Transformers: Wojna o Cybertron [RECENZJA]

Radosław Dąbrowski Seriale Publikacja: 3.08.2020, 11:52 Aktualizacja: 3.08.2020, 11:57
Fenomen Transformersów sięga początku lat 80., gdy na rynku ukazały się pierwsze figurki. Z upływem czasu o robotach mogących się zmieniać w samochody powstał szereg komiksów oraz filmów. Nowych tytułów tylko przybywa i od niedawna w Netflix dostępny jest serial Transformers: Wojna o Cybertron. Recenzja dotyczy pierwszej części animowanej produkcji.
Recenzja Transformers: Wojna o Cybertron.
0 Udostępnień

Transformersy trafiają na Netflix

30 lipca 2020 roku w bazie danych platformy Netflix pojawił się serial Transformers: Wojna o Cybertron – trylogia. Na ten moment możemy oglądać pierwszą część produkcji, określaną również mianem rozdziału. Zatytułowana została Siege, czyli w polskim przekładzie Oblężenie. Tworzy ją sześć trwających po około dwadzieścia dwie minuty odcinków.

Warto przynajmniej w kilku słowach zarysować fabułę omawianej produkcji. Historia dotyczy początków uniwersum Transformersów. Trwa wojna domowa, w której uczestniczą oddziały Autobotów i Decepticonów, dowodzone przez charyzmatycznych liderów. Są nimi Optimus Prime oraz Megatron. Obydwaj pragną zakończyć zażarty konflikt, lecz nie zamierzają ustępować, jeżeli nadejście nowego porządku nie odbędzie się zgodnie z ich warunkami.

Megatron postanawia położyć kres konfliktowi poprzez użycie Wszechiskry – źródła wszelkiego życia i mocy na Cybertronie, co może sformatować Autoboty. Oczywiście Optimus Prime nie zamierza się poddawać i ze swoimi dzielnymi robotami o niemałym potencjale bojowym zamierza powstrzymać antagonistę.

Serial o wysokiej jakości technicznej

Pod względem technicznym produkcja prezentuje się doprawdy zadowalająco – głównie za sprawą dobranej kolorystyki. W świecie przedstawionym dominuje sporo szarości, ciemniejszych odcieni, które potęgują poczucie ogólnego kryzysu i nastania trudnych czasów, a nawet jaśniejsze kolory zdają się być wyblakłe.

Transformers w Netflix to gra szarością.

Na uwagę zasługuje również dbałość ze strony twórców animacji o szczegóły. Wojna toczy się nieustannie, roboty często zmieniają lokacje i przystępują do rozmaitych starć, zatem na ich pancerzach dostrzeżemy wiele mniejszych lub większych rys czy zabrudzeń. W efekcie wzmacniany jest realizm opowiadanej historii, a widzom łatwiej przychodzi poczuć wagę zawiązanego konfliktu i wymagającego położenia, w którym znalazły się obie strony.

Z godną pochwały warstwą wizualną skutecznie łączy się strona audialna. Co prawda nie brakuje scen, w których przydałoby się odrobinę dłużej pozwolić wybrzmieć danym fragmentom muzycznym i kończą się zbyt szybko, niemniej warto wyróżnić kompozytorów za przygotowanie ścieżki dźwiękowej trafnie współgrającej z obrazem. Momentami można odnieść wrażenie, że doszło nawet do skrzyżowania elektronicznych smaczków Vangelisa z lat 80. z bardziej współczesnymi, wzniosłymi i ociekającymi patetyzmem dokonaniami Hansa Zimmera.

Za mało Transformersów w Transformersach

Niestety, lecz po stronie stricte fabularnej w recenzji Transformers: Wojna o Cybertron nie wskażemy już tylu zalet. Pomijając już czołówkę, która właściwie mogłaby nie istnieć i nie wnosi absolutnie niczego, pierwszą kwestią, która wzbudza mieszane uczucia, jest ekspozycja. W pierwszych kilkunastu minutach inaugurującego serial odcinka dzieje się nazbyt wiele – teoretycznie podstawowy wątek jest bardzo prosty, ale jednocześnie w pozostawiający wiele do życzenia sposób zarysowany. Nagromadzenie dialogów, przewijających się postaci oraz często zmienianych lokacji sprawia, że ekspozycja nie ekscytuje i nie pozwala widzowi na odpowiednie zanurzenie się w obserwowanym świecie.

