Liberator – Zniuansowana historia wojenna w formie parakreskówki [RECENZJA]

Grzegorz Ćwieluch Seriale Publikacja: 23.11.2020, 11:12 Aktualizacja: 25.11.2020, 12:44
Na platformie Netflix pojawił się miniserial traktujący o II Wojnie Światowej z perspektywy mieszanej etnicznie, karnej kompanii amerykańskiej. Co dosyć nietypowe, jak na taką tematykę, jest on wydany w formie animacji.
0 Udostępnień

Pięćset Dni Żołnierskiej Odysei podczas II Wojny Światowej

Na platformie Netflix pojawił się miniserial traktujący o II Wojnie Światowej z perspektywy mieszanej etnicznie, karnej kompanii amerykańskiej. Co dosyć nietypowe, jak na taką tematykę, jest wydany on w formie animacji. Nosi nazwę The Liberator.

Miniserial opowiada o losach 157 Pułku Armii Amerykańskiej, która początkowo zrzucona została na Sycylię jako batalion Thunderbirds pod dowództwem kapitana Sparksa. Przeżyło niewielu. Felix Sparks koniec, końców został podpułkownikiem. Wraz z trzonem oddziału spędził 500 dni na wielu frontach II Wojny Światowej. Scenariusz oparto na książce Alexa Kershawa pt. The Liberator: One World War II Soldier’s 500-day Odyssey.

Serial zwraca uwagę na aspekty różnic między frontem wschodnim a zachodnim. Fakty te są dziś mocno kontestowane lub relatywizowane przez krawędziowe opinie rewizjonistów zarówno ze strony prawicy, jak i części lewicy. Opinie czasem przebijają się poza banki środowiskowe do szerszego audytorium opinii publicznej. Fakty są jednak takie, że podczas niemieckiej okupacji, gdy we Francji za ukrywanie Żydów ludność cywilną czekała grzywna, to na terenach należących do ówczesnego państwa polskiego groziła za taki proceder kara śmierci. Dokumenty tego rodzaju wyroków są m.in. eksponatami w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Początkowo Bohaterowie Liberatora wymieniają się kurtuazjami w przerwach między potyczkami z Wehrmachtem na froncie zachodnim. Było to dla mnie sporym szokiem, że obie strony pozwalają sanitariuszom zabrać rannych i niemal fraternizują się między sobą jak dwie przeciwne drużyny w jakiejś dyscyplinie sportowej. Im bliżej jednak Thunderbirds są frontu wschodniego, tym mniej pardonu ze strony żołnierzy nazistowskich Niemiec. Fasada opada. Zdesperowany oficer w mieście, które przyszło oddziałowi Felixa Sparksa odbijać, powiesił dla przykładu żołnierza, który lizał rany odniesione we wcześniejszych kampaniach dla przykładu. Egzekucja została wykonana na oczach jego żony. Koniec, końców w obronę miasta Wehrmacht wciągnął cywili.

Punkt zwrotny kampanii Thunderbirds

Gdy bohaterowie docierają do obozu koncentracyjnego, który mają wyzwolić, ich percepcję powala fetor dobiegający z torowiska. To rozkładające się ciała więźniów stłoczonych jak bydło w wagonach. To miejsce, w którym pękają morale części kompanii. Kiedy Sparks i połowa kompanii sprawdzają krematoria, druga połowa ma za zadanie pilnować żołnierzy wyciągniętych ze szpitala polowego. Bohaterowie pod nieobecność dowódcy postanawiają dokonać samosądu i ranni walczący Wehrmachtu zostają przez nich rozstrzelani. Ogrom bestialstwa machiny wojennej Trzeciej Rzeszy sprawia, że żołnierze chcą wziąć sprawiedliwość w swoje ręce. Ich dowódca przybywa za późno, żeby ich powstrzymać.

Dziś kiedy wiemy, ilu zbrodniarzy zbiegło przed sprawiedliwością do Ameryki Łacińskiej, nierzadko z pomocą duchownych kościoła rzymskokatolickiego; rozumiemy, jak brudna jest historia końca tej jednej z największych wojen w historii ludzkości. Reakcja żołnierzy nie była bestialstwem, lecz mechanizmem, który stanowił wentyl bezpieczeństwa w obliczu obnażenia prawdy o istocie ustroju totalitarnego, któremu dali się zwieść obywatele Niemiec. Niemniej amerykańskich żołnierzy obowiązywały dyrektywy, protokoły i konwencje, a każdy człowiek zasługuje na uczciwy proces.

Ten miniserial dla tych nielicznych, którzy pamiętają wojnę i holocaust z perspektywy frontu wschodniego, może być naprawdę szokujący w wymowie. Otóż różnice między frontem zachodnim a wschodnim są w nim zaznaczone tak mocno, że niemal można powiedzieć o dwóch twarzach Trzeciej Rzeszy – tej dla zachodu i tej dla wschodu.

Tu dochodzimy jednak do sedna. W dzisiejszych czasach kiedy dla wielu młodych ludzi historia jest rozmyta przez licznych skrajnie prawicowych demagogów, którzy darzą mniej lub bardziej skrytym sentymentem dokonania Hitlera czy Mussoliniego, mamy do czynienia również z wieloma zabiegami wizerunkowymi zaciemniającymi karty historii ze strony polityków zbliżonych bardziej do centrum. Liberator wbrew temu, jak się dziś mówi o tej wojnie, stawia ostrą i wyraźną linię. Pokazuje dosadnie dwie twarze reżimu Adolfa Hitlera, które obnaża przed protagonistami Liberatora dopiero misja w obozie koncentracyjnym. Dla Brytyjczyków, Francuzów i Amerykanów Trzecia Rzesza ma pogodny i cywilizowany wizerunek. Na froncie wschodnim pokazujemy barbarzyński pragmatyzm. Moja babcia opowiadała mi kilka lat przed śmiercią o kobietach, które po powrocie z robót w głębi rzeszy wracały wysterylizowane. Ktokolwiek wątpi w to, że Słowianie byli dla Niemców niegodną rasą, może oczywiście postawić na pragmatyzm, ale prawda z dokumentów traktujących o doktrynach nazizmu mówi wyraźnie, że nie należy mieszać wyniesionego na piedestał sacrum germańskiego materiału genetycznego z niegodnym słowiańskim elementem (obok rzecz jasna – żydowskiego elementu). Ktokolwiek podważa teoretyczny rasizm nazistowskiej wykładni podważa również jego skutki i praktykę. Zaskakujące, że dziś w tego rodzaju rewizjonizm brną również ludzie o liberalnych i lewicowych poglądach. Zatrważające są efekty mechanizmów wyparcia zła i traumy wdrukowane w ludzkie dna. Tak szybko zapominamy o błędach ludzkości, które powinny być busolą odradzającą nam pewne wybory, chociażby przy urnie do głosowania.

Co najciekawsze i najbardziej ujmujące w tej historii to fakt, że to samo życie napisało opowieść o pariasach z mieszanej etnicznie kompanii karnej. Scena, w której oficer Wehrmachtu przesłuchujący schwytanego członka kompanii Sparksa nie może się nadziwić czemu ludzie, którzy nie mogą pić w jednej knajpie, a w niektórych stanach mają oddzielne toalety, robią w jednej kompanii, walcząc pod sztandarem jednego państwa. Oficer przesłuchujący poddaje tu w wątpliwość transparentność i kamień węgielny zasad założycieli USA. Skołowanemu jeńcowi przez chwilę udaje się wyłowić zwichrowaną puentę oficera Wehrmachtu. Żołnierz Trzeciej Rzeszy czuje moralną wyższość, a wręcz transparentność idei przyświecającej jego narodowi. Ten kontrast daje widzowi do myślenia, że USA w czasach poboru II Wojny Światowej nie było miejscem kolorowym dla mniejszości etnicznych. Biała większość dyskryminowała także tam, co również zostaje mocno podkreślone w skrypcie serialu, kiedy przedstawiciel pierwszych ludów nie jest w stanie uzyskać awansu, co niemal doprowadza do tragedii. Dzięki jednak wstawiennictwu Sparksa sprawa rozwiązuje się pomyślnie dla rdzennego Amerykanina. Bez tej jednak protekcji ze strony białego oficera jeden z bohaterów tkwiłby jak zwierzę w pułapce ślepej uliczki wykluczenia.

Podsumowanie recenzji Liberatora

Czteroodcinkowy miniserial pokazuje gorycz, sromotę wojny bez zaciemniania i spłaszczania do jedynie opowiastki o dzielnych czynach bohaterskich żołnierzy. Widz dostaje na talerzu sporo odcieni realiów wojennej zawieruchy. Co ciekawe, tak zniuansowane i dojrzałe podejście do tematu wojny i szerzej tragedii jaką był Holocaust, jest zaskakujące zarówno jak na film animowany, jaki i na amerykańską, produkcję od Netfliksa. Liberator pokazuje sporo odcieni szarości szczególnie w momentach, kiedy widzimy, że żarna totalitaryzmu, gdy się kruszy, przycina paluchy również swoich zasłużonych zwolenników.

Liberator unaocznia, jak w kulturze popularnej ewoluowało myślenie o produkcjach traktujących o realiach wojny. Można spojrzeć w tym kontekście na chociażby takie kanoniczne Działa Navarony. Oczywiście, że mamy tu do czynienia z fikcją, niemniej film wojenny, który ogląda się jak starego Bonda z Connerym, to zwyczajnie inna optyka robienia utworów ekranowych tego rodzaju. Bliżej już Liberatorowi do Szeregowca Ryana. Mniej tu jednak patosu, jeżeli w ogóle go zaobserwujemy. Jednakże dzieło Stevena Spielberga to i tak bardzo daleka analogia. Co najważniejsze – Liberator jest jakiś – ma swój własny styl zarówno w narracji, jak i zdjęciach/animacjach, a to bardzo dużo. W szczególności zważywszy na schemat rzeczy ukazujących się w zbiorach Netfliksa. Liberator to nie kolejna pozycja z odfajkowanymi elementami w tabelce z Excela. To naprawdę coś, co mocno wyrwie was ze sztampy produkcji oferowanych przez popularną amerykańską platformę. Dlatego też polecam serdecznie poświęcić mu czas.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments