnością społeczną, przeciw wielkiemu kapitałowi; za wolnością osobistą, ale przeciw wolnemu rynkowi; za otwartym społeczeństwem i przeciw strukturom siłowym.

Złota (szpetna) era Cartoon Network

Punk był też wyborem czysto estetycznym. Podobała mi się muzyka. Podobały mi się obszarpane ubrania, rozklepane trampki i ciężkie buciory. Podobała mi się ostentacyjna brzydota (albo: udawana niedbałość) będąca jednocześnie deklaracją buntu. Wyzywane od brudasów punki ubierały się źle i ubóstwiały prostacką muzykę, bo tak bardzo wkurwiało to tych wszystkich sztywniaków, wapniaków, urzędasów, grzeczne dzieciaki, nauczycieli etc.

Kiedy więc w telewizji pojawiły się brzydkie, buntownicze animacje, zrywające z leciwym status quo, mówiącym, iż bajki mają być ładne, mądre i dla dzieci, oczywiście, że ustawiłem się na przodzie kolejki. Zachwycała mnie wulgarność Beavisa i Buttheada. Kochałem agresywną przekorność South Parku, uważając, że oto nadszedł w końcu serial do szpiku uczciwy, walący we wszystkie strony sporu. A kiedy na antenie Cartoon Network zagościły szpetne, wredne kreskówki spod szyldu What a Cartoon! uczyłem się ich na pamięć. 

Dosłownie! Dialogi z pilotażowego odcinka Laboratorium Dextera do dziś potrafię wyrecytować o każdej porze dnia i nocy. Zdarza mi się rzucać żartami z Johnny’ego Bravo czy Dwóch głupich psów. Zaś scena z koszmarnym płodem mówiącym Chojrakowi „you’re not perfect” to jeden z najbardziej wstrząsających momentów mojego dorastania.

 

Kreskówki drugiej połowy lat 90. i początku pierwszej dekady XXI wieku – zarówno te dla dorosłych, jak i te dla dzieci – były produktami swoich czasów. Ich głównym żywiołem była ironia w swoim najbardziej ekstremalnym, szyderczym wydaniu. Laboratorium Dextera czy Ed, Edd i Eddy miały przecież doskonałą okazję, by nieść przekaz o miłości między rodzeństwem czy sile dziecięcej przyjaźni. Zamiast tego zadowalały się okrutnymi i obrzydliwymi żartami. Podobnie jak punk, wynosiły pusty rechot ponad sensowne przesłanie. Jakby obawiały się, że mogą powiedzieć coś serio i upodobnić się do nudnych, nadymanych animek z poprzednich dekad.

Łączę to z dominującym ówcześnie w sztuce postmodernizmem – tak przecież zapatrzonym w ironię i tak niechętnym wobec wszystkiego co serio. Rozczarowanym wielkimi narracjami i modernistycznymi utopiami; przekonanym, że oto żyjemy w czasach, gdy nie są one potrzebne, bo wszystko zostało już powiedziane a większość z tego, co zostało powiedziane skompromitowało się i ośmieszyło.

Stąd też wzięła się powszechna w tym nurcie fascynacja formą. Postmodernizm – przekonany o tym, że nie ma już nic ważnego do powiedzenia – ogniskował się na akcie opowiadania. Wysuwał na pierwszy plan gatunek, zabawę formą, samoświadomość i autokomentarz. 

Zwróćcie uwagę, że Chojrak otwarcie parodiował seriale grozy w stylu The Twilight Zone. Bez znajomości konwencji czerpanie radości z absurdalnych przygód tchórzliwego psa było niemożliwe. Podobnie rzecz miała się z Johnnym Bravo – przedrzeźniającym testosteronowych bohaterów hollywoodzkiego kina akcji – czy wieloma odcinkami Krowy i kurczaka.

Koniec historii, triumf szydery

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jest moim celem krytykowanie Johnny’ego Bravo ani Chojraka. W tamtym momencie dziejowym strategia szydery miała swoje uzasadnienie. Rzeczywiście wydawało się, że historia dobiegła końca i nie ma sensu angażować się w prawienie morałów. 

Zimna wojna się skończyła. USA pokonały ZSRR. Imperium zła upadło. Globalizacja postępowała. Handel kwitł. Giełdy rosły. Ludzie mieli dość morałów. Chcieli po prostu dobrze się bawić, nie zawracając sobie głów starciem idei. Zwłaszcza, że dobro i zło bywają różnie definiowane, a amerykańska popkultura – nagle awansowana do rangi dominującej siły kulturowej na świecie – szybko uczyła się do realiów zglobalizowanego, późnokapitalistycznego rynku idei. Realiów, według których bezpieczniej nie mówić nic, niż powiedzieć coś i zaryzykować utratę widzów.

Problem w tym, że lata 90. minęły i okazało się, że koniec historii nie nastąpił a postawa wiecznej ironii jest na dłuższą metę nie tylko męcząca, ale i szkodliwa. Wbrew oczekiwaniom w świecie ciągłej zgrywy, w którym wszystko można wyśmiać, a największymi wartościami są cięta riposta i umiejętność ośmieszenia problemu, nie wszyscy są na tej samej pozycji, nie wszyscy przegrywają po równo. Otóż w świecie wiecznej zgrywy przegrywają słabi a wygrywają trolle.

Z początku były to trolle typowo popkulturowe. Na specjalistycznych, niszowych forach gromadzili się fani wychowani na dowcipach Czerwonego z Krowy i Kurczaka, zachwyceni szyderą masowego rażenia z South Parku, wychowankowie memów i flejmów. Ludzie postrzegający komunikację międzyludzką w kategoriach konwencji, przekonani, że ze wszystkiego można się śmiać, bo nic nie jest na serio. Ludzie przesiąknięci postmodernistyczną ironią tak bardzo, że stracili wiarę w jakąkolwiek szczerość.

Przez pewien moment w historii ich podejście było nieszkodliwe. Z czasem jednak podchwyciły je siły prawdziwego zła. O tym, jak współczesną płynność wykorzystuje Władimir Putin mówił Adam Curtis w doskonałym eseju wideo Hypernormalisation. Jak Gamergate wpłynęła na kampanię wyborczą Donalda Trumpa pisała Angela Nagle w książce Kill All Normies. Temat wpływu ironicznej fanowskiej mentalności na główny nurt światowej polityki porusza też Matt Alt w wydanej niedawno w Polsce książce Czysty wymysł.

Mówiąc w skrócie: wykształcona przez postmodernizm szydera stała się potężną bronią; wymówką by wszystko podważać i relatywizować; narzędziem służącym draniom do gnębienia słabszych. 

Putin, Orban, Kaczyński, Erdogan, Bolsonaro, Trump. Alt-prawica. Rasiści, dla których „każde życie ma znaczenie”, ale żadnego nie szanują. Szowiniści, dla których problem „pay gap” nie istnieje, a prawa kobiet kończą się przy prawach reprodukcyjnych. Pogrobowcy imperialistów. Partia Konserwatywna. 4chan, 9gag, Gamergate. To oni najlepiej wyszli na kulcie ironii. 

Animowana potęga empatii

Dlatego tak cenne są moim zdaniem nowe seriale animowane zdobywające serca młodych i starszych widzów. Niemające w sobie nic z przewrotnego, anarchistycznego, punkowego etosu lat 70., odrzucające ironię na rzecz empatii, ale w gruncie rzeczy dzielące z punkiem niezgodę na zwykłe ludzkie skurwysyństwo. Proponujące widzom coś więcej niż tylko wydrwienie, darcie mordy i tupanie nogami. Podsuwające program pozytywny: miłość.

Produkcje takie jak She-Ra, Smoczy Książę, Steven Universe, Pora na przygodę czy obie serie Avatara potępiają okrucieństwo ukryte za błyskotliwymi żartami, umieszczając w samym centrum przebrzmiałe i zdawałoby się wyprane idee. Miłość do bliźniego. Wybaczenie. Tolerancja. Poczciwość. Przyjaźń. Dobro.

Skończyłem właśnie oglądać wszystkie sezony She-Ra i jestem zachwycony tym, jak bezkompromisowo serial ten propaguje przyjaźń i różnorodność. Jak pięknie i uczciwie mówi o tym, że nie ma nic cenniejszego na świecie niż drugi człowiek: z wszystkimi jego wadami i wszystkimi pułapkami czyhającymi na tych, którzy są zbyt otwarci. She-Ra – serial będący przecież kontynuacją kiczowatej marki powstałej, by wciskać dzieciom figurki – bez pardonu wchodzi w moralizowanie. Otwarcie pochwala tolerancję i inkluzywność. Uwodzi różnorodnością. Kiedy śmieszy to w nieprzemocowy, przyjazny sposób, odrzucając bezduszną zgrywę na rzecz współczucia i otwartości.

Podobne przesłanie ma My Little Pony, już w podtytule zdradzając, że przyjaźń to magia. Obie serie Avatara traktują o jednostkowej odpowiedzialności (to lekcja szczególnie przydatna w czasach nadciągającej katastrofy klimatycznej, którą nikt u władzy nie chce się przejąć) i przypominają, że zło nigdy jeszcze nie pokonało się samo. Smoczy Książę z kolei uczy porozumienia ponad podziałami, przypominając jak łatwo w wojnach między cywilizacjami dochodzi do demonizowania drugiej strony.

Gdzie tu punk zapytacie? Tak jak pisałem dla mnie punk jest przede wszystkim buntem przeciwko władzy, wymieszanym z wrażliwością i otwartością na drugiego człowieka. Nowe, empatyczne seriale animowane buntują się przeciwko światu zdominowanemu przez cynizm i cyników. Odrzucają wizję samolubnej ludzkości podzielonej między narody, z których każdy myśli, że jest najlepszy. Otwarcie, bezczelnie i radośnie wspierają wykluczonych. 

Zbierają za to bęcki. Najpotężniejsi tego świata oskarżają je o indoktrynowanie młodzieży. Fandomy zaś uwielbiają się na nich wyżywać, wspominając z rozrzewnieniem, iż „kiedyś to były animacje”, a dziś tylko lewactwo i tęcza.

Ale czyż punk nie zawsze zbierał bęcki? Równość, empatia i wybaczenie. Tęcza, girl power i kucyki pony. Jebać nienawiść. Bezkompromisowa miłość. Oto punk XXI wieku.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments