Nijaki Wiedźmin i cztery inne komiksy – COMIC RELIEF#1

Tomasz Pstrągowski Komiksy Publikacja: 5.10.2019, 10:00 Aktualizacja: 5.10.2019, 15:35
Komiks Wiedźmin na podstawie gry, portugalskie nowelki komiksowe, Czarny młot Jeffa Lemire'a, środowiskowe Krztonioversum oraz równie hermetyczne Historie fandomowe - te pozycje związane z komiksem poleca w pierwszym odcinku cyklu "Comic Relief" Tomasz Pstrągowski.
komiks wiedzmin corka plomienia
39 Udostępnień

Komiksowy Wiedźmin jest rozczarowująco nijaki

COMIC RELIEF to cykl comiesięcznych polecanek komiksowych prowadzony przez Tomasza Pstrągowskiego – dziennikarza i scenarzystę, doktoranta Uniwersytetu Gdańskiego, współzałożyciela podcastu Niezatapilni.pl.

Nakładem wydawnictwa Egmont ukazał się w Polsce kolejny, czwarty już tom komiksowej serii Wiedźmin, wydawanej w Stanach Zjednoczonych przez Dark Horse Comics na licencji gier produkowanych przez CD Projekt Red. Córka płomienia to jedna, zwarta historia, zilustrowana przez Mariannę Strychowską, a napisana przez Aleksandrę Motykę. 

Za sprawą magicznego kufra Geralt i Jaskier odwiedzają dwór króla Ofiru, na którym Wiedźmin zostaje wynajęty do schwytania samego siebie, zaś Jaskier wzięty za zakładnika. Ale polowanie na siebie nie spędza wiedźminowi snu z powiek, bo nim do tego dojdzie, obaj bohaterowie zostają wplątani w dworską intrygę i będą się musieli zmierzyć się z demonem mordującym dworzan. 

Wiedźmin komiks

Córka płomienia to zdecydowanie najsłabszy z wydanych do tej pory tomów. Zawodzi przede wszystkim scenariusz Motyki. Przedstawiona intryga ma tak dużo zwrotów, że w zasadzie brakuje w niej miejsca na cokolwiek poza nimi. Nie uświadczymy tu więc ani rozwoju postaci, ani wglądu w ich emocje, ani przybliżenia czytelnikowi kultury Ofiru, ani nawet rozwinięcia wciśniętego na siłę, nieskonsumowanego wątku romansowego. Akcja gna do przodu, a jedynym celem scenarzystki wydaje się ciągłe zaskakiwanie. Po cóż mi jednak zaskoczenia, skoro przez całą lekturę nie czułem się związany z postaciami, których dotykają te wszystkie nieszczęścia.

Córce płomienia brakuje też tego, co przyciągało czytelników i graczy do twórczości Andrzeja Sapkowskiego oraz gier opartych na jego prozie – odważnego podejmowania niewygodnych tematów. Tu jasno powiedziane zostaje kto jest zły, a kto dobry. Nawet, kiedy Geralt zabija człowieka, o którym praktycznie nic nie wie, to nie czuje z tego powodu żadnych wyrzutów. Całość domyka anegdotyczny epilog, potęgujący wrażenie nieważności wszystkiego, co się w Ofirze wydarzyło.

Nieco lepiej radzi sobie Strychowska. Jej talent mogliśmy ostatnio podziwiać w wydanym przez Kulturę Gniewu komiksie Nie przebaczaj, w którym Strychowska starała się ratować kulawy scenariusz Kuby Ryszkiewicza. Córka płomienia wypada gorzej i nudniej, ale łatwo zrozumieć dlaczego – wszak to komiks amerykańskiego głównego nurtu, przygotowywany dla wielkiego wydawnictwa i oparty na popularnej licencji. Kadrowanie jest tu zachowawcze, a Strychowska nie pozwala sobie na zabawę czernią i bielą czy grubością kreski, jak w Nie przebaczaj. Całość spłaszczają też mdłe kolory Lauren Affe. Ale nawet pomimo tych zastrzeżeń album wygląda dobrze. 

Inna sprawa, że cały cykl wiedźmiński Dark Horse jest rozczarowująco nijaki. Zachowawczy, przeciętnie pisany i rysowany, pomijający trudne tematy, a rozsmakowujący się w lekkich fabułach przygodowych. Jestem niemal pewien, że za kilka lat, gdy ucichnie już wrzawa wokół marki Wiedźmin, jedyne co z tego cyklu zapamiętam, to świetne okładki Mike’a Mignoli i Dave’a Stewarta (tom 1) oraz Grzegorza Przybosia (tom 3).

Morze Aralskie od Timof Comics

Morze Aralskie scenarzysty José Carlosa Fernandesa i rysownika Roberto Gomesa to z kolei zbiór pięciu krótkich nowelek komiksowych utrzymanych w atmosferze dziwności (wyd. Timof Comics, tłum. Jakub Jankowski). Dominująca jest oczywiście nowela pierwsza i tytułowa. Opowiada ona o wysychającym na pograniczu uzbecko-kazachskim wielkim, słonym jeziorze, do którego zagłady doprowadziła działalność człowieka. W centrum zainteresowania autorów są jednak nie ludzie, a ryby, próbujące się uratować z zagłady, którą im zgotowaliśmy.

morze aralskie timof comics

Ciekawie wypadają jeszcze dwie historie: króciutkie, gorzkie i bardzo ładnie narysowane Otwarcie kanału panamskiego, którego główna bohaterka przez dekady czeka na zaproszenie na tytułową imprezę; i absurdalna Zapomniana sztuka pływania w górę rzeki, tłumacząca jak właściwie łososie nauczyły się wędrować na tarło w górę prądu rzecznego.

Fernandes ma talent do konstruowania intrygujących sytuacji, ale wydaje się, że nie potrafi pokierować nimi ku równie interesującemu rozwiązaniu. Wszystkie historie zamieszczone w Morzu Aralskim mają w sobie potencjał i zabierałem się do lektury z niekłamanym zainteresowaniem, by – za każdym razem – zorientować się, że kierunek, w którym to wszystko zmierza, jest rozczarowujący. To anegdotki, krótkie pisarskie wprawki oparte na puencie, niepróbujące jednak powiedzieć nic, co by pozostało w czytelniku na dłużej.

Mocnym punktem albumu są rysunki Gomesa. Wnosząc z tego albumu, mamy do czynienia z utalentowanym rysownikiem, sprawnie poruszającym się po kilku stylach. Morze Aralskie narysowane jest realistycznie i utrzymane w przytłaczającej kolorystyce. Byk na dachu to z kolei cienka kreska, uboga paleta kolorystyczna i postaci przypominające mi nieco te z komiksów Cyrila Pedrosy. W tym samym stylu narysowane jest Otwarcie kanału panamskiego (ze świetną, trzykadrową sekwencją na pierwszej stronie). W Ubraniach zmarłego Gomes skupia się na zmarszczkach i fałdkach, podkreślając śmiertelność bohaterów. A Zapomniana sztuka pływania w górę rzeki odsyła do animacji studia Hanna-Barbera, zwłaszcza gdy główny bohater przebiera się za nieporadnego niedźwiedzia.

Co z Jeffem Lemire?

Nie jestem bezkrytycznym fanem twórczości Kanadyjczyka Jeffa Lemire’a. To bardzo utalentowany scenarzysta, ale dość powtarzalny, mielący w kółko podobne motywy, tworzący komiksy w tym samym klimacie. Cenię oczywiście Opowieści z hrabstwa Essex, ale już Royal City uważam za depresyjnie przegięte i rozegrane na jedno kopyto, a Łasuch to po prostu kolejna niespecjalnie pomysłowa wariacja na temat postapokalipsy. 

To napisawszy muszę przyznać, że Czarny młot Lemire’a (scenariusze) i Deana Ormstona (rysunki) to obecnie najlepsza seria superbohaterska ukazująca się na polskim rynku. I choć najnowszy, trzeci tom głównej serii jest znacząco słabszy niż poprzednie cztery (dwa serii głównej i dwa spin-offy), to wciąż jest to poziom nieosiągalny dla wielu cenionych autorów superbohaterszczyzny.

czarny mlot jeff lemire

Lemire’owi udaje połączyć trzy rzeczy. Po pierwsze, wyciska ludzką dramę z facetów i kobiet w rajtuzach. Pewnie, nie jest w tym pionierem, ale patrząc na produkcyjniaki z DC i Marvela, łatwo stwierdzić, że wciąż wielu topowych twórców kiepsko radzi sobie z uczłowieczaniem nadludzi. Tymczasem bohaterowie Czarnego młota są wrażliwymi, pełnowymiarowymi istotami, mającymi swoje słabości i kwestionujący własne wybory.

Po drugie, to naprawdę ciekawe uniwersum pełne interesujących postaci. Część z nich jest czytelnym nawiązaniem do bardziej znanych postaci, ale są i bohaterowie całkiem oryginalni. Śledzenie ich przygód i pojedynków sprawia czytelnikowi mnóstwo frajdy.

Po trzecie wreszcie, Lemire i jego rysownicy oddają piękny hołd tradycjom superbohaterskim ze Złotej Ery. Zwróćcie uwagę, jak rysowane są przebłyski z przeszłości. Z jaką uwagą budowane jest uniwersum. Jak wiele wagi przykładane jest do szczegółów.

Te trzy czynniki sprawiają, że czytam Czarny młot z zaangażowaniem, które rzadko już wzbudzają we mnie komiksy o peleryniarzach. I choć trzeci tom głównej serii jest słabszy, to jestem w stanie wybaczyć to autorom – rozumiem, że w końcu przyszedł czas na odpowiedzi, więc fabuła nie może się już tak uroczo snuć i musi przyspieszyć. Mam tylko nadzieję, że to chwilowy spadek formy i w tomie czwartym znów się bezwarunkowo zakocham.

