Comic Relief #18: Esej feministyczny, upadek człowieka i powrót do formy

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 25.02.2021, 10:01 Aktualizacja: 26.02.2021, 9:09
W kolejnym odcinku cyklu Comic Relief Tomasz Pstrągowski przygląda się komiksom Twarz, brzuch, głowa. Memuar graficzny, Człowiek i Deadly Class 5.
0 Udostępnień

Czym jest komiksowy cykl Comic Relief?

COMIC RELIEF to cykl comiesięcznych polecanek komiksowych prowadzony przez Tomasza Pstrągowskiego – dziennikarza i scenarzystę, doktora Uniwersytetu Gdańskiego, współzałożyciela podcastu Niezatapialni.pl.

Feministyczne oczywistości w siermiężnej formie

Twarz, brzuch, głowa Wandy Hagedorn (scenariusz) i Oli Szmidy (rysunki) to komiks oparty na paradoksie (wyd. Kultura Gniewu).

Z jednej strony autorki pokładają wiele wiary w medium komiksowym, skoro właśnie je wybrały, by rozprawiać o tak trudnych tematach w tak wyszukanej formie. I dobrze. Komiks jest w stanie udźwignąć nawet najbardziej skomplikowane konstrukcje. Twarz, brzuch, głowa to wielowątkowy autobiograficzny esej feministyczny. Rozpięta pomiędzy Australią i Polską rozprawa na temat pozycji kobiet we współczesnym świecie i krytyka obecnego statusu quo. Erudycyjna powieść graficzna w duchu komiksów Alison Bechdel, w której osobista relacja Hagedorn miesza się z rozważaniami takich gigantek jak Susan Sontag, Emillie Pine czy Rebecca Solnit.

Jednocześnie jednak dawno nie czytałem komiksu tak nieufnego wobec komiksowej tkanki, tak rozmyślnie ignorującego podstawowe prawidła komiksowej narracji. To album jednocześnie źle napisany i boleśnie przegadany. Kładący środek ciężkości nawet nie na warstwie słownej, ale na łopatologicznych powtórzeniach. Wszystko, co napisane, zostaje tu również pokazane. Komunikaty się dublują. Ściany siermiężnego tekstu przytłaczają. Czytelnikowi brakuje miejsca na oddech i interpretację. Jakby autorki nie wierzyły, że odbiorczynie zrozumieją ich skomplikowane rozważania. Albo – co gorsza – nie posiadały umiejętności, by te rozważania przekazać klarownie w postaci komiksu.

Komiks Hagedorn i Szmidy składa się z trzech części. W rozdziale Twarz Hagedorn opowiada o błędnym kole zabiegów upiększających, w które wpadła, gdy usłyszała od fryzjerki pytanie o wnuki. To zdecydowanie najgorsza część komiksu. Rozwleczona na 100 stronach opowieść o kolejnych kuracjach odmładzających aplikowanych autorce jest nużąco szczegółowa, intelektualnie błaha i zupełnie pozbawiona tempa. Komiks grzęźnie w medycznych procedurach i wahaniach nastroju autorki (która, jeżeli wierzyć jej relacji, żałowała niemal każdego zabiegu, ale i tak decydowała się na następne), a jego wymowę sabotuje sama Hagedorn, zderzając swoje „problemy pierwszego świata” z losem kobiet żyjących w strefach wojen, zmagających się ze skrajnym ubóstwem etc.

Brak tu też dramaturgii. Czytelniczka od początku wie, w jakim kierunku zmierza ta historia. Zafascynowana feminizmem drugiej fali Hagedorn wspomina wprawdzie o trzeciofalowej myślicielce-celebrytce Christiane Northrup, ale jej sympatia nigdy nie opuszcza radykalnych filozofek sprzed dekad. Kwestią czasu jest więc tylko (bolesny) moment przełomowy. Przychodzi on, gdy Hagedorn odrzuca zabiegi upiększające i dyktowane przez patriarchalną narrację standardy piękna. Niejako przekreślając – a przywołaniem akurat Northrup także ośmieszając – osiągnięcia feministek trzeciofalowych. Dowodziły one, iż feministyczna jest nie tylko radykalna postawa sprzeciwu wobec patriarchalnej opresji, ale w ogóle wszystko co kobiece i przez kobiety robione. A także, że feminizm nie przynależy jedynie do dobrze sytuowanych heteroseksualnych białych kobiet w średnim wieku.

Drugi rozdział zatytułowany Brzuch jest dużo bardziej introspektywny, a przez to ciekawszy. Hagedorn monologuje w nim przede wszystkim o narzucanym kobietom ideale szczupłości. W najbardziej interesującym i zniuansowanym wątku autorka przyznaje wprost, iż przez wiele lat powielała toksyczną narrację wiążącą brak brzucha z życiowym szczęściem, czym niszczyła swoją relację z siostrą. Dzięki tej samokrytyce Hagedorn dostrzega, że problem patriarchalnej narracji zakorzeniony jest o wiele głębiej, niż to wynika z medialnych awantur i nie wystarczy po prostu usunąć mizoginów z dyskursu (albo: uciszyć/ośmieszyć feministki), by sytuacja uległa natychmiastowej poprawie. Hagedorn przekonująco opisuje też zniewalający mechanizm psychologiczny, który zmuszał ją, by zamiast cieszyć się życiem, zatruwała je sobie rozważaniami na temat własnej sylwetki.

Trzeci rozdział traktuje z kolei o granicach i stereotypach zasianych w naszych głowach przez patriarchalną kulturę. Podstawową lekturą jest tu dla Hagedorn błyskotliwy esej Rebeki Solnit Mężczyźni objaśniają mi świat (wydany także po polsku). Solnit opisała zjawisko mansplaningu – czyli mężczyzn tłumaczących kobietom nawet te tematy, w których ofiary mansplainingu są znacznie bardziej kompetentne od nich. Niestety Hagedorn wykorzystuje esej Solnit przede wszystkim jako pałkę, którą okłada mężczyzn z własnej przeszłości. Przy jego pomocy rozprawia się chociażby z Jackiem Frąsiem, autorem warstwy graficznej komiksu Totalnie nie nostalgia. Nie zrozumcie mnie źle. Autobiograficzna forma doskonale nadaje się do konfrontacji z demonami przeszłości i atakowania bliskich. Problem w tym, że osobista vendetta osłabia siłę argumentu Hagedorn. Podczas gdy Solnit wykorzystała indywidualne doświadczenie, by opisać szersze zjawisko, scenarzystka Twarzy, brzucha, głowy postępuje dokładnie na odwrót.

Co więcej, chwilę później Hagedorn w niepokojący sposób wiąże owych mansplainujących ją mężczyzn ze skrajną przemocą wobec kobiet – gwałtami i morderstwami. Związek między umniejszaniem inteligencji i samodzielności kobiet a przemocą wobec nich jest oczywisty, zwłaszcza jeżeli wspomnimy jak długo i jak łatwo było ubezwłasnowolnić kobietę, powołując się na jej „rozchwianie emocjonalne”. Problem w tym, że po pierwsze Hagedorn zestawia dwie niezestawialne przewiny, a po drugie instrumentalnie wykorzystuje śmierć czterech Australijek. Na ich historie (czy chociaż portrety) nie ma w Twarzy, brzuchu, głowie miejsca. Funkcjonują tylko jako pozbawione własnej historii symbole męskiej opresji.

W stopce autorskiej Twarzy, brzuchu, głowy nie znajdziemy nazwiska redaktorki. Być może to przeoczenie wydawnictwa. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nawet jeżeli tak, to jest to przeoczenie symboliczne. Album Hagedorn i Szmidy to ważny głos w słusznej sprawie, ale jednocześnie jest to przegadany, nieumiejętnie skonstruowany esej komiksowy, któremu przydałyby się drastyczne cięcia. Największym problemem są oczywiście sążniste bloki tekstu napisanego sztywnym i sztucznym językiem, pełnym mniej i bardziej udanych neologizmów (najbardziej cenię: ukobiecanie i najbezbrzuszniejsze) i błędów językowych (podczasporodowe).

Choć Ola Szmida umiejętnie te bloki tekstu ilustruje, a na jej dynamiczne, ekspresywne, jakby niedbałe rysunki patrzy się z przyjemnością, to nie sposób nie dostrzec, iż służą one albo jako ilustracyjne ozdobniki (rozmyślająca Hagedorn siedzi przed komputerem), albo powtarzają to, co zostało powiedziane już w warstwie słownej. Najbardziej absurdalnym przykładem tej narracyjnej strategii jest przywoływana przez Hagedorn scena z serialu Fleabag – najpierw opowiedziana przez Hagedorn, a następnie zilustrowana przez Szmidę. Bywa, że jedna informacja zostaje powtórzona trzy razy na przestrzeni dwóch kadrów – jak zjawisko podwójnego wstydu przywoływane na stronach 45-46.

Redakcji brakuje też na najbardziej podstawowym poziomie. Wiele zdań należałoby wyprostować lub uprościć („Poczuwałyśmy się (…) do czuwania”). Cytaty i tytuły przywoływane są raz po polsku, raz po angielsku. I nawet przykładowe wspomnienia autorki przywoływane są w kolejności 1, 2, 4, 3.

Wanda Hagedorn sięgnęła po doskonałe lektury, ale ilustrując je scenami ze swojego życia, nie udało jej się wycisnąć z nich żadnych nowych znaczeń (jak robi to np. Maggie Nelson w wydanych właśnie w Polsce Argonautach, albo wspominana przez Hagedorn Solnit). Dla czytelniczki mającej jakiekolwiek pojęcie o współczesnej myśli feministycznej komiks Twarz, brzuch, głowa będzie raczej przegadanym brykiem z co bardziej medialnych teorii niż tekstem prowokującym do nowych przemyśleń.

Ale z drugiej strony: w kraju, w którym myśl feministyczna i genderowa wciąż przedstawiane są jako zło wcielone, może właśnie taki łopatologiczny wykład osadzony w doświadczeniu konkretnej kobiety jest tym, czego potrzebujemy?

Człowiek bez ambicji

Człowiek autorstwa Diego Agrimau (scenariusz) i Lucasa Varely (rysunki i kolor) (tyd. Timof Comics, tłum. Ada Wapniarska) to opowieść hard science fiction rozgrywająca się 500 000 lat w przyszłości, na długo po tym, jak ludzkość zamieszkująca Ziemię wymarła. Głównymi bohaterami są Robert i jego żona June, dwoje naukowców, ostatni homo sapiens w Układzie Słonecznym, którzy przez tysiąclecia orbitowali wokół planety na pokładzie stacji kosmicznej. Gdy w końcu przychodzi czas, by na niej wylądowali i – niczym Adam i Ewa – zajęli się jej zaludnianiem okazuje się, że nic nie idzie zgodnie z planem.

Wydaje się, że autorzy Człowieka mogli mieć ambicje filozoficzne. Ich komiks szybko zbacza z przewidywalnej przygodowej ścieżki i kieruje się ku pytaniom o naturze człowieka. W wielu sekwencjach czuć inspiracje Jądrem ciemności Josepha Conrada, twórczością Friedricha Nietzschego czy Władcą much Williama Goldinga. Ale jeżeli tak było, jeżeli rzeczywiście Człowiek miał być rozprawą o niuansach człowieczeństwa i naszej skłonności do przemocy, to nie udało się. Psychologia bohaterów potraktowana została zbyt powierzchownie. Wydarzenia rozgrywają się za szybko. Za duży nacisk położono na dzianie się.

Jeżeli jednak celem Agrimau i Varely było stworzenie dynamicznego czytadła fantastycznonaukowego, zahaczającego tylko o kilka bardziej skomplikowanych wątków, to autorzy odnieśli sukces. Człowieka czyta się bowiem szybko i z przyjemnością.

Duża w tym zasługa przejrzystego kadrowania, czytelnej – nieco cartoonowej – kreski i idealnego wyczucia, jak długo czytelnik jest w stanie zatrzymać się na pojedynczym kadrze. Ale i fabuła ma akurat na tyle dużo zwrotów i charakternych bohaterów, by śledzenie ich losów niosło satysfakcję. Jeżeli szukacie przyjemnej lektury i macie słabość do pomysłowych fabuł SF, to Człowiek jest komiksem wartym zainteresowania.

Deadly Class w dobrej formie

Tymczasem w piątym zeszycie Deadly Class Rick Remender i Wesley Craig (wyd. Non Stop Comics, tłum. Paweł Bulski) wracają do formy. Po nieco gorszym tomie czwartym znów jest dobrze, dynamicznie i z jajem. To sukces o tyle ciekawy, że niemal cały ciężar opowieści przejmują nowi bohaterowie (z podstawowej paczki ważną rolę odgrywa tylko Saya). Choć nie są to postaci tak mięsiste i interesujące jak stara paczka, to mają w sobie wystarczająco dużo charyzmy, bym przeszedł przez tom za jednym posiedzeniem. Nie nudząc się ani przez moment. Na tym etapie serii mam też wiarę, iż Remender poradzi sobie z niuansowaniem psychologicznym bohaterów, pozwoli mi się do nich przyzwyczaić, a następnie złamie mi serce okrutnie ich krzywdząc.

Jak zwykle klasą samą dla siebie jest Wesley Craig. To jeden z najwybitniejszych rysowników amerykańskiego głównego nurtu, który niesamowicie czuje medium. Craig dobrze wie, kiedy odpuścić szczegóły, a kiedy zalać nimi kadr, kiedy pozwolić sobie na nieco bardziej ekstrawaganckie kadrowanie, a kiedy zwolnić i zamknąć bohaterów w klasycznym układzie strony. Uwielbiam patrzeć na jego prace.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments