Comic Relief #21 – część 1: Warszawa lat 30., a trochę jak z filmów o Jamesie Bondzie

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 26.05.2021, 8:00 Aktualizacja: 26.05.2021, 8:00
Tomasz Pstrągowski przygląda się komiksowi „Bazyliszki”, który przenosi nas do Warszawy w 1930 roku. Mniej jest tu więc patriotycznej propagandy, a więcej łotrzykowskiej akcji.
0 Udostępnień

Fot. Egmont Polska

Czym jest komiksowy cykl Comic Relief?

COMIC RELIEF to cykl comiesięcznych polecanek komiksowych prowadzony przez Tomasza Pstrągowskiego – dziennikarza i scenarzystę, doktora Uniwersytetu Gdańskiego, współzałożyciela podcastu Niezatapialni.pl

Tym razem  — wyjątkowo — podzieliliśmy cały odcinek na kilka części, by w każdym zawrzeć inny tytuł i dokładnie opisać jego wady i zalety. Na pierwszy ogień idzie komiksowa Warszawa z międzywojnia.

Fot. Egmont Polska

Piękna Warszawa, poszatkowana narracja

Bazyliszki Tobiasza Piątkowskiego (scenariusz) i Wiesława Skupniewicza (rysunki) to kolejna próba sprzedania czytelnikowi atrakcyjnych awanturniczych fabuł głęboko osadzonych w realiach historycznych. O ile jednak Bradl, poprzedni wspólny projekt Tobiasza Piątkowskiego, wydawnictwa Egmont i Muzeum Powstania Warszawskiego osadzony był w trakcie II wojny światowej (za ilustracje w tej serii odpowiedzialny był Marek Olesicki), o tyle akcja Bazyliszków rozgrywa się w roku 1930. Mniej jest tu więc patriotycznej propagandy, a więcej łotrzykowskiej akcji.

Głównym bohaterem jest Zygmunt, weteran I wojny światowej, wagabunda i awanturnik. Wmieszawszy się w sprawy wyższych sfer stolicy orientuje się, iż jest w samym środku kryminalnej intrygi zawiązanej przez gang tytułowych Bazyliszków. Na szczęście po swojej stronie ma Sama Sandiego – także weterana I wojny światowej, obecnie jedynego czarnoskórego taksówkarza w Warszawie – i Stefana Starzyńskiego, przyszłego prezydenta w Warszawie, jednego z najbardziej wpływowych polityków II Rzeczpospolitej.

Mam wobec pierwszego tomu Bazyliszków podobne zarzuty, jakie miałem wobec Bradla. Piątkowski jest utalentowanym scenarzystą z doskonałym wyczuciem scen, ale ponosi go pulpowa poetyka. Narracja jest poszatkowana, trudna do śledzenia i podzielona między zbyt wielu bohaterów. Sceny urywają się za szybko i zawsze kończą cliffhangerem. A dialogi choć błyskotliwe częściej służą wymianie złośliwości między bohaterami niż przekazywaniu jakichkolwiek treści.

Fot. Egmont Polska

Taki sposób konstruowania fabuł upodabnia Bazyliszka do opowieści o Bondzie czy co bardziej błyskotliwych kryminałów noir. Jednocześnie jednak istotnie utrudnia śledzenie intrygi. Wydaje mi się, że uspokojenie tej opowieści, opowiedzenie jej z mniejszej ilości perspektyw i mocniejsze przywiązanie czytelnika do konkretnych bohaterów wyszłoby jej na plus. Zwłaszcza, że Bazyliszki mają pełnić też rolę edukacyjną – zobrazować międzywojenną Warszawę. Tymczasem czytelnik zamiast poznawać miasto całą energię poświęca próbom nadążania za wydarzeniami. Próbom o tyle beznadziejnym, że pierwszy tom jest krótkim wstępem. Pozostawiającym niedosyt.

Ilustrujący tę historię Wiesław Skupniewicz poradził sobie nieźle, zwłaszcza na froncie architektonicznym i technicznym. Warszawa i krążące po niej auta wyglądają doskonale, a z kadrów wylewa się klimat dwudziestolecia. Nieco gorzej Skupniewiczowi wychodzą postaci ludzkie. Niektórzy bohaterowie są do siebie podobni, przez co czasami trudno śledzić intrygę (i nie chodzi mi o fakt, że dwie bohaterki to siostry bliźniaczki). Sytuacji nie ułatwia przygaszona ciemno-zielona paleta barw, na którą zdecydował się artysta.

Krótko mówiąc, widzę w Bazyliszkach potencjał, ale po pierwszym tomie nie jestem jeszcze kupiony.

Fot. Egmont Polska

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments