Raised by Wolves (RECENZJA) Powrót Ridleya Scotta do wielkiej formy

Grzegorz Ćwieluch Seriale Publikacja: 7.10.2020, 12:34 Aktualizacja: 7.10.2020, 12:34
Nowe dzieło Ridleya Scotta zachwyca ponurym, surowym, egzystencjalnym przesterem, do jakiego twórca przyzwyczaił w swoich produkcjach science fiction. Tym razem jednak w historii ukryto nieco więcej poza pustym kosmosem, gdzie wszystko, co żyje, ma wrogie zamiary. Choć tego też nie zabraknie.
0 Udostępnień

Metodyka przewrotnej dwoistości

Fabuła serialu dozuje wiedzę na temat uniwersum. Ostrzegam uczciwie, że w recenzji tej nie obędzie się bez spojlerów. W jednym z późniejszych odcinków serii zostaje napomknięte, że technologia fundamentalistycznych Mithraików została im przekazana w świętych tekstach. To jedna z kluczowych informacji, których należy użyć do odszyfrowania zamysłu twórców.

Serial bierze na tapetę Księgę Henocha, ale nie w sposób dosłowny. Księga ta ukryta przez Etiopczyków była poza zasięgiem Imperium Rzymskiego. Innymi słowy – cokolwiek Rzymianie zrobili z chrześcijaństwem i jego świętymi tekstami, zawartość tej księgi jest od ich wpływu wolna. Tylko prawosławni Koptowie uznali tę księgę za natchnioną i włączyli ją do swojego Pisma Świętego.

Zainteresowani jednak wiedzą, że to nie pierwszy raz kiedy na scenariusz filmu, w który zamieszany jest Ridley Scott, ma wpływ ten awangardowy dla religii chrześcijańskiej zbiór tekstów. Zagorzali fani twórczości reżysera powinni jednak wstrzymać konie. Zarówno Scott, jak i Guzikowski dementują – Raised by Wolves to nie jest ten sam setting co Blade Runner i Obcy.

Mam świadomość, że sporo fanów aż korci, by znów zobaczyć fascynującą rasę inżynierów – olbrzymów, ale nie tędy droga. Najzwyczajniej w świecie nic tej historii nie brakuje, by podpinać ją pod inny setting. Także powtórzmy jeszcze raz – te dwie franczyzy oprócz surowej, mrocznej estetyki sci-fi będącej trademarkiem Scotta nie mają ze sobą nic wspólnego.

Serial korzysta w pełni świadomie z najlepszych dzieł sci-fi. Fani gatunku odnajdą w pierwszym sezonie nie tylko wpływy samego Scotta. Na początku sezonu widoczna jest inspiracja ejtisowym opus magnum familii Żuławskich – Na Srebrnym Globie. W postaci Matki i Marcusa możemy odnaleźć ten specyficzny rodzaj szaleństwa, jaki dotykał też bohaterów dzieła Żuławskich. To dokładnie ten sam rodzaj zagubienia na obcej planecie związany z odosobnieniem i egzystencją wewnątrz mikroskopijnej, wręcz plemiennej społeczności. Podobny zabieg fabularny jest zastosowany również w nawróceniu Marcusa granego przez Travisa Fimmela. Dokładnie tak samo jak w Na Srebrnym Globie widzowie nie wiedzą, czy postać zwariowała, została poddana telepatii przez obcy gatunek, czy rozmawia na jawie z własną podświadomością. Nie jest to jednak kopia, tylko jedynie wyraźna inspiracja. Kontekst, jaki dodaje do tego plot twistu Scott sprawia, że cała sprawa ma więcej wymiarów czy ukrytych między wierszami wskazówek.

Pod koniec pierwszego sezonu złośliwy stwierdziłby, że sprawa została zamknięta klamrą znaną z Battlestar Galactica. Nie jest to jednak nawet ćwierć prawdy, bo znowu Scott wraz z Guzikowskim przeszywają tę historię kilkoma wątkami, które dodają więcej ich unikalnego kontekstu, a samo RTB jest lepszym sci-fi od BG. Nie mam tu na myśli jedynie mistycyzmu czy przewrotności w stosunku do tego, która frakcja jest lepsza od której.

Historia obu totalitaryzmów jest bardzo zrównoważona. Obie frakcje nie mogąc się dogadać na starej planecie, idą na wojnę poprzez masową zagładę. Wojna prowadzona przez unitariańskich wierzących i unitariańskich ateistów to wojna na wyniszczenie. To nie zimna wojna, to zagłada planety, a więc obu stron. Prowadząc taką narrację, Scott i Guzikowski mogą spodziewać się zarzutów o nadmierny symetryzm względem stron konfliktu. Szczerze jednak wierzę, że postawią głównie na indywidualne cechy jednostek, takie jak empatia i umiejętność dostrzeżenia w innym człowieku, czy nawet w innej istocie tej samej iskry. Co zresztą już zostało pokazane w ostatnim odcinku.

Pytanie tylko, czy Ridley Scott popełni plagiat na samym sobie i jedyne co dostaniemy w ramach nowego sezonu to zimna mizantropia obcych gatunków tudzież instynkt zwierzęcia na polowaniu. Po cichu liczę na to, że jednak w tej historii będzie jeszcze więcej niuansów. Może wjedzie tu lovecraftiański odcień szarości, jaki miał miejsce w przypadku Starszych Bogów. Otóż w odwiecznej wojnie między dwoma gatunkami rodzaj ludzki może liczyć na wsparcie wyższej instancji, która nie chce krzywdy słabszego gatunku. Należy jednak dostrzegać możliwość tego, że oba wyżej rozwinięte gatunki mogą patrzeć na poszczególnych ludzi w formie dopuszczalnych strat w cywilach. Dokładnie takie same prawidła, jakimi nieraz rządziły się sromotne realia wojny na naszej planecie.

Science Fiction pełne estetycznych, minimalistycznych przedmiotów

Ciężko przejść obok przepięknych zdjęć i minimalistycznego, estetycznego piękna technologii w RBS. Niemniej jednak największą uwagę przykuwa tempo zdjęć, w jakich są kręcone. Samo tempo akcji natomiast jest nie tyle bardzo filmowe, co rzadko spotykane dziś w epoce blockbusterów. Stosunkowo wolne i snuje się powoli nawet jak na standardy ambitniejszych produkcji odcinkowych. Co w żadnym wypadku nie jest zarzutem. Niektórych widzów prawdopodobnie zmęczy rytm pierwszych odcinków serialu. Zabieg ten jest stosunkowo nietuzinkowym artystycznym i estetycznym zagraniem w branży serialowej. Widz winien się odprężyć i chłonąć surową, wyjałowioną scenerię i sfingowaną psychodramę małżeńskiego związku między dwoma androidami. Aktorzy grający Matkę i Ojca są naprawdę fantastyczni w odtwarzaniu przeskakiwania loopów w swoim oprogramowaniu. Fakt, że są oprócz bycia nieco ciapowatymi rodzicami, są również w stanie być mniej lub bardziej niebezpieczni w obronie potomstwa, podkręca tylko tę przewrotną, pełną dwoistości fabułę.

Deadline ist Krieg

Ta metodyka przewrotnej dwoistości jest konsekwentnie rozwijana już do końca sezonu. Niestety lub stety akcja w ostatniej połowie ostatniego odcinka mocno przyspiesza. To trochę tendencyjne, ale wyrywa nas z rutyny postrzegania tego serialu w kategoriach jakiegoś niekomercyjnego, artystowskiego, przewrotnego wybryku osadzonego w estetycznym, dizajnerskim anturażu. Opada złudzenie obcowania z jakimś kuriozum. Guzikowski, który reżyseruje osiem ostatnich odcinków mówi nam: fajnie było, ale to jest przecież cholerny serial. Po czym zwala na widzów tendencyjnie to, co robi się w tej branży – garść cliffhangerów. Całkiem fajnych cliffhangerów należy przyznać.

