Detroit: Become Human [RECENZJA]

Ewelina Zdancewicz-Pękala Recenzje gier Publikacja: 16.07.2018, 15:13 Aktualizacja: 22.02.2019, 16:00
Detroit: Become Human to jedna z najlepszych produkcji Quantic Dream. Francuskie studio stworzyło świat przyszłości i androidów, który wbija w fotel. Ich najnowsza propozycja dla graczy PS4 to nie tylko dobra rozrywka, ale też sporo moralnych dylematów.
Detroit: Become Human
0 Udostępnień

Technologia idzie do przodu. Z roku na roku powstają coraz to lepsze sprzęty oraz coraz lepiej działające urządzenia, które mają nam ułatwiać tzw. życie codzienne. Nikt nie widzi w tym nic złego, bo co złego może być w ułatwianiu sobie życia? Każdy przecież wie, że wszystko idzie do przodu i trzeba się postarać, żeby nie zostać w tyle. W wizji studia Quantic Dream w USA 2038 roku receptą na to, żeby nadążać za innymi, są androidy.

To nowoczesne maszyny, które służą ludziom jako pomoc domowa, asystenci dla osób niepełnosprawnych czy też lalki do seksu. Androidy wyglądają i zachowują się jak ludzie, ale nimi nie są. Są maszynami, które służą do użytku i tak też są traktowane. Ich twórcy nigdy nie myśleli, że androidy mogłyby kiedykolwiek przestać być tym, do czego zostały stworzone.

Jednak pewnego dnia coś się zmienia. Androidy jeden po drugim zaczynają odczuwać emocje. Boją się o swoje życie, jeśli mają agresywnego właściciela. Mają dość bycia sprzątaczkami, ochroniarzami i popychadłami. Niektóre z nich budzą się w momencie, kiedy patologiczni właściciele kopią ich, biją i przypalają papierosami. Androidy nie czują fizycznego bólu, ale nagle niektóre z nich zaczynają odczuwać psychiczny ból. I strach przed tym, co się stanie, jeśli zostaną zniszczone. Ludzie zawsze zastanawiają się, co czeka ich po śmierci. Nagle okazuje się, że takie same myśli mają androidy – te, które miały być tylko maszynami do wykorzystania i wyrzucenia, kiedy skończy się ich okres ważności.

Protagoniści Detroit: Become Human w akcji

W Detroit: Become Human na konsoli PlayStation 4 stykamy się z historiami androidów, ale kierujemy życiem trzech głównych bohaterów: Connora, Kary i Markusa. Connora poznajemy w momencie, kiedy zaczyna on współpracę z niezbyt przyjaznym porucznikiem, który kiedyś był uznanym policjantem. Obecnie Hank jest zapijaczonym i odrażającym typem, a Connor jest “wyjątkowo podrasowanym” androidem, który służy do tropienia tzw. defektów – androidów, które przestały się słuchać ludzi. Muszą się jakoś dogadać, żeby ich wspólne śledztwo przyniosło efekty.

Androidka Kara

Kara to androidka, która została kupiona przez agresywnego i uzależnionego od narkotyków i alkoholu Todda – ojca małej Alice. Todd znęca się zarówno nad Karą, jak i nad swoją córką. Pierwszy raz widzimy Karę w momencie, kiedy Todd odbiera ją z naprawy. Jak wyjaśnia sprzedawcy “wpadła pod samochód”. Jaka jest prawda – łatwo się domyślić. Jednak Kara ma zresetowaną pamięć, a poza tym jest posłuszną maszyną, więc jak gdyby nigdy nic wraca sprzątać obrzydliwie brudny dom oprawcy. Stara się na nowo nawiązać więź z małą Alice, która jest przerażona samym faktem przebywania w jednym domu z patologicznym ojcem.

Markus z kolei mieszka w domu ze znanym i starym artystą, który z powodu wieku mocno już podupadł na zdrowiu. Malarz potrzebuje kompleksowej opieki do codziennego funkcjonowania. Dobrze traktuje swojego androida, a nawet widzi w nim potencjał do odczuwania ludzkich uczuć. Co więcej, nie wypiera tego i nie bagatelizuje, a wręcz zachęca Markusa do twórczego myślenia – czyli czegoś, co przecież oficjalnie robić mogą tylko prawdziwi ludzie. Markus niestety nie cieszy się długo tym, że ma tak wyrozumiałego pana, bo dochodzi do tragicznego zdarzenia, po którym nic już nie jest takie same. Markus staje się rebeliantem, którego czyny i decyzje wpłyną na dalszy los androidów i ludzi.

Androidy w akcji, czyli fabuła na 5+ (uwaga – spoilery)

Zacznijmy od tego, że ten akapit spokojnie mogą pominąć ci, którzy w Detroit jeszcze nie grali. Znajdą się tu pewne informacje, które mogłyby zepsuć im rozgrywkę lub wpłynąć na podejmowane przez nich wybory.

Detroit ma wyjątkowo dobrze napisany scenariusz – fabuła gry po prostu płynie. Zazwyczaj to, jak będzie wyglądać następna scena zależy od tego, jakie wybory zostały wcześniej podjęte. Przykładowo w scenie, w której Kara ratuje Alice od Todda dziewczyny mogą po prostu uciec, ale Kara może też zastrzelić oprawcę (jeśli wcześniej dokładnie posprząta jego sypialnię i znajdzie broń w szafce). W obu przypadkach Kara i Alice w panice uciekają z domu i muszą znaleźć jakieś schronienie, natomiast ma to wpływ m.in. na opinię publiczną. Jeśli bombardujemy ludzkość informacjami o morderstwach dokonywanych przez androidów, to opinia publiczna staje się im coraz mniej przychylna. Jeśli staramy się przejść rozgrywkę w pokojowy sposób, wtedy ludzie zaczynają patrzeć na maszyny jak na żywe istoty. Każde drobne morderstwo ma znaczenie.

Android Markus

Markus z kolei może dać umrzeć swojemu opiekunowi albo może doprowadzić do tragicznego wypadku z udziałem jego syna, ale za to starzec przeżyje. Tutaj akurat tak czy siak Markus obudzi się na wysypisku androidów, czyli miejscu, gdzie wywalane są niepotrzebne maszyny. Jest to wyjątkowo mocna i dramatyczna scena, ponieważ Markus wędruje po ruszających się ciałach i ich częściach, usiłując znaleźć wyjście. Za to w późniejszych scenach (takich jak kradzież tyrium z magazynów oraz to, czy pozwoli zabić strażnika oraz czy zabierze ze sobą nawrócone tam androidy) wpływ jego decyzji będzie widoczny natychmiast, nie tylko pod koniec gry i w opinii publicznej.

Co ciekawe, wybory gracza mają znaczenie nawet w menu. Taki drobny smaczek jak rozmowy z Chloe, która prowadzi gracza przez opcje naprawdę dużo daje. W pewnym momencie Chloe zaczyna się zachowywać nieprofesjonalnie i potrafi zapytać gracza, czy jest jej przyjacielem. Jeśli ten odpowie, że nie – androidce widocznie zrobi się przykro. A przecież Chloe nie powinna mieć uczuć, prawda? Daje to poczucie jeszcze większego zanurzenia w klimat gry, który jest niesamowity: ciężki, mocny i tragiczno-melancholijny. Gdybym miała go opisać jako scenę, to powiedziałabym, że jest niczym deszcz tworzony przez Quantic Dream. Zawsze robi wrażenie.

Niech poleje się… tyrium (koniec spoilerów)

Detroit: Become Human można przejść bardzo krwawo i bardzo pokojowo, natomiast każdy sam decyduje o poszczególnych wyborach i o tym, jakim będzie bohaterem. Ja przeszłam grę kilkukrotnie – jej plusem jest fakt, że dzięki rozbudowanemu scenariuszowi jest regrywalna. W ostatnim przejściu gry krew (czerwona i niebieska- tyrium) lała się szerokim strumieniem. Jeśli tylko mogłam zabić, to zabijałam. Nie było to zgodne z moją postawą, ale byłam ciekawa, do jakiego zakończenia doprowadzę. Cóż… radzę sprawdzić samemu, jednak za pierwszym razem warto zagrać tak, jakby naprawdę się decydowało w danej sytuacji.

Sztuka wyborów: zabij lub daj się zabić

Detroit: Become Human to jedna z tych gier, na które należy patrzeć nie tylko pod kątem rozgrywki i rozrywki. To tytuł, który mocno odwołuje się do moralności gracza, bo fabuła opiera się na wyborach. Każda decyzja ma znaczenie i choć czasem ma się wrażenie, że robi się tę jedną właściwą rzecz, to jednak potem i tak może się okazać, że dany wybór doprowadził do niewłaściwego (takiego, które nam się nie podoba) zakończenia.

Grafika na medal, humor na plus

Podczas tworzenia Detroit: Become Human wykorzystano motion capture i to widać. Grafika jest niesamowita, a twarze są naprawdę ludzkie – widać z nich drobne zmarszczki na czole, pory skóry, lekkie zmrużenie oczu. Emocje są oddane naprawdę niesamowicie. Quantic Dream poradziło sobie świetnie z oczami bohaterów – zazwyczaj gry mają problem z “martwymi oczami”, natomiast tutaj oczy są żywe i ładnie wyglądają. Do postaci nie można się przyczepić, a same lokacje też są bardzo dobrze wykonane. Detroit cieszy oko i… śmieszy, mimo tego, że to poważna historia.

Humorystyczne wątki dotyczą relacji Connora i Hanka, którzy mogą się albo nienawidzić albo dotrzeć i w końcu zostać przyjaciółmi. Niektóre teksty Hanka kierowane do Connora, takie jak “Co z ciebie za oblech” (w momencie pobierania próbki krwi z ciała – językiem) lub “Już wiem, dlaczego tak cię tu ciągnęło” (w klubie Eden, w którym klienci uprawiają seks z androidami) potrafią świetnie rozładować miejscami aż za ciężki klimat.

Minusy, czyli za co gracze mogą nie polubić Detroit

Szczerze mówiąc wyjątkowo ciężko było mi znaleźć minusy tej gry – a to nie zdarza się praktycznie nigdy. Niektórzy gracze złośliwie komentują, że Quantic Dream jest w stanie zrobić QTE z obierania ziemniaków i coś w tym rzeczywiście jest – w końcu przechodzimy razem z Karą całą sekwencję sprzątania domu. Jednak muszę podkreślić, że mi to absolutnie nie przeszkadzało, a wręcz pozwoliło oswoić się ze sterowaniem (które, nawiasem mówiąc, jest proste i intuicyjne). Oczywiście QTE w zbyt dużej ilości może być traktowane jako minus, ale wszystko zależy od osobistych preferencji gracza – dla niektórych nie muszą one dotyczyć tylko i wyłącznie walk.

Pojawiły się też głosy, że scenariusz ma niby wiele wyborów, ale na dobrą sprawę w grze mało się dzieje. Rzeczywiście mogą być takie uczucia, ale jeśli komuś zależy na naprawdę mocnej akcji, to powinien postawić na God of War lub inne dobre tytuły, które niedawno wyszły.

Osobiście uważam, że cena Detroit: Become Human może okazać się zaporowa dla niektórych graczy. Z drugiej strony warto jest wydać więcej pieniędzy na satysfakcjonującą rozgrywkę. Tak dola dobrych tytułów – nie są tanie. Jednak jeśli już ktoś zdecyduje się na Detroit, to nie będzie tego żałować.

Ewelina Zdancewicz-Pękala

Ocena
10/10

Plusy
świetna grafika
dobrze poprowadzone postacie
dobra fabuła
regrywalność tytułu
proste sterowanie
wybory gracza naprawdę mają znaczenie
humor w grze

Minusy
za dużo QTE

Ocena redakcji 10 / 10

Zobacz także:
Bored Games – gry planszowe na giełdzie!
Gry planszowe, 15 Lip 2019
Muzyka do Watch Dogs: Legion tworzona przez… ciebie?
Aktualności o grach, 15 Lip 2019
Dr. Mario World z dwoma milionami pobrań
Aktualności o grach, 15 Lip 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o