Zdecydowanie zbyt prędko podane oraz nieco narzucające się odbiorcy serialu gagi (jakby twórcy za wszelką cenę chcieli kupić widzów, rozbawiając ich na początku historii) także nie poprawiają ogólnego wrażenia. Co jednak bardziej zastanawiające – obecność akcentów humorystycznych ogranicza się właściwie do pierwszego epizodu.

W animacji Wojna o Cybertron w Netflix oglądamy pierwszą wojnę transformersów.

Poszczególne odcinki są bardzo krótkie – każdy z nich trwa około dwudziestu dwóch minut. Oczywiście jest to obowiązujący dla wielu animowanych seriali format, niemniej w przypadku sezonu, na który składa się zaledwie sześć epizodów, okazuje się błędnym rozwiązaniem. W tak krótkim czasie bardzo często brakuje momentu wytchnienia, akcja stale jest popędzana, aby finalnie domknąć jak najwięcej wątków (oczywiście przy pozostawieniu kilku otwartych, którym przypuszczalnie zostaną poświęcone kolejne dwa rozdziały serialu).

Transformers: Wojna o Cybertron tak naprawdę najlepiej prezentuje się od czwartego odcinka, czyli połowy Oblężenia. Wówczas scenarzyści poświęcają więcej miejsca pojedynczemu bohaterowi (jak przykładowo Bumblebee, którego wątek i tak nie został jeszcze wystarczająco rozwinięty i na pewno drzemie w tym motywie zdecydowanie większy potencjał), zamiast demonstrować historię robotów w bardziej generalnym spojrzeniu, bez zagłębiania się w psychologię poszczególnych postaci.

Animacja Transformers w Netflix to trylogia.

Od czwartego epizodu zróżnicowaniu ulegają toczone starcia – mamy więcej pojedynków powietrznych i przede wszystkim swoich wyjątkowych zdolności, które wykraczają poza standardową walkę wręcz, zaczynają używać roboty. Wreszcie można poczuć, że śledzimy opowieść z uniwersum Transformersów. Nie zawsze jest to takie oczywiste, ponieważ część wątków mogłaby się rozgrywać w dowolnie wybranym innym świecie, a przede wszystkim – również w ludzkiej rzeczywistości. Pod tym względem scenarzyści zawodzą w największym stopniu. W rozpisanych w naprawdę sporej ilości (dość topornych i sztucznie brzmiących) dialogach występuje zbyt wiele treści, które odnoszą się do problemów towarzyszących człowiekowi. Przydałoby się bardziej wniknąć w istotę bycia robotem.

Powracające deklaracje o zmęczeniu wojną (w sumie trudno ocenić, o jakim rodzaju – fizycznym czy psychicznym – wyczerpania mówi robot), potrzebie zadbania o dalszy byt swojego gatunku czy nawet standardowe ujęcia na stojącego na wzniesieniu antagonistę, który wygłasza pompatyczną mowę skierowaną do wiwatującego na jego cześć tłumu żołnierskich robotów, to elementy, które zbyt dobrze znamy z historii o ludziach. Tak naprawdę pod wieloma względami fabułę Transformers: Wojna o Cybertron można byłoby snuć wokół ludzkich losów i zbyt skromnie wykorzystano potencjał, który oferują słynne roboty.

Recenzja Transformers: Wojna o Cybertron – podsumowanie

Nie wiadomo jeszcze, kiedy możemy się spodziewać premiery dwóch kolejnych części, które dopełnią serialową trylogię. Dotychczas poznaliśmy ich oryginalne tytuły: Earthrise oraz Kingdom. Oczywiście można śmiało zakładać, że następne odcinki także znajdą się w ofercie platformy Netflix. Co prawda od premiery Oblężenia minęło dopiero kilka dni, ale już możemy zauważyć przynajmniej kilkanaście bardzo pozytywnych ocen oddanych na popularnych serwisach filmowych. My jednak nie do końca się z nimi zgadzamy.

Transformers: Wojna o Cybertron może być serialem, który skradnie serca zagorzałych sympatyków tytułowych robotów. To mająca wiele zalet po stronie audiowizualnej produkcja, przyjemna pod kątem graficznym do oglądania, lecz jednocześnie nie wystarczająco zajmująca fabularnie. Być może odnajdą w niej wyjątkowe cechy widzowie, którym tacy bohaterowie jak Optimus Prime czy Bumblebee są bliżsi w codziennym zainteresowaniu kulturą filmową lub komiksową. Dla bardziej postronnych osób Transformers: Wojna o Cybertron nie okaże się serialem nad wyraz szczególnym.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments