Grudniowe spotkania z superbohaterami. Raport z trykotów #3

Michał Krawiel Publicystyka Publikacja: 22.12.2020, 13:21 Aktualizacja: 22.12.2020, 13:21
Clark Kent po raz pierwszy zakłada bohaterski kostium. Kapitalna rozrywka od Warrena Ellisa. BBPO, czyli licząca dziesięć tomów, jedna z najlepszych amerykańskich tasiemcowych komiksowych serii, które trafiły w ręce polskiego czytelnika. Inne oblicze Alana Moore'a. Miszmasz gatunkowy w świecie Resident Alien - Michał Krawiel rzucił okiem na porcję komiksów i dzieli się swoją opinią na ich temat w trzecim odcinku cyklu Raport z trykotów.
0 Udostępnień

Dojrzewanie superbohatera

Kilka miesięcy temu wyszedł w Polsce Superman: Rok pierwszy autorstwa Franka Millera i Johna Romity Jr. Takie origin story Supka w wersji pierwszego ze wskazanego duetu twórców. Okazał się dość kuriozalnym komiksem, który wielu osobom nie przypadł do gustu. Momentami był mocno średni, a jak nie był średni, to był dziwny (nie jest to w tym wypadku zaleta).

Teraz natomiast mamy okazję do zapoznania się z komiksem Superman: Amerykański obcy. Ziomeczki w komiksowie jarały się tą zapowiedzią, więc od razu nastawiłem się dość pozytywnie do utworu napisanego przez Maxa Landisa. Wspomniany już Frank Miller opowiadał w swojej wersji początków Supermana z poziomu giganta komiksu. Max Landis zaś podchodzi do tematu zupełnie inaczej. Wiadomo, że materiał źródłowy stanowi cała mitologia Supermana, ale scenarzystą nie jest typowy komiskiarz, a autor związany bardziej ze światem filmu i telewizji. Max Landis to syn tytana filmowej rozrywki z lat 80. XX wieku – Johna Landisa.

Superman: Amerykański obcy to komiksowe bildungsroman, gdzie Clark Kent przeżywa swój premierowy lot, pierwszy raz zdaje sobie sprawę z tego, że jego moce w trakcie działania mogą wymknąć się spod kontroli, wyjeżdża do Metropolis i zakłada chałupniczą wersję stroju, czego wcześniej nie robił. To opowieść o wykuwaniu się postaci bez skazy, którą jest teraz, ale jednocześnie widzimy ukrytą we wnętrzu Supermana dobroć, choć postawy bohatera ewoluują poprzez doświadczenia.

To nie jest młody, butny Kal-El z komiksu Millera. W Amerykańskim obcym otrzymujemy postać z krwi i kości. To jest tak dobrze zbudowana struktura, że gdyby Landis zamienił Clarka na młodego sportowca z amerykańskiej prowincji, to mielibyśmy podstawę do ciekawego serialu telewizyjnego o wchodzeniu w dorosłość, bo do mocy trzeba dojrzewać, a dojrzewanie okupione jest zawsze błędami. Pomimo że spotykamy na kartach komiksu młodego Batmana, Lobo czy Lexa, to obcujemy z bardzo kameralnym dziełem. Jakże innym od Bendisowego Supermana z obecnej linii wydawanego przez Egmont w Polsce (którego swoją drogą lubię). Za stronę wizualną komiksu odpowiada całkiem dobra obsada rysowników – od Joelle Jones po Jocka. Superman: Amerykański obcy to kolejna bardzo dobra pozycja wydana w egmontowskiej serii DC Deluxe.

Ocena: 4.5/5

Szybka jazda bez trzymanki

Warren Ellis w swoich autorskich komiksach nie zawsze do mnie trafiał. Wiadomo, że Transmetropolitan to totalna klasyka i uwielbiam, uwielbiam i uwielbiam, ale Globalne Pasmo czy Planetary pozostają tematami wywołującymi mniejsze wypieki na policzkach. Dlatego obawiałem się, że Authority okaże się komiksem właśnie w tym ellisowym stylu, który niekoniecznie na mnie działa.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michał Krawiel (@krawiel)

No i totalnie się zawiodłem na swoich oczekiwaniach, bo akurat Authority naprawdę mnie wciągnęło. Modne w komiksach postmodernistyczne zajawki z końca XX wieku nie wydają się tu mocno odklejone (w moim odczuciu bowiem Planetary mocno się zestarzało). Authority to zajebisty, szybki akcyjniak, który rzuca bohaterów między Londynem, Los Angeles a innymi równoległymi światami. Całość skupia się na soczystej trykociarskiej akcji robionej dla zabawy, a nie pod linijkę. To jest wciąż siła trykotów spoza głównych linii wydawniczych, że mogą być takim superhero, jakiego chcemy – z dystansem, dla funu i bez zbytniego gładzenia. Authority to wycieczka do parku rozrywki.

Ocena: 4/5

Siła drugiego planu

Właśnie skończyłem czytać ostatni tom BBPO. Piekło na Ziemi. Jest to coś więcej niż tylko finał tego jednego ciągu fabularnego. Tak naprawdę cała historia zaczęła się dwa lata temu częścią BBPO: 1946-1948, a następnie dostaliśmy cztery tomy Plagi żab i pięć Piekła na Ziemi. To dziesięć opasłych tomów i teraz mogę z perspektywy lektury całości powiedzieć, że to jedna z najlepszych amerykańskich tasiemcowych serii, które wyszły w Polsce.

BBPO to część Mignolaverse, zatem, co oczywiste, przez cały czas przy tym projekcie obecny był Mike Mignola, ale tak naprawdę cała siła tej serii tkwi w osobie scenarzysty Johna Arcudiego (znanego w Polsce głównie jako autora komiksów z Maską) i kilku innych artystów, takich jak Guy Davies, Tyler Crook, Laurance Cambell oraz paru pozostałych, którzy odpowiadali za stronę wizualną wszystkich tomów.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michał Krawiel (@krawiel)

BBPO to rzecz zupełnie inna od Hellboya. Nie skupia się na jednym bohaterze. Mamy tu całą plejadę drugoplanowych postaci, które są świetnie rozpisane, mają własne małe historie, spinające się w jedną wielką całość. W BBPO brakuje jednego głównego bohatera, co stanowi ogromną siłę serii.

Imponujące jest to, że Arcudi i Mignola na sam koniec łączą ze sobą praktycznie każdy mały element. BBPO to jednocześnie horror, thriller, obyczajówka i specyficzne trykoty w jednym. Warto usiąść do całości, ponieważ to kilka tysięcy zajebistych plansz komiksowych, które dają czytelnikowi całe spektrum emocji w trakcie lektury.

Ocena: 5/5 (całość)

Jak wielkim fanem Moore’a jesteś

Jakakolwiek próba zabawy postaciami stworzonymi przez Alana Moore’a w Strażnikach uważana jest przez moorowych ultrasów za świętokradztwo. Ja takim ultrasem nie jestem. Strażników uważam za dzieło wybitne i zamknięte, ale nie jest to powód, żeby schować Strażników do gabloty i tylko oglądać. To wbrew komiksowej logice, która opiera się na permanentnym remiksie. Zegar zagłady doprowadza do zderzenia świata DC i Watchmenów. Za projekt odpowiada Geoff Johns, czyli jeden z głównych architektów współczesnego DC. Johns to nie Moore i bardzo dobrze.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michał Krawiel (@krawiel)

Zegar zagłady to bardzo solidny komiks, a momentami bardzo dobry, ale to już jest czyste superhero, a nie czysty Moore, co ma swoje zalety, ponieważ z jednej strony odczuwamy bardzo dużo szacunku do bazowego materiału, z drugiej stykamy się nie tylko z pięknie złożonym hołdem, lecz także solidną rozrywką. Myślę, że akurat laurek już brodaczowi z Anglii wystarczy. Sięgnąć warto, ale wasze zadowolenie będzie zależeć od poziomu bycia ultrasem Moore’a.

Ocena: 4/5

Satysfakcjonujący miszmasz gatunkowy

Lubię zaskoczyć się jakością historii w tytule, którego autorów totalnie nie znam. Resident Alien migał mi gdzieś na horyzoncie, ale wrzucałem go do worka różnych pozycji z Dark Horse, które raczej w Polsce się nie ukażą. Ale na szczęście decydenci w polskim Egmoncie uznali, że jest to tytuł, który warto pokazać rodzimym fanom komiksu. I bardzo dobrze. Na ten moment to jedno z fajniejszych zaskoczeń na naszym rynku wydawniczym. Fabułę Resident Alien tworzą tak naprawdę trzy różne gatunki – historia przybycia na Ziemię tytułowego kosmity, który przybiera tożsamość lekarza holenderskiego pochodzenia i zamieszkuje na amerykańskiej prowincji, to całkiem zgrabne SCFI. Ponadto mamy retrospekcje dotyczące przeszłości na jego rodzinnej planecie i opowieść o tym, jak zamieszkał w domku nad jeziorem, a do tego wpleceni zostają federalni agenci, usilnie próbujący odnaleźć bohatera.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Michał Krawiel (@krawiel)

Drugim elementem składowym opowieści są drobne (lub większe) zagadki kryminalne, które Harry Vanderspeigle rozwiązuje z gracją bohaterów Ojca Mateusza i Detektywa w sutannie. A u samej podstawy Resident Alien to zręcznie napisana obyczajówka rodem z amerykańskiej prowincji. Realne problemy, bardzo realni ludzie i prawdziwy kosmita lekarz. Resident Alien to mój pierwszy kontakt ze scenarzystą Peterm Hoganem. Nie ukrywam, że bardzo pozytywny. Równie dobrze wypada odpowiadający za stronę wizualną Steve Parkhouse. Warte przeczytania i czekam na kolejny tom.

Ocena: 5/5

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments