Koniec świata, baba w Asteriksie – COMIC RELIEF #3

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 8.12.2019, 14:00 Aktualizacja: 8.12.2019, 14:00
W kolejnym miesięcznym podsumowaniu najlepszych komiksów w cyklu Comic Relief Tomasz Pstrągowski bierze na ruszt pięć tytułów. To Koniec świata w Makowicach, Mockingbird, Deadly Class 3, Snow Blind i najnowszy Asteriks. Co w tych albumach może urzekać?
comic relief 3 - mockingbird
32 Udostępnień

Czym jest komiksowy cykl Comic Relief?

COMIC RELIEF to cykl comiesięcznych polecanek komiksowych prowadzony przez Tomasza Pstrągowskiego – dziennikarza i scenarzystę, doktoranta Uniwersytetu Gdańskiego, współzałożyciela podcastu Niezatapilni.pl.

Koniec świata w Makowicach

jan mazur koniec swiata w makowicach

Koniec świata w Makowicach (wyd. Kultura Gniewu) to druga powieść graficzna Jana Mazura. Debiut autora – Tam, gdzie rosły mirabelki – okazał się jednym z najlepszych komiksów 2017 roku. Mazurowi udała się w Mirabelkach rzecz niełatwa. Za pomocą skromnych dialogów i minimalistycznej stylistyki „patyczaków” opowiedział o grupce osiedlowych przyjaciół, których drogi się rozchodzą. Nie popadając przy tym w stereotypy.

Drugi komiks Mazura wciąż jest doskonały, jednak delikatnie mnie rozczarował. Akcja rozgrywa się we współczesnej Polsce, z tym tylko, że na największe miasta właśnie spadły bomby i najprawdopodobniej obserwujemy koniec cywilizacji. Nim jednak dojdzie do radioaktywnych deszczy, wiecznej zimy i inwazji mutantów, mieszkańcy tytułowej miejscowości próbują się zorientować, co się właściwie stało i czy da się dalej żyć według powolnego, małomiasteczkowego rytmu.

Mazur po raz kolejny dowodzi, że aby opowiadać komiksowe historie nie trzeba być mistrzem realistycznego rysunku. Choć Koniec świata w Makowicach wygląda, jak komiks, który mógłby narysować każdy (to śmiało, spróbujcie!), czytając go trudno wyjść z podziwu dla narracyjnego kunsztu autora. Mnie uwiodły dwie rzeczy. Po pierwsze: sposób, w jaki różnicowani są bohaterowie. Choć wszyscy zbudowani są z kresek i kółek, nigdy nie zdarzyło mi się ich pomylić. Jeden z bohaterów jest nieogolony, jego koleżanka ma prosty warkocz, a właściciel domostwa, u którego się zatrudniają nosi czapkę i wąsy. Proste i skuteczne. Po drugie: uwielbiam spokojny, sześciokadrowy rytm tego komiksu, z rzadka tylko przerywany większymi kadrami. Nadaje on lekturze niespiesznego tempa, tak potrzebnego w opowieści o małej wiosce gdzieś na końcu Polski, do której nie docierają wiadomości z wielkiego świata.

Dlaczego więc wspomniałem o rozczarowaniu? Myślę o tym komiksie od kilku dni (i to już jest duży sukces Mazura), ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że o ile w Mirabelkach autor wyrywa swoich bohaterów ze stereotypów, tak w Makowicach ich w nie wpędza. Nawet jeżeli niezamierzenie. Sporo w tym winy konwencji – sięgając po postapokalipsę Mazur wprowadził do Makowic obowiązkowy motyw madmaxowy i równie obowiązkowe rozważania na temat przyszłego porządku społecznego upadłego świata. I choć w obu tych wątkach przesunięte zostają akcenty, a wątek madmaxowy jest wprost wyśmiany, to trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym konkretnym przypadku zgrana konwencja ograniczyła autora.

