Jesteś fanem Walking Dead? Nie oglądaj Armii umarłych

Grzegorz Ćwieluch Publicystyka Publikacja: 2.06.2021, 9:52 Aktualizacja: 2.06.2021, 9:52
Ten film to festiwal kserobojstwa, prawdziwy mięsny jeż plagiatów polepiony innymi plagiatami. Nawet sceny i dialogi są czasem wzięte z innych filmów, jak np. z „Obcy — Decydujące starcie”.
0 Udostępnień

Foto. Armia umrłych. Netflix.

Lubicie obrazy popkultury o zombie? Klasyki od George’a A. Romero, The Walking Dead, niskobudżetową pulpę czy przerysowane Planet Terror Rodrigueza? W takim razie nie oglądajcie Armii umarłych, bo to literalnie najgorszy film o zombie.

Nawet jeżeli niektóre klasyki o zombie są groteskowe, to zawsze cechuje je ich specyficzny klimat. W przeciwieństwie do Armii umarłych, bo ten film to nic więcej, niż potwór Frankensteina — sklejony z tak wielu rzeczy, że nie ma w nim nic swojego. Nie ratują go nawet ładne, przyprószone sepią zdjęcia, które też w sumie wyglądają na podpatrzone u Rodrigueza z Planet Terror.

Zwyczajnie nie sposób odnieść wrażenia, że kiedy Snyder nie dostaje do ręki jakiegoś skryptu źródłowego jak np. w przypadku udanych Watchmen, kombinuje jak koń pod górę. Robi to jak gamoniowaty uczeń, który ściąga od kolegów – tylko tak, żeby nie było widać. Otóż wszyscy widzą.

 

Ściąga Snydera

Snyder nie ma własnych pomysłów, więc Snyder ściąga. Na własne nieszczęście po seansie filmu oglądałem dokument o produkcji Armii umarłych. Co zabawne wciągnąłem go szybciej i mniej boleśnie, niż sam film, do którego musiałem wracać po wcześniejszych przerwach.

W dokumencie cała ekipa w wiernopoddańczym zachwycie rozpływa się nad geniuszem Snydera. Przyjrzyjmy się więc nieco bliżej tym popkulturowym tropom, które widzom mniej obeznanym faktycznie mogą wydawać się „wizjonerskie”.

Po pierwsze primo – Mark Morgan, twórca soundtracku do kanonicznych Falloutów, Planescape: Torment i serii Wasteland z powodzeniem mógłby pozwać Toma Holkenborga za to, że zerznął ambientalne tła kojarzące się z radioaktywnymi feral ghoulami z Fallouta. Według mnie brzmią one jak sample twórczości Morgana, wybrzmiewają tak samo, kiedy pojawiają się zombie Snydera. Generalnie rżnięcie z Fallouta na tym się nie kończy, bo mamy do czynienia z inteligentnymi ghoulami, których Snyder dla niepoznaki nazywa zombie (a może sam nie widzi lub nie rozumie różnicy). Strip Las Vegas podejrzewam, że też nie wziął się znikąd. Snyder się nie inspiruje — uważam, że Snyder bezwstydnie zżyna.

Kto to w ogóle będzie chciał oglądać?

Po pierwsze ludzie, którzy widzieli jego wcześniejsze, mniej lub bardziej udane produkcje tego reżysera. Zapewne będą chcieli sprawdzić, jak mu (nie) wyszło tym razem. Antyfani też z masochistycznego obowiązku zobaczą. Przypominam, że film jest tak zły, że wyłączałem go z cztery albo pięć razy, bo nie byłem w stanie obejrzeć go na raz. Czułem się za bardzo zażenowany. Tym samym nabiłem kilkakrotnie i tak już rekordową w Polsce liczbę wyświetleń. Kiedy blockbustery Marvela da się obejrzeć na kacu albo do obiadu potwór Snydera pozszywany z plagiatów sprawia, że jedzenie zgrzyta między zębami.

Kto jeszcze sięgnie po dzieło Snydera bez oczekiwań i bez zażenowania? Z pewnością ludzie nieobeznani za bardzo z popkulturą, z dobrymi pozycjami o zombie. Młodzi i starzy przyciągnięci przehajpowanym rozgłosem tego tytułu i tego nazwiska.

Zobacz pierwsze 15 minut filmu: 

Co tam jeszcze widać i co nas po tym wszystkim czeka?

Oprócz kiepskiej zrzynki z The Walking Dead, Planet Terror i Resident Evil mamy do czynienia z kolejnym przypadkiem, kiedy scenarzystom brakuje obeznania w mythosach i bestiariuszach i te nieumarłe stworzenia, które są sprawniejsze od zombie, nie są ani wampirami, ani zombie. Tego rodzaju cadavery to ghule czy ghoule. Czyli to nie jest tak, że Snyder zrzyna tylko z dobrych produkcji. Zupełnie nie. Snyder popełnia plagiat na szrocie pokroju niedającej się oglądać serii takiej jak V Wars. Kiedy Rodriguez bierze się za bary z mitologią nieumarłych — czy to wampiry, czy to zombie wychodzi coś o konkretnym smaku, klimacie, a sam reżyser pokazuje nam swoją błyskotliwość. 

Jedyny moment błyskotliwości w tym filmie,  to ten w dialogu o tofu. Później jednak wracamy do homarów i mięsnych jeży plagiatów.

Zastanawiałem się jaką klamerką zakończy się furtka do sequela i oczywiście nawet powybijanie większości bohaterów, które było tak łopatologicznie tendencyjne, nie pozostawiło wątpliwości. Snyder kocha zrzynać od Rodrigueza, a więc sequel najprawdopodobniej będzie miał miejsce w Meksyku. Można to nazwać cultural appropriation?

Czy takie będą od teraz tendencje w popkulturowych produkcjach?

To jest bardzo, bardzo zła popkultura. Czy teraz blockbustery będą ciągnęły do szurającego po ziemi jak zombie poziomu nowego filmu Snydera? Sam reżyser zapowiada nie tylko sequel, ale i prequel. Jeżeli podobała wam się seria The Walking Dead i kinowy Planet Terror, to wszystko to spłaszczone i podane w powodującej zgagę formie znajdziecie w Army of the Dead. Nawet argumenty, że to Ucieczka z Nowego Jorku z zombie w tle nie pomogą. Tego nie warto oglądać, bo i nie za bardzo się to da oglądać. Serdecznie nie polecamy.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments