Batman: Zabójczy żart. Przyzwoicie animowany Joker [RECENZJA]

Radosław Dąbrowski Komiksy Publikacja: 7.10.2019, 13:00 Aktualizacja: 7.10.2019, 13:15
Z okazji premiery Jokera – najnowszego filmu z Joaquinem Phoenixem w roli głównej – warto podyskutować na temat innych dzieł sztuki audiowizualnej, w których wiodącą rolę odgrywa legendarny antagonista ze świata Gotham. Zapraszamy do recenzji pełnometrażowej animacji Batman: Zabójczy żart.
batman zabojczy zart animacja recenzja
7 Udostępnień

Przede wszystkim adaptacja

Produkcja z roku 2016 w reżyserii Sama Liu to oczywiście adaptacja znakomitego komiksu autorstwa scenarzysty Alana Moore’a oraz ilustratora Briana Bollanda, na którego temat napisałem osobny artykuł. Postać Jokera jest na tyle fascynująca i popularna, że właściwie można w ciemno nakręcać o nim film, ponieważ to gwarancja niemałej oglądalności. W polskich kinach Zabójczy żart (dla ułatwienia będę operować skróconą wersją i pomijać pierwszy człon tytułu) wyświetlano trochę po cichu, pokazów nie było nad wyraz sporo i całe szczęście, że ukazał się na Blu-ray oraz DVD. Abstrahując już od ogólnej dostępności w przestrzeni internetowej.

Z adaptacją zawsze jest ten sam problem – ci, którzy czytali literacki pierwowzór mają porównanie i ich spojrzenie na film nawet w najmniejszym stopniu będzie warunkowane wcześniejszą lekturą. Bez względu na to, czy mówimy o opasłej książce czy kilkudziesięciostronicowym komiksie.

O 30 minut za długo

Pierwszy zarzut w stronę twórców animacji dotyczy zbędnego rozbudowywania historii i wykraczania poza materiał, jaki stworzyli Moore i Bolland. Zanim otrzymamy szansę na porównywanie komiksowych kratek z filmowymi scenami, musimy przebrnąć przez 30 minut pierwszego aktu czy długiego prologu, w którym zaznajamiamy się z postacią Batgirl.

Nie byłoby w tym nic kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że te 30 minut nijak się mają do późniejszej, opartej już na fabule komiksu części. Możliwe, że twórcy chcieli zbudować mocniejszą więź pomiędzy wspomnianą bohaterką a widownią, aby później bardziej przeżyć rozwój wydarzeń wokół tej postaci. Niemniej uważam, że odwiedziny Jokera, jakimi zaskakuje Batgirl, niosą ze sobą wystarczająco bolesne konsekwencje, że nawet nie znając współpracownicy Batmana można się przejąć jej losem.

To raz, a dwa, że cały prolog to istny melodramat. Gdzieś pomiędzy miłosnymi rozterkami Batgirl udało się twórcom powciskać sceny pościgów i strzelanin, niemniej to tylko zwykłe przerywniki. Patrząc po opiniach, najwięcej dyskusji wzbudziło fizycznie zbliżenie pomiędzy Batgirl a Batmanem. Cóż… Było ono tak potrzebne jak cały ten prolog.

Zaczynamy od połowy

Na szczęście zostaje druga część filmu. Czy w pełni satysfakcjonująca? Niestety nie, ale najpierw skupmy się na zaletach. Na pewno istotne jest to, że autorzy Zabójczego żartu skorzystali na możliwościach, jakie daje sztuka filmowa i osiągnęli coś, czego nie oferuje komiks.

Co prawda w skomponowanej do filmu muzyce brakuje jakichś znakomitych motywów przewodnich, do których wracalibyśmy po czasie albo stałyby się powszechnie rozpoznawalne niczym najlepsze dokonania Danny’ego Elfmana oraz Hansa Zimmera. Jest to jednak muzyka, która się nie narzuca. Trio Kristopher Carter, Michael McCuistion oraz Lolita Ritmanis doskonale wyczuli, w których scenach należy za pomocą dźwięków pewne rzeczy akcentować lub budować napięcie, a kiedy pozostawić tło wyciszone.

Zauważyłem, że wobec kreski tej animacji zdania są podzielone – jedni widzowie wykazują zadowolenie, inni wyraźnie narzekają. Muszę przyznać, że wydarzenia odbywające się w ciemniejszych sceneriach mi się podobały, lecz wiele do życzenia pozostawiły na przykład te z wesołego miasteczka. Przydałoby się pewne elementy lunaparku bardziej wyeksponować, ukazać ich przepych oraz ogrom tego miejsca.

Oczywiście mocną stroną jest obsada użyczająca swych głosów. Najwięcej uwagi poświęca się rzecz jasna Markowi Hamillowi, który nie zszedł poniżej wysokiego poziomu, jaki jest nam od lat doskonale znany. Niemniej uważam, że w pewnych momentach amerykański aktor mógł wycisnąć więcej. Na przykład żarty opowiadane przez Jokera (których i tak jest mniej niż w komiksowym pierwowzorze) są opowiadane dość monotonne, bez pazura. Joker nie buduje odpowiedniej narracji, aby swoimi dowcipami, nierzadko nacechowanymi czarnym humorem, potrafi nie tylko wywołać uśmiech u widza, lecz także zbudować pewne napięcie.

Joker vs Batman

Myślę, że twórcom filmu udało się przekazać to, co zawiera komiks. Dla Batmana starcie z Jokerem w Zabójczym żarcie jest pewnym bilansem ich dotychczasowej rywalizacji. Obrońca Gotham wielokrotnie podkreśla, że znają się na wyrost, nienawidzą na potęgę, a gdzieś między wierszami zapowiada także zabicie jednego z nich, lecz nie wie jeszcze, który z duetu ostatecznie polegnie. W filmie to stanowisko Batmana zostało przedstawione podobnie i na poziomie psychologicznym jest to produkcja dość zajmująca.

Gorzej z tą psychologią po stronie Jokera. O ile w komiksie sceny retrospektywne były zademonstrowane pieczołowicie i mieliśmy dokładny zarys wydarzeń z przeszłości antagonisty, zanim jeszcze (w znaczeniu symbolicznym) przywdział maskę strasznego złoczyńcy z charakterystycznym makijażem. Jak wspominałem w poświęconej komiksowi Batman: Zabójczy żart recenzji, nie były to retrospekcje konieczne, ale dobrze narysowane i mocno stylizowane na amerykańskie kino noir lat 40.

W pełnometrażowym filmie przeszłość Jokera zdaje się być wątkiem przeszkadzającym, niepotrzebnym. Niby mamy te same dialogi co w komiksie, ale wydarzenia zostały potraktowane jak po łebkach. Nawet mocna scena, w której Joker dowiaduje się o zaszłej tragedii w jego rodzinie, nie wywołała takiego poruszenia w serduchu jak podczas czytania obrazkowej historii.

Niemniej twórcom trzeba oddać to, że słusznie (choć odrobinę) rozbudowali poszukiwania dowcipnego psychopaty przez Batmana i superbohater odwiedza przynajmniej kilka miejsc zanim wreszcie wpadnie na trop wesołego miasteczka. Finałowa potyczka w lunaparku również jest nieco dłuższa, choć podtrzymam opinię po lekturze komiksu i powtórzę, że potencjał miejsca z tyloma rozmaitymi urządzeniami rekreacyjnymi nie został odpowiednio wykorzystany.

Przesłanie zachowane

Z racji, iż twórcy filmu w wielu scenach jeden do jednego przenosili dialogi z komiksu na ekran, to pewien morał czy po prostu przesłanie z tej historii udało się zachować. Filmowa analiza Jokera obecnego w społeczeństwie zepsucia moralnego i jednego złego dnia, jaki wystarczy, aby każdy człowiek stał się szaleńcem, jest spójna z tą komiksową. I bardzo dobrze. Przynajmniej pod tym względem Sam Liu z ekipą nie kombinowali i nie zmieniali niczego na siłę.

A w ostatnim akcie Zabójczego żartu niestety pewne rzeczy, jak na złość, musieli zmodyfikować. W komiksie ostatnie ujęcie na Batmana chwytającego Jokera jest zdecydowanie ciekawsze i rzeczywiście zostawia otwartą furtkę do interpretacji tego, co się tam wydarzyło. W filmie protagonista zdecydowanie zbyt długo przytrzymuje swojego rywala, co szybko prowadzi do konkluzji, że jednak chce mu wyrządzić krzywdę, aby ten wreszcie przestał się śmiać (i tym samym ustanie także rechot Batmana).

Jeszcze gorszym posunięciem ze strony twórców było dorzucenie sceny po pierwszej części napisów i w formie epilogu powrócenie do Batgirl. Już nawet nie chodzi o porównanie z literackim pierwowzorem, co po prostu wątek tej postaci naprawdę nie klei się z resztą. To była opowieść o Jokerze. Nie było potrzeby rozbudowywania jej o kolejne historie poboczne i to w takim stopniu.

Krótkim słowem zakończenia – Zabójczy żart to przyzwoita animacja i nieźle spędzone 75 minut, ale jednocześnie pozostawiająca sporo niedosytu. Mogło i powinno być lepiej.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o