Gry Quantic Dream nie są grami? Zacznijmy od Detroit…

Przemysław Pawełek Gry Publikacja: 24.07.2019, 12:00 Aktualizacja: 30.07.2019, 10:53
Czy gry Quantic Dream oraz Davida Cage'a są w stanie coś jeszcze zaoferować? Jak pisze Przemysław Pawełek, formuła tych produkcji wyczerpała się i wyprzedzone zostały nawet przez Netfliksa. Zapraszamy do lektury felietonu i wypróbowania Detroit: Become Human w ramach oferty PS Plus na lipiec 2019!
gry quantic dream - heavy rain
14 Udostępnień

David Cage musi odejść

Kolega zapytał mnie niedawno, co mnie irytuje w grach od Quantic Dream, oraz czego oczekiwałbym od ich nowej produkcji, by mnie zaciekawiła. Odpowiedź na pierwsze pytanie rozwinę za chwilę, zatrzymam się przy drugim, na które odpowiedziałem, że oczekuję tylko, by David Cage poszedł na emeryturę, bo dość już mielenia tych samych patentów przez dekadę.

Nie trawiłem jego filozofii cyfrowej rozrywki dziesięć lat temu, a że przez ten czas jedyne co poprawił, to jakość grafiki i motion capture w swoich grach – to nie trawię jej dalej. Kolega zadał te pytania, bo jechał z dziennikarską wizytą do siedziby Quantic Dream. Mój apel do Cage’a oczywiście nie dotarł, za to kolega uraczył mnie fotografią projektanta na tle podeszwy sandała. Cóż, dobre i to.

Co jest nie tak z grami Quantic Dream?

Wspomniana rozmowa odszpuntowała u mnie prawdopodobnie korek zatykający woreczek żółciowy, bo w odpowiedzi na pierwsze pytanie lało się ze mnie dłuższą chwilę. Gry Quantic Dream trafiają właśnie na pecety, i to chyba dobra chwila, bym podzielił się z Wami swoim rantem.

Detroit: Become Human

Gry od Quanticów mają parę problemów i niestety są one powiązane na stałe z kolejnymi produkcjami tego studia, a głównemu problemowi jest według mnie na imię David. A być może Przemek, bo po prostu moja wizja czy moje oczekiwania względem elektronicznej rozrywki rozjeżdżają się z tym, co jest mi dostarczane.

Zacznę może od końca – czym gry są dla mnie i czego od nich oczekuję? Doświadczenia, przeżycia – czasem stawiającego na rytmiczne klepanie guzików, a czasem będącego narracyjną przygodą, której częścią jestem. Otóż Quantic Dream wykłada się dla mnie w obu aspektach.

Na co to komu?

Wciąż nie jestem w stanie w pełni zrozumieć, skąd przywiązanie autorów do zmuszania gracza do wykonywania nieistotnych czynności. Pomijam legendarne kręcenie gałką ćwierćobrotów w grach tego studia, by np. otworzyć okno, czy inne rozwiązania nieintuicyjne albo niewygodne, choć teoretycznie mające symulować prawdziwy ruch.

Nie w pełni rozumiem, po co nasi bohaterowie muszą tyle łazić, przemieszczając się z punktu akcji do punktu akcji albo po prostu się przechadzając, choć jest to bardziej nudne niż angażujące. Wciąż nie potrafię się otrząsnąć z pierwszych dwóch godzin Detroit: Become Human, gdy robimy pranie i wyrzucamy śmieci, co jest naprawdę tanim i w moim przypadku zupełnie nieskutecznym sposobem na budowanie immersji, równie topornym narracyjnie, co wydzielona część dla robotów z tyłu autobusu jako parabola.

Rzeczy ciekawe też są nieciekawe

Na poziomie gameplayowym niewiele bardziej ciekawe i angażujące okazują się też sekwencje detektywistyczne, gdy zwykle po prostu tak długo kręcimy się po lokacji, aż wszystko znajdziemy i można wtedy iść dalej. Puls w grach tego studia przyspieszał mi zwykle nieznacznie przy sekwencjach QTE, ale na Boga, przecież nie dla nich odpala się gry!

gry quantic dream - beyond two souls

A właśnie tak wyglądają gry Quantic Dream od roku 2010. Chcę interakcji i pewnego wyzwania, które nawet pojawiało się w sekwencjach strzelania w Beyond: Two Souls, ale dla odmiany nie dawało żadnej satysfakcji.

Kolejną sprawą jest zanurzenie się w świat, wejście w buty bohatera i po prostu przeżycie jego historii. Uwielbiam Firewatch, ujęło mnie Life is Strange, lubię niektóre gry Telltale Games. Najważniejsza jest w nich banalna sprawa – tak wciągnąć gracza w historię, by nie myślał, że gra, lecz po prostu doświadczał przygody. Równie istotne jest takie nim manipulowanie, by zapomniał, że nawet jeśli to on podejmuje wybór, to i tak z uprzednio przygotowanej puli.

David Cage do oślej ławki

Interaktywność taka jest w pełni wyreżyserowana. Immersja jest iluzją, ale czarodziejom, którzy potrafią ją wyczarować, należy się order. Davidowi Cage’owi nie należy się czapa czarodzieja, tylko spiczasty czepek, z którym kiedyś w amerykańskich szkołach odsyłano uczniów do oślej ławki.

Jest taki moment w Beyond, gdy trafiamy w amerykańską dzicz i mamy sami znaleźć trasę, która poniesie nas w przyszłość. Niemal słyszałem jak Cage szepcze mi wtedy do ucha: to twoja historia, ty ją tworzysz, ty sam ją opowiadasz, rób co chcesz, wsiądź na konia, bądź wolny, ALE PAMIĘTAJ, ŻE DROGA JEST JEDNA, tak, oczywiście masz wolną wolę, i możesz sam pokierować koniem, bo to twoja opowieść, ALE PATRZ, TAM JEST PIASZCZYSTA DROGA, JEDZIESZ TAM CZY NIE???

No i to jest dla mnie kluczowa scena potwierdzająca poziom kompetencji tego studia w kwestii budowania immersji, gdy daje się nam błądzić tak długo, aż w końcu wybierzemy tę jedną jedyną z dostępnych opcji.

gry quantic dream - heavy rain

W sumie jednak wszystko sprowadza się do samej historii. Nie ważne jest tylko jak rozgrywamy dane sceny, ważne jest przedstawienie opowieści i prowadzenie narracji. I znowu – przy Heavy Rain na argument, że to thriller bez napięcia, musiałem się spierać kontrargumentem „a bo ty nie masz dziecka, więc nie rozumiesz”. Dla odmiany Detroit porusza ciekawe tematy, tylko że są to pytania, które te 35 lat temu zadał już Blade Runner, robiąc to przy okazji ciekawiej i finezyjniej. Podobnie jak inne dzieła, które odpowiadają na pytanie o człowieczeństwo androidów.

Gra od Quantic Dream oczywiście nie niesie poza pytaniami żadnych odpowiedzi. Nie wiem, jak to studio chciało mnie oczarować poruszanym tematem, skoro przez ten czas świat praktycznie dogonił cyberpunk.

Co z Until Dawn?

Czas na małą dygresję. Czasem przy okazji rozmów o Cage’u rzucam zdaniem, że jego najlepszą grą jest Until Dawn. Tak, wiem, to nie jest gra Quantic Dream, ale właśnie o to mi chodzi. Bo jest lepsza w każdym zakresie od ich gier, jednocześnie mając DNA na wskroś przesiąknięte ich filozofią. Lepiej działała tam fabuła, od początku podnosząca napięcie, banalna, ale przewrotnie i inteligentnie grająca konwencją slasher horroru.

gry quantic dream - until dawn

Dobrze wypadali bohaterowie i stawka, o którą grali, czyli życie. Pomimo rozbicia narracji na parę postaci i tak byłem w stanie się nimi przejąć i chcieć ich utrzymać przy życiu, bo wiedziałem – choć mgliście – przeciwko czemu wszyscy grają. Bonusowo nie musiałem robić ćwierćobrotów gałką od pada, wykonywać zbędnych i nieciekawych czynności (pokroju obowiązkowej sekwencji guzików przy otwieraniu drzwi), nie było błędnego łażenia, a zamiast wypełniaczy były cut scenki albo cięcia montażowe, przejścia pomiędzy sekwencjami.

Gdybym był Cage’em i zagrał w tę grę, to bym parę rzeczy przemyślał. Na szczęście nie jestem i nie muszę się tłumaczyć z Beyond. Za to Cage nie przemyślał albo w ogóle nie grał w Until Dawn, bo Detroit ma dokładnie te same problemy, co jego poprzednie gry.

Jak naprawić gry Quantic Dream?

To teraz weźmy na stół dowolną grę Quanticów i zastanówmy się – co tu tak naprawdę jest grą? Jaka tu jest ilość interaktywności, i co nas w tej interaktywności bawi?

Wywalmy więc na wstępie żmudne łażenie.

Wywalmy niepotrzebne sekwencje wypełniające czas, użeranie się z bzdetami typu malowanie obrazu czy wieszanie prania, które mogła by załatwić piętnastosekundowa cutscenka.

Poślijmy do lamusa QTE.

Detroit Become Human

Co nam zostaje? Nieszczęsne sceny detektywistyczne. Wywalamy, niech to będzie minutowa cutscenka, zamiast męczenia buły.

Co zostaje nam wtedy? Dialogi i momenty wyborów, decyzje fabularne. To, co działa w grach Quantic Dream, to kształtowanie opowieści w kluczowych momentach przez nasze decyzje i działania.

I to jest fajne. Tylko że to nie jest gra w moim rozumieniu, to konsolowy wariant książki paragrafowej. Gry Quantic Dream to w istocie interaktywne filmy, a David Cage to niespełniony reżyser filmowy zagubiony pomiędzy muzami.

Quantic Dream nie robi tak naprawdę gier?

Przy okazji premiery Detroit miałem zresztą następującą refleksję: gdyby wywalić całą tą niepotrzebną gameplayową oprawę, a interaktywność ograniczyć do wyborów, to do „grania” w „gry” Quantic Dream nie potrzeba byłoby ani konsoli, ani komputera. Wystarczyłby odtwarzacz Blu Ray, gdzie odpalalibyśmy prerenderowany film i w kluczowych momentach pilotem podejmowali byśmy decyzje.

Tylko że bez oklejenia tego filmu godzinami zbędnych czynności, by czas przejścia dobił do tych 10 godzin, nikt rozsądny za taki interaktywny film nie zapłaciłby 60 dolarów, a produkcja swoje kosztuje i Excel musi się zgadzać.

Black Mirror: Bandersnatch

Owszem, możecie mi teraz wygarnąć, że co ja się tam znam – jest interakcja, jest więc gra, a ja po prostu jestem hejterem. Tylko że w międzyczasie Netflix ucieleśnił tę moją fantazję, tworząc swoje pierwsze filmy, które można oglądać tak, jak „gra” się w produkcje Quantic Dream.

Panie Cage – od dekady człapie pan w miejscu, a przez ten czas wyścignęła pana usługa streamingowa spoza branży. Czas na emeryturę. A dobrą historię o androidach może dostarczy ktoś inny, na przykład Netflix.

Zobacz także:
FIFA 20 FUT: karty Road to the Final już dostępne!
Aktualności o grach, 11 Lis 2019
Star Wars Jedi: Fallen Order
Baza gier, 11 Lis 2019

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o