Comic Relief #7: Dużo fantastyki naukowej, Judasz i Bękart

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 6.04.2020, 10:29 Aktualizacja: 7.04.2020, 13:01
W kolejnym odcinku cyklu Comic Relief Tomasz Pstrągowski przygląda się sensacyjno-obyczajowemu Bękartowi, biblijnemu Judaszowi oraz trzem opowieściom science fiction: Shangri-La, Negalyod i Telemetria. Jak wypadły komiksy czytane przez niego w marcu?
negalyod
41 Udostępnień

Czym jest komiksowy cykl Comic Relief?

COMIC RELIEF to cykl comiesięcznych polecanek komiksowych prowadzony przez Tomasza Pstrągowskiego – dziennikarza i scenarzystę, doktora Uniwersytetu Gdańskiego, współzałożyciela podcastu Niezatapialni.pl. Dziś omawia on:

Wielowątkowa Shangri-La

W tym miesiącu polecam aż trzy epickie opowieści science fiction. Wszystkie interesujące, ale nieidealne, pozostawiające niedosyt. Zacznijmy od albumu Shangli-La autorstwa Mathieu Bableta a przetłumaczonego przez Katarzynę Gajewską-Wąsowicz (wyd. Timof Comics).

comic relief 7 - shangri la

Fot. materiały prasowe

Jak przystało na porządną opowieść fantastycznonaukową, fabuła startuje milion lat w przeszłości. Oto samotny rozbitek błąka się po nieprzyjaznej planecie. Mówi sam do siebie, wygląda, jakby był na skraju załamania nerwowego. Z jego nieskładnego monologu wynika, że jest zagubiony w czasie i czeka na śmierć pobliskiej gwiazdy. Gdy w końcu dochodzi do kosmicznego wybuchu, akcja skacze milion lat wstecz, do czasów, gdy Ziemia przestała nadawać się do zamieszkania, a resztki ludzkości uciekły na wielką stację kosmiczną zarządzaną przez potężną korporację Tianzhu Enterprises.

Rozbitek okazuje się być naukowcem, który na Tianzhu prowadzi dochodzenie w sprawie tajemniczych wypadków na pomniejszych stacjach badawczych. Wkrótce okazuje się, że nasz bohater znajduje się w samym sercu skomplikowanej sieci intryg zmierzających z jednej strony do obalenia (lub umocnienia) kapitalistycznej dyktatury Tianzhu, z drugiej zaś do stworzenia nowego człowieka (Homo Stellaris), który miałby zaludnić jeden z księżyców Saturna.

Babletowi z pewnością nie można odmówić ambicji. Shangri-La jest jednocześnie historią proekologiczną i antykapitalistyczną, studium na temat rasizmu, konsumpcjonizmu i rewolucji, a także quasi-filozoficzną próbą opisania boskich ambicji rasy ludzkiej, dążącej do stworzenia i podporządkowania sobie nowej rozumnej rasy. Problem w tym, że łapiąc tyle srok za ogon Bablet stworzył album bardzo nierówny, miejscami fascynujący, miejscami zdumiewający, a miejscami po prostu nudny.

Najgorzej wypadają warstwa antykapitalistyczna i rozważania na temat rewolucji mającej obalić porządek na USS Tianzhu. Analogie do współczesności są tu zbyt wulgarne i zupełnie nie pasują do wizji społeczeństwa przyszłości, zamkniętego w metalowej puszce unoszącej się w próżni. Bablet tworzy świat z doskonale znanych nam klocków, zmienia tylko marki i podkręca propagandę. I tak, zamiast kilku współczesnych firm (Apple, Microsoft, Facebook, Google) żerujących na naszym konsumpcjonizmie, w wizji artysty jest tylko jedna marka – wszechpotężna marka Tianzhu, wpychająca swój sprzęt wszystkim zainteresowanym, a pomagająca sobie przy tym czysto pornograficznym marketingiem.

O wszechwładzy Tianzhu mówi się tu wprost, tak samo jak o próbach jej obalenia. Wszyscy ważni gracze polityczni stacji odznaczają się zaskakującym umiłowaniem do monologowania, a przywódczyni rewolucjonistów jest na tyle rozgadana, że wprost przyznaje się nawet do cynizmu.

Blado wygląda również wątek ontologiczno-metafizyczny. Sam autor spycha go zresztą na margines, jakby zdawał sobie sprawę, że tylko drapie po powierzchni. Boskie ambicje człowieka kwitowane są tu prostackimi motywami (bo tak!), a naukowcy pracujący nad projektem Homo Stellaris zdają się nie mieć żadnego sensownego planu. Moje rozczarowanie podbija jeszcze finał, w którym okazuje się, że rzeczywiście wątek ten był Babletowi potrzebny tylko po to, by pchać fabułę do przodu i absolutnie nic z niego nie wynika.

Najlepiej Shangri-La wypada jako opowieść antyrasistowska i proekologiczna. Wątek rasy zwierzo-ludzi wyhodowanej przez ludzkość kryje w sobie najbardziej wstrząsający twist fabularny. Zaś pomysłowa i szczegółowa wizja świata przedstawionego, połączona z niezaprzeczalnym talentem rysownika, sprawiają, że w trakcie lektury naprawdę zatęskniłem za naszą starą, poczciwą Ziemią. I w tym wątku kryje się zresztą ciekawe zakończenie – nie żerujące na zaskoczeniu, ale emocjonalnym domknięciu i dość subtelnym zawieszeniu akcji.

Płycizny scenariusza przysłania doskonała szata graficzna Shangri-La. Mathieu Bablet ma doskonałe wyczucie do fantastyki naukową i aż dziw bierze, że wcześniej nie trafiłem na żaden jego album. Stacje kosmiczne, skafandry do przebywania w próżni, wielkie roboty – wszystko to narysowane jest z niezwykłą starannością i dbałością o każdą śrubkę. Co więcej, Bablet wiele uwagi poświęca prozie codziennego życia i temu, jak małe wynalazki będą na nie wpływały.

Zachwycił mnie zwłaszcza projekt mieszkań upchniętych w ciasnej przestrzeni stacji kosmicznej. Dobrą robotę robią też obrazowane w tle scenki. A to człowiek-pies zamiatający ulice, a to wszędobylskie ekrany reklamowe, a to umieszczony na skraju kadru automat do gier, na którym wciąż działa stary dobry Street Fighter. Wszystko to sprawia, że USS Tianzhu jest czymś więcej niż tylko dekoracją sceniczną, pośród której rozgrywają się losy bohaterów, ale przekonującą lokacją, w której prawdziwość łatwo uwierzyć.

Bablet umiejętnie gra również na emocjach czytelnika. Z jednej strony wrzucając go w świat, który bez problemu zrozumie, z drugiej zaś udziwniając go co chwila elementami jakby z zupełnie innej bajki (np. wszędobylskimi wężami). Pomaga sobie w tym kolorami. W albumie dominują pomarańczowy i niebieski, ale oba są przełamywane, by wzmóc pożądany efekt.

Koniec końców Shangri-La to pozostająca w pamięci lektura. Miejscami fascynująca, miejscami oszałamiająca, miejscami rozczarowująca, ale ciekawa nawet w swoich najgorszych momentach.

Dinozaury w SF, czego chcieć więcej?

Interesujący jest też komiks Negalyod Vincenta Perriota (tłum. Maria Mosiewicz, wyd. Egmont Polska). Jest to powieść graficzna bardziej skupiona i mniej ambitna niż Shangri-La. Zachęcająca ciekawą wizją przyszłości, ale wykorzystująca ją do opowiedzenia fabuły niemal całkowicie stawiającej na akcję.

comic relief 7 - negalyod

Fot. materiały prasowe

Głównym bohaterem Negalyod jest wypasający dinozaury Jarri. Potrafiący rozmawiać z gadami chłopak zamieszkuje pustynię i jest zupełnie niezainteresowany życiem w wielkim mieście. Jednak gdy jego stado zostaje zmasakrowane przez ciężarówkę meteorologiczną, Jarri postanawia porzucić dotychczasowe życie i poszukać zemsty w Stacji 3703.

Perriot buduje interesujący, fantastyczny świat. Inteligentne dinozaury istnieją w tym komiksie obok dziwacznych latających machin, a nomadyczne plemiona przemierzają planetę wyniszczoną przez potężne, wielopoziomowe miasto, którym zarządza tajemniczy byt. Jak łatwo się domyślić, raczej wcześniej niż później Jarri stanie na drodze owego bytu i z prostego chłopaka chcącego pomścić swe stado przeobrazi się w rewolucjonistę obalającego niesprawiedliwy system.

Negalyod nie jest komiksem, nad którym popadniecie w głęboką zadumę. Choć podejmowane są tu tematy ekologii, władzy i manipulacji, to służą one tylko uatrakcyjnieniu sensacyjnej fabuły, pełnej pościgów, pojedynków i zwrotów akcji. Podział na dobrych i złych jest prosty. Dobrzy to ci, którzy pragną wolności, kochają i umierają. Źli to oprawcy okłamujący społeczeństwo, bezlitośni nawet dla własnych siepaczy.

To historia zasiedlona nieskomplikowanymi bohaterami i unikająca problematycznych dwuznaczności. Ale nie traktujcie tego jako zarzutu. Na poziomie czystej rozrywki Negalyod dostarcza sporo frajdy. Sceny akcji narysowane są czytelnie, a Perriot ma akurat tyle pomysłów na pojazdy i dinozaury, by co jakiś czas zaskakiwać czymś nowym, nie przeciągając historii ponad miarę.

To dobra propozycja dla fanów europejskiego komiksu środka. Narysowanego realistyczną kreską, niegłupiego, oferującego ucieczkę od rzeczywistości, podsuwającego podnoszącą na duchu puentę. Wszyscy fani Thorgali, Yansów i innych Lanfeustów będą się czuli jak w domu. Pozostali zaś znajdą na kartach Negalyoda dużo dobrej rozrywki.

Intrygująca, polska Telemetria

A jeżeli wciąż mało wam epickiego science fiction, to mam jeszcze propozycję z Polski. Komiks Telemetria autorstwa Łukasza Obłażewicza zakupiłem od autora w trakcie Rumia Comic Con.

comic relief 7 - telemetria

Fot. materiały prasowe

Pierwszą część serii rozpoczyna katastrofa statku kosmicznego, którego kapsuły ratunkowe spadają na planetę nękaną przez anomalię pogodową, uniemożliwiającą ponowną podróż do gwiazd. Następnie akcja skacze 276 lat w przyszłość i skupia się na Niel – młodej kobiecie polującej na spadające z nieba szczątki, mające pomóc rozbitkom odlecieć z więzienia, jakim stała się dla nich planeta.

W pierwszej części Telemetrii Obłażewicz rozstawia pionki na szachownicy. Mamy więc zadziorną główną bohaterkę, mamy społeczność rozbitków rządzoną przez wiekową patronkę, mamy konflikt pomiędzy podejściem marzycielki pragnącej dotknąć gwiazd, a konserwatystki zainteresowanej przede wszystkim bezpieczeństwem swoich ludzi,a w końcu mamy także tajemnicze niebezpieczeństwo, przemierzające kosmos, z którego żaden z bohaterów nie zdaje sobie jeszcze sprawy.

Choć wszystkie elementy Telemetrii widziałem już gdzieś wcześniej, to nie mogę odmówić Obłażewiczowi sprawności w żonglowaniu nimi. To poprawnie skonstruowane zawiązanie historii. I po skończonej lekturze jestem zainteresowany, co będzie się działo dalej. Zwłaszcza, że wiele kadrów zdradza duży talent rysownika.

Miejscami Telemetria wygląda jak głównonurtowy komiks fantastycznonaukowy, który bez przeszkód mógłby zostać wydany na Zachodzie. Szkoda tylko, że na każdy świetny kadr przypada przynajmniej jeden kadr taki sobie, odpuszczony, pokolorowany tylko do połowy, szkicowy, albo ze źle uchwyconymi postaciami. Widać, że Obłażewicz dysponuje dużymi możliwościami, ale wciąż jeszcze musi się sporo nauczyć, aby narysować cały zeszyt na jednakowym poziomie.

Kto wie, być może uda mu się już w drugiej części. Ja czekam.

Brutalny Bękart

Żeby nie poświęcać całego Comic Relief fantastyce naukowej, przejdę do Bękarta autorstwa pochodzącego z Belgii Maxa de Radiguésa (tłum. Olga Mysłowska, wyd. Kultura Gniewu). To sensacyjno-obyczajowa opowieść skupiająca się na ucieczce May i jej syna Eugene’a – pary złodziei, którzy zostali zdradzeni i teraz próbują ukryć łup i ujść z życiem. Oczywiście sprawa nie jest łatwa, bo śladem uciekinierów ruszyli byli wspólnicy.

comic relief 7 - bekart

Fot. materiały prasowe

Wyczuwam w Bękarcie silne wpływy twórczości Charlesa Forsmana, autora cenionego End of the F***ing World (komiks wydało w Polsce wydawnictwo Non Stop Comics, a na Netflixie możecie obejrzeć jego serialową adaptację). Podobnie jak Forsman, de Radigués miesza ze sobą sensacyjną przemoc i obyczajową historię o jednostkach żyjących poza ramami społeczeństwa. Podobnie prowadzona jest narracja – ograniczona zazwyczaj do dialogów, nastawiona na dzianie się, choć pod tym dzianiem się rozgrywają się dość poważne tematy. Podobny są też style Forsmana i de Radiguésa: kreska obu jest prosta, w małych, kwadratowych kadrach pozostawiają dużo światła, a ich komiksy przypominają nieco zbiory gazetowych stripów. Tyle że zamiast ku puentom, kolejne epizody pędzą od jednego wybuchu przemocy do kolejnego.

I mam niestety z Bękartem ten sam problem, który miałem z End of the F***ing World. To dobry komiks, którego lektura przyniosła mi dużo frajdy, ale jednak przede wszystkim na poziomie sensacyjnej intrygi i scen akcji. Styl graficzny i narracja ograniczająca wgląd w życie wewnętrzne bohaterów narzucają bardzo szybkie tempo lektury, a co za tym idzie utrudniają przeżywanie dramatów bohaterów. Choć na poziomie intelektualnym zdaję sobie sprawę, że finałowy zwrot powinien nieść ze sobą duży ładunek emocjonalny, to w ogóle tego nie odczułem. Ot, przeleciałem przez niego w tym samym tempie, co przez poprzednich 150 stron Bękarta.

Nie znaczy to jednak, że Bękart jest komiksem złym czy nieudanym. Doceniam rzemieślniczą sprawność de Radiguésa, lubię jego styl czy sposób w jaki przedstawia postaci – o których być może nie wiemy zbyt dużo, ale które bardzo wyraźnie się od siebie różnią. A opowiedziana tu historia sprawiła mi wiele frajdy. Po prostu nie jest to komiks dla mnie i szczerze wątpię bym jeszcze kiedyś do niego wrócił.

Dobry Judasz

I zupełnie na koniec Judasz Jeffa Lovenessa (scenariusz) i Jakuba Rebelki (rysunki) (wyd. Kultura Geniwu, tłum. Jacek Żuławnik).

comic relief 7 - judasz

Fot. materiały prasowe

Najpierw kilka słów o autorach. Loveness obecnie pracuje jako współscenarzysta serialu Rick and Morty, wcześniej zaś współpracował z Jimmym Kimmelem i pisał żarty dla wodzirejów prowadzących gale nagród Emmy i Oskarów. Loveness pracował także dla Onion News, prawdopodobnie najzabawniejszego źródła fake newsów w internecie.
Jakub Rebelka zaś to jeden z najzdolniejszych polskich rysowników średniego pokolenia, tego urodzonego w latach 80. Jeszcze w latach 90. publikował na łamach legendarnego magazynu AQQ. Debiutował w 2002 roku świetnym Doktorem Bryanem. W 2009 roku wydał jeden z najdziwniejszych albumów polskiego komiksu – pełen penisów Dick4Dick. Harem Zordaxa, promujący działalność nieodżałowanej grupy Dick4Dick. Od kilku lat Rebelka coraz lepiej radzi sobie na rynkach zachodnich, współtworząc takie komiksy jak La Cite des Chiens, Miasto psów (wyd. pol. Kultura Gniewu) a teraz Judasz.

Komiks opowiada o największym zdrajcy w historii, który wydał Jezusa Rzymianom i na zawsze stał się negatywnym bohaterem wszystkich chrześcijan. Akcja zaczyna się tuż po wydarzeniach znanych z Biblii, gdy trawiony wyrzutami sumienia Judasz popełnia samobójstwo i trafia do piekła. A tam spotyka się z Lucyferem, będącym, jak nietrudno się domyślić, wielkim fanem Iskarioty. Gdy do tego samego piekła trafia ukrzyżowany Jezus, to właśnie Judasz okaże się tym, który obroni spuściznę Chrystusa i pozwoli, by wydarzenia potoczyły się tak, jak zostało to zapisane.

Scenariusz Lovenessa nie jest być może subtelny, ale osiąga swój cel – rehabilituje postać zdrajcy skazanego na los zdrajcy, podbijając jednocześnie miłosierne przesłanie Jezusa. To opowieść o potędze wybaczenia, bardzo skupiona na morale, który ma do przekazania. Nie zapuszczająca się w dygresje i nigdy nie tracąca z oczu puenty.

Moc Judasza tkwi jednak nie tylko w nieśmiertelnych prawdach, ale i w niesamowitych rysunkach Rebelki – dość zgodnie chwalonego przez zachodnich recenzentów. Piekło w interpretacji Rebelki jest przerażające, ale unika kiczowatej makabry. To raczej kraina zapomnienia i winy niż wiecznych mąk napędzanych przez straszne tortury. Świetnie wypadają też najważniejsze postaci. Judasz, Lucyfer i Judasz wyglądają jednocześnie niczym postaci z witraży i prawdziwe istoty ludzkie. Doceniam również płynność z jaką Rebelce zdarza się zmieniać styl – zwłaszcza w sekwencji ataku Lucyfera na Jezusa, narysowanej prostymi, dynamicznymi krechami, pozbawionej szczegółów, raptownej, bolesnej.

Polecam.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o