Krztonioversum

Odwiedzając stoiska z zinami na różnych imprezach komiksowych możecie trafić na zeszycik zatytułowany sympatycznie Krztonioversum. To zbiór krótkich form komiksowych i prozaicznych poświęconych Annie Krztoń – jednej z najprężniejszych artystek niezależnych w tym kraju, autorce licznych miniatur autobiograficznych i autobiograficznej powieści graficznej Weź się w garść. 

krztonioversum

W teorii pomysł na Krztonioversum wygląda super. Za sprawą pracowitości i otwartości Ania Krztoń jest postacią ważną dla polskiego środowiska komiksowego. Pomysł by oddać jej hołd tworząc to, co lubi najbardziej (czyli komiksy o niej samej), brzmi jak strzał w dziesiątkę. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w Krztonioversum zaangażowali się tak ciekawi artyści jak Barbara Okrasa, Jan Mazur, Katarzyna Janota, Dem, Panna N. czy Aga Świętek.

Niestety, z wykonaniem jest gorzej. Zdecydowana większość miniaturek zgromadzonych w Krztonioversum to albo komiksy o niczym, dowcipy śmieszne tylko dla autora/ki i Ani Krztoń (vide: komiks Dema), albo wyrazy uwielbienia (vide: pisana prozą laurka Janoty). Krztoń jest oczywiście w centrum wszystkich i zawsze pisze się o niej w superlatywach. Ba, na ostatniej stronie oddaje się jej nawet głos – ma opowiedzieć o swoim pierwszym komiksie, ale historia szybko przemienia się w swobodny strumień świadomości.

Tak duże nagromadzenie Krztoń – przedstawianej z różnych perspektyw, ale zawsze z tym samym uwielbieniem – sprawiło, że pod koniec lektury miałem już naprawdę dość czytania o Ani Krztoń (a przecież niemal 300-stronicowe Weź się w garść bardzo mi się podobało!). Być może gdyby któraś z tych miniatur broniła się jako samodzielny komiks, moje odczucia byłyby inne. 

Historie fandomowe

Na koniec chciałbym odnotować książkę Historie fandomowe Tomasza Pindela. Pozwalam sobie o niej tutaj pisać, bo fandom komiksowo-growy wyrósł z fandomu fantastycznego, a to właśnie on jest głównym tematem książki Pindela. Autor przygląda się zjawisku od samych jego początków, opisuje pierwsze kluby fantastyczne, proto-konwenty, środowiskowe urazy i wojenki. Szczególnie uważnie zajmuje się końcówką lat 70. i latami 80., kiedy całe polskie środowisko fandomowe dyskutowało o Fantastyce, a prawdziwym guru był Maciej Parowski, redaktor odpowiedzialny w tej gazecie za dział literatury polskiej. Parowski wyrasta zresztą na głównego bohatera tej książki i nie bez powodu – wszak gdyby nie on, rynek dzisiaj wyglądałby zupełnie inaczej. 

historie fandomowe

Książka Pindela napisana jest na podstawie rozmów z członkami fandomu, nie ma się więc co dziwić, że jest kopalnią anegdot. Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, jak to się w zasadzie stało, że Fantastyka mogła w ogóle zaistnieć, albo dlaczego rzadkie wizyty zagranicznych twórców przeradzały się w wielodniowe pijatyki, to tutaj znajdziecie odpowiedzi.

Niestety, mam z Historiami fandomowymi dwa poważne problemy. Po pierwsze: Pindel skupia się na okresie od lat 60. do 90. i fandomie fantastycznym. Fandomy komiksowy, growy, cosplayowy czy mangowy pojawiają się dopiero w drugiej części książki i potraktowane są po macoszemu (poza cosplayowym – tu sprawy mają się lepiej). Pindel opisuje je przez pryzmat Pyrkonu, który odwiedził, co wymusza na nim pobieżną, ciekawostkowo-reportażową formułę. A szkoda, bo sam autor odnotowuje, że np. fandom growy jest dziś najliczniejszym i najprężniejszym, i wydaje mi się, że warto byłoby poświęcić mu więcej uwagi.

Drugi zarzut jest poważniejszy, bo dotyczy metodologii. Książka Pindela oparta jest na swobodnych rozmowach i autor z rzadka daje dojść do głosu badaczom różnych fandomowych zjawisk i trendów. Z tego powodu Historie fandomowe są niezwykle pobłażliwe dla najważniejszych figur fandomu, a problemy w rodzaju nadużywania alkoholu czy niezdrowego, prawicowego przechyłu tego środowiska są jedynie zasygnalizowane. Wyjątkiem jest temat seksizmu w fandomie – tu Pindel spisał się na medal i porozmawiał z badaczką, która bada to zjawisko od lat. Sekcje, w których się wypowiada, są najciekawszymi i najbardziej przekonującymi w książce, i dają wyobrażenie o tym, jak interesująca mogłaby być to lektura, gdyby równie poważnie podejść do całego tematu.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o