Finałowy odcinek przynosi nieco zawodu. Nie sposób odgonić wrażenia, że grafik i designer byli gonieni deadline’ami. Wąż – pijawa w scenach, których się pojawia wygląda nieco płasko – jak wklejony hologram. Coś jest nie tak z grą świateł. Genialny design technologii i CGI Necromancer wyglądający jak antyczna figura kojarząca się po trosze z Meduzą, a po trosze z Banshee (ze względu na moce) kontrastuje ze średnio wykonanym węgorzem.

Warto jednak wsłuchać się w dźwięk, z jakim się porusza (drugi raz dobrze obejrzeć tę scenę na słuchawkach, jeżeli macie co do niej mieszane uczucia). Doznajemy wtedy nieco mniejszego zawodu i kupujemy to, że istota ta jest w połowie syntetykiem, a w połowie oparta na węglu.

Cała ta berbelucha z technologią od obcych, która jest pełna tabu dotyczącego jej użytkowania, niesie ze sobą spory ładunek do przemyśleń. To jest istota science fiction. Czyjaś wyobraźnia i intelekt pobudza twój własny. Jeżeli dziś sztampą w sci-fi jest robienie technologii, która działa jak magia, to Scott z Guzikowskim idą trzy kroki dalej, gdy reszta twórców już nie ma pomysłów. Dwójka scenarzystów zadaje pytanie – a co jeżeli objawienia i religia to dzieło obcych. Wiadomo, że Erich von Daniken rozkminiał to już dawno temu, ale scenarzyści RBW zrobili to tak, jak jeszcze do tej pory nie robiono. Założenie, że Anioły były w semantyce człowieka przed Chrystusem tym, czym są w semantyce dzisiejszego człowieka cyborgi, jest dosyć zjawiskowe. Takie wywrócenie do góry nogami tego tematu jest bardzo ryzykowne i wiele wrażliwych osób na punkcie uczuć religijnych pewnie nie obejrzy tego serialu z tego właśnie względu.

Czy wywrócenie tego biblijnego porządku do góry nogami będzie atutem dla osób niewierzących? Tak jak pisałem wcześniej – wielu niewierzącym osobom nie spodoba się pewnie, że frakcja Ateistów jest równie krwiożercza i zaślepiona w bojowym fanatyzmie co frakcja wierzących Mithraików. Zarówno dla wierzących, jak i niewierzących jest to dosyć nietuzinkowa perspektywa na Księgę Henocha i religię monoteistyczną. Co jeszcze lepsze pierwszy sezon nie daje jednoznacznych odpowiedzi, czym jest Sol. Możemy jedynie oddalić tezę, że niektórzy bohaterowie doświadczają halucynacji i dostają amoku z niedożywienia. Zdaje się, że najlepiej zniosą te rewelacje duetu Guzikowski – Scott dystansujący się od zinstytucjonalizowanej religii, a także krawędziowego ateizmu agnostycy. Fabuła Raised by Wolves pokazuje, że zapewne takie stanowisko jest najbliższe twórcom.

Pomimo nieco słabszego ostatniego odcinka jest to 10/10. Kiedy niektórzy widzowie zaczynają oglądać Raised by Wolves myślą sobie, że fajnie, bo taka nowa, bardziej naukowa Ziemia 2. Po czym serial zjada całkiem niezłe 90’s produkcje, a nowe filmy i seriale będące dziś standardem, czyli bardzo kiepskie spinoffy jak Picard nie mają do RBW w ogóle startu. Jeżeli jesteście fanami ambitnego sci-fi, to nawet jeżeli będziecie mieli jakieś obiekcje, warto zapoznać się z dziełem duetu Ridley Scott/Aaron Guzikowski.

Ocena: 10/10

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments