7 rzeczy, które zapamiętam z 2020 roku – FISH & CHIPS #18

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 1.02.2021, 10:31 Aktualizacja: 1.02.2021, 10:31
Polski kandydat do Oskara, paczka przyjaciół władających żywiołami, niezliczone śmierci w Królestwie Umarłych… Zapraszam na subiektywne podsumowanie najlepszych popkulturowych momentów 2020 roku.
0 Udostępnień

1. Nominacja do Oskara dla Bożego Ciała

Niby film Jana Komasy miał premierę w 2019 roku, ale ze względu na niewielką liczbę seansów w Gdańsku, udało mi się go obejrzeć dopiero w styczniu 2020, gdy zorganizowano dodatkowe pokazy przy nominacji do Oskara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego.

Boże Ciało to moim zdaniem najlepszy polski film ostatnich lat, dużo lepszy od również przecież doskonałych Idy i Zimnej wojny. Historia młodego chłopaka wypuszczonego z poprawczaka, który odnajduje się w roli udawanego księdza urzekła mnie tym, w jaki sposób przedstawia katolicyzm.

Żyjemy w kraju rządzonym przez religijnych fundamentalistów, w którym dziady z Episkopatu dyktują kobietom, jak żyć, a politykom, jak pisać ustawy. Łatwo w tym wszystkim zapomnieć, że chrześcijaństwo jest u swoich podstaw religią empatii i współczucia. Założoną przez ściganego przez władze buntownika, walczącego o równość. Dostrzegającego krzywdy najsłabszych. Uczącego pokory. Wybaczającego.

Bożemu Ciału oczywiście nie udało się mnie nawrócić, ale w trakcie tych dwóch godzin w kinie zapomniałem, jak zdeprawowany jest rodzimy katolicyzm i pozwoliłem sobie pomarzyć, co by było, gdyby polski Kościół tworzyli nie fanatycy, a wrażliwi, otwarci na innych ludzie, którzy z uwagą przestudiowali nauczanie Chrystusa.

2. Zakończenie Spisku przeciwko Ameryce

Trudno sobie wyobrazić lepszy rok na premierę tego serialu. Zrealizowana przez Davida Simona i Eda Burnsa ekranizacja głośnej powieści Philipa Rotha ukazała się bowiem dokładnie w momencie, w którym w Polsce dyskutowaliśmy nad tym, czy partia rządząca sfałszuje wybory prezydenckie, czy może tylko zorganizuje je tak nieudolnie, że nigdy nie da się dojść, czy zostały sfałszowane. Co więcej, zastanawialiśmy się też, czy nagonka na mniejszości zorganizowana w ramach kampanii prezydenta Dudy doprowadzi do prawdziwych pogromów i linczów, czy może skończy się jedynie na policji pałującej pokojowo demonstrujące dzieci (na szczęście, skończyło się tylko na tym drugim).

A przecież w trakcie emisji Spisku przeciwko Ameryce w Stanach Zjednoczonych trwała już kampania wyborcza, która zakończyła się tym, iż najpotężniejszy przywódca na świecie nie uznał przegranej i podburzył tłum do szturmu na Kapitol.

Tak, 2020 rok pasuje do Spisku przeciwko Ameryce idealnie.

Mnie najbardziej w serialu Simona i Burnsa urzekło zakończenie. Z jednej strony bardzo wierne zakończeniu powieści, z drugiej zupełnie od niego różne. Roth dawał czytelnikowi naiwną nadzieję, że Stany sobie poradzą. Tytułowy spisek przeciwko Ameryce okazywał się intrygą złoczyńców, których można pokonać. Simon i Burns zdecydowali się na mroczniejsze rozwiązanie. Wybory oglądane w ostatnich scenach nie są ziszczeniem amerykańskiego snu, ani zwycięstwem demokracji, a kolejną brudną kampanią, pełną oszustw i fałszerstw. Być może demokracja zwycięży, widz nie dostaje ostatecznej odpowiedzi. Ale jeżeli zwycięży, to nie dzięki cudowi, a za sprawą ludzi, którzy walczą o jej ocalenie.

3. Premiera Avatara na Netflix

Nie widziałem wcześniej Avatara, więc kiedy Netflix ogłosił, iż serial pojawi się na platformie pomyślałem, że może to dobry moment, by ten fenomen nadrobić. Nawet nie dlatego, że spodziewałem się świetnej opowieści, ale by zaspokoić ciekawość. Wszak jestem krytykiem popkultury, a Avatar to jeden z ważniejszych tytułów ostatnich dziesięcioleci.

No i wsiąknąłem.

Avatar – opowiadający o grupie przyjaciół, którzy po prostu świetnie czują się w swoim towarzystwie – okazał się idealną lekturą w czasie, gdy kontakty z moimi prawdziwymi przyjaciółmi musiałem ograniczyć do sporadycznych spotkań na Zoom czy pełnych lęku spacerów w maseczkach i z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Chemia pomiędzy członkami Avatarowej paczki przypomniała mi, jak fajnie jest mieć bliskich i jak ważni są oni w naszym życiu.

A przy okazji sama fabuła całkiem nieźle się zestarzała. Owszem, pierwszy sezon ma swoje wpadki i kilka odcinków wyraźnie odstaje od poziomy serii. Ale wraz z pierwszym odcinkiem serii drugiej Avatar przemienia się w naprawdę wciągającą historię o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Z ciekawymi bohaterami. Intrygującym światem przedstawionym. Bardzo ładną animacją i świetnym udźwiękowieniem.

4. Scena z naciąganiem napletka z Dobre rady Johna Wilsona

Dobre rady Johna Wilsona to jeden z najlepszych seriali ostatnich lat (nie tylko 2020 roku). Przede wszystkim dzięki temu, iż jest to produkcja rzeczywiście oryginalna, którą ogląda się z fascynacją towarzyszącą poznawaniu czegoś nowego. Autor zastosował unikalną formułę filmowego eseju ilustrowanego dokumentalnym materiałem filmowym, który kręcił w trakcie ostatnich lat (być może nawet całego dorosłego życia). Zdania wypowiadane przez narratora są ilustrowane ujęciami z ulic Nowego Jorku, metafory obrazowane krótkimi przebitkami próbującymi oddać ich sedno i tak dalej. Całość przypomina dokumentalny patchwork trzymany w kupie przez komentarz zza kadru.

Wilson wykorzystuje tę formułę, by zadumać się nad współczesnością i przedstawić cały szereg cudownie oryginalnych postaci. Moją ulubioną jest mężczyzna opracowujący maszynkę wspomagającą odrastanie napletka utraconego podczas zabiegu obrzezania. Inny, mniej empatyczny twórca przedstawiłby tego mężczyznę jako wariata. Uczyniłby z niego temat do żartów. Wilson siada naprzeciw i cierpliwie słucha, zafascynowany tym, jak różni są ludzie. A gdy mężczyzna prezentuje mu swój wynalazek i z obnażonym penisem (i napletkiem naciągniętym przez odważnik) leży na łóżku, Wilson zaczyna prozaiczną rozmowę o kinie.

Owszem, jest to scena bardzo zabawna, ale nie ma w niej okrucieństwa. Jest za to autentyczna ciekawość wobec drugiego człowieka i tony empatii. Tak potrzebnej nam wszystkim w obecnych czasach.

5. Przeskoki czasowe w Normalnych ludziach

Napiszę to wprost: powieść Sally Rooney przeorała mnie jak czarnoziem i jest to jedna z najlepszych lektur, jakie zaliczyłem w 2020 roku. Rzadko zdarza się, by jakieś dzieło dotknęło moich najgłębszych emocji i lęków. Tymczasem Normalnych ludzi czytałem z sercem na ramieniu, celowo spowalniając lekturę, drżąc o los bohaterów, martwiąc się, że jeżeli pozwolę sobie na całkowite zanurzenie w książce, zbyt szybko będę ją miał za sobą.

I właśnie ten lęk jest emocją, za którą będę tęsknił. Dziwne? Być może, ale z drugiej strony, jak często zdarza się wam czerpać z dzieł kultury autentyczne emocje. Mnie bardzo rzadko. A o Connella i Marianne naprawdę się bałem.

Książka Rooney skonstruowana jest z przenikających się opowieści dwójki bohaterów. Co rozdział akcja skacze kilka miesięcy lub lat do przodu. Narracja zmienia wtedy perspektywę. A czytelnik znajduje się w zupełnie nowej sytuacji, zazwyczaj kompletnie innej niż ta, o której czytał jeszcze kilka stron wcześniej.

Czasami Marianne i Connell nie są już razem. Innym razem w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Jeszcze innym znajdujemy się w środku ich kolejnego związku.

Zbliżając się do końca każdego rozdziału Normalnych ludzi, czułem wzbierający w żołądku strach. Niepewność, co się za chwilę wydarzy. Lęk, że któreś z bohaterów zostanie skrzywdzone. I było to wspaniałe uczucie.

6. Rozmowa o seksie w Wide Ocean Big Jacket

Wide Ocean Big Jacket to urocza mała gra stworzona przez studio Turnfollow opowiadająca o wycieczce na kemping dwójki nastolatków i wujostwa jednego z nich. Jej przejście zajmuje około 50 minut, więc jeżeli jeszcze nie zagraliście, to zróbcie sobie tę przyjemność, bo jest to jedna z tych gier, które zachwycają świeżością. Grając w nią miałem wrażenie, że wynurzyłem się na chwilę z morza bliźniaczo do siebie podobnych gier AAA i doświadczyłem czegoś nowego i świeżego.

W pamięć zapadła mi zwłaszcza próba przeprowadzenia TEJ rozmowy. Gry bardzo rzadko podejmują podobną tematykę, a Wide Ocean Big Jacket nie tylko się odważyło, ale i zrobiło to z czułością, poczuciem humoru i bardzo inteligentnie. I nagle okazało się, że w grach wideo da się mądrze mówić o seksie, a nie tylko pokazywać sztywno animowane manekiny wykonujące nieprzekonujące ruchy frykcyjne i wygłaszające komunały o miłości i namiętności.

7. Każda śmierć w Hadesie

Powtarzalny schemat rozgrywki zaszyty w Hadesie idealnie wpasował się w pandemiczną rzeczywistość 2020 roku, gdy większość z nas została zamknięta w domach, a kolejne dni spędzone w tych samych czterech ścianach stały się tak do siebie podobne, że niemal nieodróżnialne.

Nowa gra SuperGiant Games bazuje właśnie na powtarzalności. Próbujący wydostać się z Królestwa Umarłych Zagreus podejmuje próbę za próbą i niemal wszystkie one wyglądają tak samo i kończą się tak samo (śmiercią Zagreusa).

A jednak za każdym razem Zagreus i kierujący nim gracz czegoś się uczą. Każda próba jest produktywna. Każda przynosi nieco dobra. Każda jest osiągnięciem. Twórcom Hadesu udało się sprawić, że gracz autentycznie uczy się gry. Owszem, Zagreus rozwija się także w typowo RPG-owy sposób, zdobywając punkciki w umiejętnościach. Ale podstawą są umiejętności gracza, który po każdej śmierci staje się po prostu nieco lepszy. Uczy się kolejnych sekwencji wrogich ciosów. Lepiej opanowuje uniki. Skraca czas reakcji etc.

Świetnie zgrało się to z lockdownem. Może nam się wydawać, że wszystkie te jednakowe dni poszły na stracenie. Że niczego się nie nauczyliśmy. W ogóle się nie rozwinęliśmy. Ale prawda jest taka, że każdy dzień, który udało nam się przeżyć w tak trudnych warunkach – z pandemią szalejącą za oknem, napięciami politycznymi wiszącymi nad głowami, pod olbrzymim ciężarem stresów i lęków – był wielkim osiągnięciem.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments