Jak pandemia zabrała mi popkulturę – FISH&CHIPS #21

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 10.04.2021, 20:57 Aktualizacja: 21.04.2021, 11:24
W pierwszych miesiącach pandemii popkultura bardzo mi pomogła. Siedząc zamknięty w domu, przykuty do płynących przez internet apokaliptycznych doniesień zrobiłem to, co robię najlepiej — rozsiadłem się przed telewizorem, odpaliłem Netlfixa, nakupowałem gier na Steamie.
0 Udostępnień

Źródło: Flickr/Néstor Carvajal – The Last of Us

Co straciliśmy

Typowa korespondencja czasów pandemii. Przyjaciel, świeżo upieczony ozdrowieniec, którego COVID przeczołgał nieco mocniej niż mnie, składa relację z pierwszego spaceru po kwarantannie.

Zdjęcie w maseczkach. Pierwsze dni prawdziwej wiosny. Park, słońce. „Po przejściu dwóch kilometrów legliśmy na ławce, jakby to był ponton ratunkowy na środku oceanu”. Dwie godziny później pisze, że kolejną rzeczą, którą zabrała mu pandemia, są powroty do domu. Zamknięci wciąż w czterech ścianach powoli zapominamy „jak przyjemnie jest po meczącym spacerze wejść do domu, ogarnąć się, zaparzyć ziółek, wziąć komiks i usiąść na własnym balkonie”.

Te wiadomości mnie jednocześnie cieszą i smucą. Z jednej strony mogę wykreślić jedno zmartwienie z listy. Kolejna bliska mi osoba przeżyła. Małe zwycięstwo nad pandemią, która pochłonęła 2,8 miliona istnień. Z drugiej strony SMS-y od Sz. uświadomiły mi, że osobiście straciłem w pandemii coś znacznie dla mnie cenniejszego niż powroty do domu.

Straciłem popkulturę.

Ucieczka w fantazję

Do tej pory popkultura była dla mnie drogą ucieczki. Nie wydaje mi się, bym był w tym temacie szczególnie oryginalny.

O tym, że opowieści pozwalają zapomnieć o prawdziwym świecie, przekonałem się jeszcze w szkole podstawowej. Pomimo dość bogatego życia towarzyskiego (nigdy nie byłem typem odludka czy samotnika) połykałem dziesiątki książek, filmów i gier wideo. Były dla mnie odskocznią. Zapewniały chwilę spokoju. Obojętne jak źle działoby się w mojej szkole, jak nieszczęśliwie byłbym zakochany, jak bardzo kłóciłbym się z rodzicami, zawsze mogłem się zamknąć w pokoju i poczytać książkę, włączyć grę, obejrzeć anime. Albo umówić z kolegami na sesję w papierowego Warhammera.

Faworyzowałem fantastykę, ale przecież nie byłem od niej uzależniony. To przedziwne, ale większość trudnej klasyki przeczytałem właśnie w liceum, a nie na studiach. Kroniki Dragonlance wchłonąłem mniej więcej w tym samym czasie co Biesy Dostojewskiego. Harry’ego Pottera poznawałem równolegle z Obcym Camusa. Jeszcze przed maturą byłem ultrasem Johna Maxwella Coetzee i śmieciowych powieści o Gotreku Gurnissonie.

To właśnie zamiłowanie do opowieści – wymieszane z podsycanym przez moją polonistkę, idiotycznym przekonaniem, że stanowię dobry materiał na pisarza – skłoniło mnie do pójścia na polonistykę. A później wyboru specjalizacji filmoznawczej.

W tym czasie popkultura stała się już nie tylko ucieczką, ale i zawodem. Etat w Wirtualnej Polsce na stanowisku dziennikarza kulturalnego to w dużej mierze spełnienie marzeń każdego geeka. Owszem, pisanie o popkulturze wiązało się z koniecznością poznania wielu dzieł nieinteresujących czy nudnych. Czasem musiałem napisać recenzję czegoś, czego dobrowolnie nigdy bym nie tknął. Ale nie da się ukryć, że możliwość darmowego dostępu do niemal wszystkich najnowszych treści – od gier po komiksy – i spędzania czasu pracy na konsumowaniu popkultury były błogosławieństwem.

To wtedy zdecydowałem, że właśnie tak chcę urządzić swoje życie. Móc każdego dnia sięgnąć po coś do czytania i czytać to bez wyrzutów sumienia. Móc wciąż grać, czytać, oglądać. Móc zawsze uciec. Więc zostałem doktorem komiksologii, scenarzystą gier wideo i dziennikarzem freelancerem specjalizującym się w popkulturze.

Popkultura w pandemii

W pierwszych miesiącach pandemii popkultura bardzo mi pomogła. Siedząc zamknięty w domu, przykuty do płynących przez internet apokaliptycznych doniesień zrobiłem to, co robię najlepiej – rozsiadłem się przed telewizorem, odpaliłem Netflixa, zamówiłem kilka komiksów, nakupowałem gier.

Znalazłem w końcu czas, by zmierzyć się z pięcioma sezonami Better Call Saul. Urzekła mnie prozaiczność tego serialu. Fakt, że choć opowiada o handlarzach narkotykami i sądowych przekrętach, nigdy nie traci z oczu ludzkiej strony swoich bohaterów. Brak tu umowności, która tak drażniła mnie w niektórych epizodach Breaking Bad. W jej miejsce dostajemy skomplikowanych ludzi i ich skomplikowane losy, a także problemy, z którymi łatwo się utożsamiać osadzone w realiach nudnego, zupełnie niespektakularnego miasta w Nowym Meksyku.

Z kolei siedem sezonów animowanego Avatara pozwoliło mi zanurzyć się w bezstresowym zapomnieniu. Przestać na chwilę przejmować się tysiącami zgonów, wypłaszczaniem krzywej i kolejnymi odpałami Trumpa czy Morawieckiego. Avatar to serial o tym, że dobro zwycięża, nie ma ludzi jednoznacznie złych a przyjaźń i bliskość są najważniejsze. Idealny do oglądania w momencie, gdy wszystkie kontakty trzeba ograniczyć do Zooma.

Świetnie sprawdziły się gry wideo. Sieciówki pomogły utrzymać kontakt ze znajomymi (Left 4 Dead 1 i 2, Overcooked, Invisigun, Divinity 2: Original Sin). Strategie turowe (X-Com Chimera Squad, Gears Tactics, Wasteland 3) – silnie opierające się na utrwalonych schematach i powtarzalnych czynnościach – nauczyły mnie, jak uporządkować myśli i skoncentrować się na osiągnięciu celu. Zręcznościówki w stylu Doom Eternal czy Akane dobrze sprawdzają się w najgorszych momentach, gdy potrzeba po prostu wyłączyć myślenie. Z kolei wielkie narracje AAA w rodzaju Cyberpunka 2077 i The Last of Us 2 wciągają gracza w swój świat całkowicie, pozwalając na kilkanaście dni zapomnieć o otoczeniu. Produkcje z gatunku rouge-like oswajają z pozornie niekończącą się powtarzalnością (Hades, Dead Cells). A Wide Ocean, Big Jacket, A Short Hike czy Lonely Mountains: Downhill dają namiastkę kontaktu z naturą i fizycznej aktywności.

A przecież miałem jeszcze książki (przechodząc COVID, zmierzyłem się w końcu z cudownie skomplikowaną Rozmową w „Katedrze” Mario Vargasa Llosy), komiksy, internetowe festiwale filmowe…

Stan wyczerpania

Problem w tym, że o ile wcześniej popkultura była odskocznią, rozrywką wypełniającą wolny czas, ucieczką, na którą mogłem, ale nie musiałem się zdecydować, o tyle teraz stała się codziennością. Treścią każdego dnia, watą wpychaną w każdą chwilę, której nie zapełniły praca lub sen.

Uwięziony w domu otwieram książkę lub siadam przed telewizorem nie dlatego, że chcę; ba, coraz częściej już nawet nie dlatego, że interesuje mnie historia, którą śledzę; ale dlatego, że nic innego mi nie zostało. Nie mogę przecież wyjść. Pójść do restauracji. Spotkać się z przyjaciółmi. Napić się piwa. Pojechać do galerii handlowej. Nie mogę też pracować 24 godziny na dobę. Nie chcę więcej spać.

Najprawdopodobniej nigdy nie grałem, czytałem i oglądałem tak dużo jak obecnie. Kwarantannowe odizolowanie sprawia, iż każdego dnia spędzam po 6-8 godzin przyklejony do ekranu, komiksu lub książki. A jednocześnie mam wrażenie, że nigdy nie sprawiało mi to tak mało frajdy. Zamknięty w trzech pokojach własnego mieszkania przełączam się pomiędzy różnymi fikcjami w poszukiwaniu jakichkolwiek emocji. Jest ciężko, bo jestem już na tym poziomie psychicznego wypalenia i zobojętnienia, że nie ruszają mnie nawet najbardziej dołujące odcinki Neon Genesis Evangelion.

Eksploruję Netflixa, szukam nowych filmów na VOD, kupuję coraz więcej gier i książek. Z jednej opowieści od razu wskakuję w drugą, nie dając sobie czasu na przeprocesowanie tego, co właśnie przeżyłem. Otępiały bezczynnością, strachem, trupami, szukam zapomnienia, bo każda chwila przestoju oznacza konfrontację z rzeczywistością. W dniu, w którym piszę te słowa, rzeczywistość oznacza 500 ofiar śmiertelnych, 31 tysięcy zakażeń, niedziałający system szczepień, kolejne obostrzenia, brak kontaktu z bliskimi, Wielkanoc na Zoomie.

Cieszę się, że mam popkulturę i współczuję ludziom, którzy jej nie mają. Ale czuję, że powoli przestaje mi ona wystarczać. Zbliżam się do przesytu. Jakbym uciekając w fikcję, w końcu dotarł do jakiejś granicy. Nie wiem, co jest za nią, ale i nie za bardzo chcę wiedzieć.

Świat po pandemii

Od ponad roku jednym z ulubionych tematów mediów jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: „jak będzie wyglądał świat po pandemii?” Wiemy już, że raczej nie będzie lepiej. Rozwarstwienie społeczne się pogłębiło. Najbogatsi zarobili najwięcej. Najbiedniejsi najmocniej dostali po tyłku.

Problemy z programem szczepień wstrząsnęły Unią Europejską. Być może wzmocnią antydemokratycznych radykałów z prawej – wszystkich tych śmieszno-strasznych, niekompetentnych klownów z Polski, Węgier, Włoch, Francji i Austrii, którym marzy się Europa podzielona pomiędzy zwalczające się nacjonalizmy.

Nic też nie wskazuje, by „koniec pandemii” oznaczał też „koniec COVID-19”. Brakuje szczepionek dla państw biedniejszych. A i państwa bogatsze muszą się przygotować na nowe mutacje i wizję życia z COVID-em, jako nową, groźniejszą grypą.

A ja zastanawiam się, czy wraz z „końcem pandemii” – jakikolwiek by on wyglądał – będę w stanie wrócić do dawnego życia. Czy znów zacznę wychodzić, spotykać się z ludźmi? Czy może trauma ostatnich miesięcy zakorzeniła się we mnie tak głęboko, iż naprawdę zostanę odludkiem? Czy pokonam kiedykolwiek problemy z koncentracją, pozostałość po koronawirusie? Czy już zawsze będę się męczył, nawet z comiesięcznym felietonem dla Zagrano, w którym mogę pisać, o czym chcę? Czy w tym nowym, po-COVID-owym świecie popkultura wróci na swoje miejsce i znów stanie się sposobem na ucieczkę?

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
zenek
zenek
7 miesięcy temu
Ocena :
     

Super napisane! Dzięki!