Podobnie przewidywalne są też niektóre postaci – zwłaszcza troskliwa, ale zgorzkniała matka, od której wszyscy się odsuwają. Wprowadzając tak ograną postać (choć przecież prawdziwą), przydałby się głębszy wgląd w jej przeszłość i psychikę. Wydaje mi się, że Mazur zatrzymał się w pół kroku, przez co wyszła mu postać komiczna, z tym tylko, że wyróżniająca się doskonale ucharakteryzowanymi dialogami.

Czy powyższe zastrzeżenia zepsuły mi frajdę z czytania Końca świata w Makowicach? Nie. To wciąż doskonały komiks, który z czystym sercem polecam każdemu, kto nie uważa, że historyjki obrazkowe skończyły się na Rosińskim. Po prostu, jeżeli dopiero zaczynacie przygodę z powieściami graficznymi Jana Mazura, polecam zacząć od Tam, gdzie rosły mirabelki.

Mockingbird

comic relief 3 - mockingbird

Wydawnictwo Egmont Polska opublikowało w końcu zbiorcze wydanie zeszytów o Mockingbird, jednej z drugoplanowych superbohaterek uniwersum Marvela. Album zawiera osiem zeszytów podstawowej serii i jeden zeszyt okolicznościowy – napisane przez Chelsea Cain – oraz dwa zeszyty New Avengers napisane przez Briana Michaela Bendisa.

Główną atrakcję stanowi oczywiście owo osiem zeszytów Cain, z których siedem narysowała polska rysowniczka Katarzyna Niemczyk, a ósmy zilustrował Ibrahim Moustafa. Cain, zanim zainteresowała się komiksami, bardzo dobrze radziła sobie jako pisarka. W Polsce wyszły jej Obłęd serca i Wirtuoz zbrodni – gatunkowe powieści o charyzmatycznej seryjnej morderczyni. 

Autorka doskonale wyczuła potencjał Mockingbird i uczyniła z niej dowcipną i inteligentną tajną agentkę, komentującą sarkastycznie nie tylko swoje przygody, ale i realia życia w świecie Marvela. Barbara „Bobbi” Morse jednoznacznie wypowiada się też w kwestiach równości płciowej, co może przyprawić konserwatywnych fanów o zawał. Przezabawne są także relacje Bobbi z mężczyznami: Clintem Bartonem (tym Clintem Bartonem) i Lancem Hunterem. A opowiadane przy tej okazji żarty przeznaczone są raczej dla dojrzalszych odbiorców. 

Przygody Mockingbird – wydane w Polsce trzy lata po premierze – wciąż sprawiają wrażenie zaskakująco świeżych i nieszablonowych. Nie mamy oczywiście do czynienia z żadną rewolucją, ale koniec końców to sprawnie napisana i przyjemna lektura, mogąca przypaść do gustu nawet czytelnikom znudzonym marvelowskimi tasiemcami.

Świetną robotę wykonała Niemczyk. Jej styl jest charakterystyczny (i, moim zdaniem, znacznie ciekawszy niż styl Moustafy), a w scenach akcji czytelny i dynamiczny. Cieszy też pojawiające się gdzieniegdzie oryginalne kadrowanie – rzecz dosyć rzadko spotykana w głównym nurcie superbohaterszczyzny.

Jak pisałem na wstępie, Mockingbird jest postacią drugoplanową w uniwersum Marvela. Nie znaczy to jednak, że w jej przygodach brakuje prawdziwych gwiazd. Najważniejszym „celebrytą” jest Hawkeye, kochanek Bobbi, bardzo uroczo przez nią komentowany. Czasami pojawiają się też Iron Man, Spider-Man czy Kaczor Howard. Cain jest na tyle zdolną scenarzystką, że te wizyty wypadają wiarygodnie i nawet kiedy Howard bije się z martwymi starcami, czytelnik nie ma wrażenia odklejenia. Dowiadujemy się też kilku ciekawych szczegółów ze świata superbohatera. Np. jak działa prywatna służba zdrowia utrzymywana dla pracowników S.H.I.E.L.D.

Polskie wydanie pozostawia dużo do życzenia. Tłumaczenie Weroniki Sztorc w niektórych miejscach jest bardzo złe, a polskie wersje napisów na drzwiach, znaków graficznych etc. zrealizowane zostały po linii najmniejszego oporu.

Deadly Class 3

premiera deadly class

W różnych zakątkach Internetu chwaliłem wcześniej serię Deadly Class (wyd. Non Stop Comics, tłum. Marceli Szpak). Seria scenarzysty Ricka Remendera i rysownika Wesleya Craiga zdobyła moje serce niecenzurowaną licealną dramą, ciekawymi postaciami i doskonałymi rysunkami i kadrowaniem. Niestety trzeci tom jest jak na razie najgorszy. Zaczyna się nieźle, od spektakularnej sekwencji akcji, w której paczka bohaterów mierzy się z latynoskimi mafiosami. Świetną robotę robi tu Wesley Craig. Rysownik doskonale czuje sceny akcji. Jego kadry są proste, bardzo czytelne i niezwykle dynamiczne. A odważne, czasami nawet ryzykowne kadrowanie nadaje przemocy i zwrotom akcji niezwykłej mocy.

Niestety, gdy tylko starcie się kończy, a bohaterowie wracają do szkoły dla zabójców King’s Dominion, tempo siada. Jeżeli do tej pory dramy Marcusa brzmiały przekonująco, to w tym tomie jego przyjaźnie i romanse zyskują telenowelowego posmaku, tyle tylko, że doprawionego dużą dawką narkotyków. Wątek narkotykowy jest zresztą najciekawszym – zarówno ze względu na paranoję wpływającą na percepcję głównego bohatera, jak i ciekawe zabiegi Craiga, obrazującego halucynacje i tripy.

Wlecząca się fabuła łapie drugi oddech w ostatnim zeszycie. I choć po skończonej lekturze czekam z niecierpliwością na tom czwarty – zapowiadający pięknie narysowaną wariację na temat Battle Royale, tyle tylko, że rozgrywającą się pomiędzy amerykańskimi licealistami, a nie japońskimi – to trudno mi oprzeć się wrażeniu, że cały tom trzeci służy położeniu fundamentów przed kolejną sekwencją akcji.

Nie skreślajcie jeszcze tej serii, ale ostrzegam, że czytając tom trzeci nie będziecie się bawić tak dobrze jak w poprzednich dwóch.

Snow Blind

Tylera Jenkinsa przedstawiło polskim czytelnikom wydawnictwo Non Stop Comics, publikując świetną serią Grass Kings zilustrowaną do scenariusza Matta Kindta. Teraz to samo wydawnictwo uraczyło nas drugim komiksem zilustrowanym przez Jenkinsa – zebranym w jeden tom, czterozeszytowym kryminałem Snow Blind do scenariusza Olliego Mastersa (tłum. M. Muszalski). 

Rzecz dzieje się na Alasce, a głównym bohaterem jest Teddy – wchodzący w dorosłe życie kilkunastolatek, fan literatury kryminalnej i odludek. Chłopak żyje w cieniu apodyktycznego, rozczarowanego nim ojca, który uważa, że Teddy powinien wyjść z pokoju i zaznać trochę prawdziwego życia. Gdy chłopak spełnia życzenie taty, sprowadza na swoją rodzinę zabójcę, przychodzącego wprost z niechlubnej przeszłości spędzonej przez rodziców w Luizjanie.  

Snow Blind to jeden z tych kryminałów, do których najlepiej pasuje przymiotnik „poprawny”. A więc tak: komiks zawiera bohaterów, intrygę, tajemnicę z przeszłości i nieźle zaplanowaną scenę kulminacyjną, w której gra toczy się o tak zwane najwyższe stawki. Odkryciu o co w tym wszystkim chodzi towarzyszy pewna doza satysfakcji, ale też bez przesady. Napisane jest to nieźle, choć trudno napisać cokolwiek innego, skoro już w pierwszych słowach komiksu narrator wyśmiewa stereotypowy język kryminałów, więc każdą krytykę można zbić banałem o ironii. 

Problem w tym, że mojej lekturze Snow Blind nie towarzyszyły żadne gwałtowniejsze emocje. Ot, miałem wrażenie, że obcuję ze sprawnie zrealizowanym przedstawicielem gatunku, to wszystko. Duża w tym wina nieumiejętnie zarysowanych relacji pomiędzy Teddym i jego ojcem – związku absolutnie kluczowego dla dramatyzmu scenariusza.

Warstwę emocjonalną Snow Blind próbują ratować akwarelowe kadry Jenkinsa. Delikatne i melancholijne mówią więcej o nastroju opowieści i uczuciach bohaterów, niż cała warstwa dialogowa i monolog wewnętrzny głównego bohatera. Ale obojętne, jak utalentowanym artystą byłby Jenkins, klasyczny kryminał neo-noir z monologującym narratorem, jest gatunkiem osadzonym przede wszystkim w warstwie językowej.

Ostatecznie Snow Blind to płaska, niesatysfakcjonująca historia kryminalna, której lekturze nie towarzyszą głębsze emocje. Możecie się na nią skusić, jeżeli jesteście zapiekłymi fanami kryminałów i twórczości Jenkinsa, ale miejcie w pamięci, że na rynku jest wiele bardziej udanych komiksowych kryminałów, a i seria Grass Kings robi lepszy użytek z talentu artysty.

Asteriks i Córka Wercyngetoryksa

comic relief 3 - corka wercengetoryksa

A jak się sprawy mają u Asteriksa i Obeliksa? Najnowszy album z serii nosi podtytuł Córka Wercyngetoryksa (wyd. Egmont Polska, tłum. M. Puszczewicz) i jest czwartym stworzonym przez pisarza Jean-Yvesa Ferriego i rysownika Didiera Conrada. Jak podkreślano w materiałach promocyjnych, jest to również pierwszy zeszyt Asteriksa, w którym główną bohaterką jest kobieta, nie czekająca na ratunek z rąk dzielnych Galów i nie zredukowana do roli kolejnej miłostki Obeliksa. Co jest o tyle dziwne, że wcześniej bardzo ważną postacią była chociażby Kleopatra.

Nową bohaterką jest Adrenalina, nastoletnia córka legendarnego galijskiego wodza, pokonanego przez Juliusza Cezara. Asteriks i Obeliks mają mieć na nią oko, bo dziewczyna (i torkwesz, który dostała od ojca) ma dla Galów wartość symboliczną. Problem w tym, że Adrenalina ma własny pomysł na życie, bardzo różny od wojowniczych zamiłowań mieszkańców niezwyciężonej galijskiej osady.

Córka Wercyngetoryksa nie uwodzi wprawdzie wyrafinowanym poczucie humoru Goscinnego ani przebogatym drugim planem Uderzo, ale sprawdza się jako bezpretensjonalna rozrywka dla dzieciaków i wiernych fanów. Choć fabuła jest płaska i każdy fan serii domyśli się, dokąd zmierza, to przedostało się do niej kilka interesujących postaci (żeglarz-pacyfista) i udanych żartów z konfliktu międzypokoleniowego. 

Dobrze poradziła sobie zwłaszcza Adrenalina. Jest nie tylko bohaterką z krwi i kości, nieprzyćmiewaną przez Asteriksa i Obeliksa, ale i postacią będąca zaprzeczeniem wojowniczego, chłopackiego przesłania serii. Poszukująca w życiu spokoju Adrenalina udowadnia, że nawet w komiksie o Galach walczących z Rzymianami kobiety nie muszą być urokliwymi prowodyrkami awantur i mogą mieć sensowne przekonania. 

Podoba mi się też subtelnie przemycony wątek homoseksualny. Pieczę nad Adrenaliną sprawują dwaj galijscy wodzowie tworzący zaskakująco udany i zabawny związek. Równościowej edukacji nigdy za wiele, zwłaszcza w serii docierającej do dziesiątków milionów młodych czytelników na całym świecie.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o