Dlaczego wierzymy? Wywiad z Tomaszem Pstrągowskim

Hanna Łozowska Publicystyka Publikacja: 17.10.2018, 12:02 Aktualizacja: 25.02.2019, 5:42
O popkulturowym idealizmie, dzieciństwie w Olsztynie i autobiograficznej fikcji opowiada współautor komiksu „Jak schudnąć 30 kg? Prawdziwa historia miłosna”, dziennikarz, doktorant na Uniwersytecie Gdańskim, teoretyk autobiograficznej powieści graficznej.
Tomasz Pstrągowski fot. Łukasz Baczewski
21 Udostępnień

Jak się mieszkało na Pieczewie?

To taka dzielnica, która za mojego dzieciństwa była w wiecznej budowie. Przeprowadziliśmy się, jak jeszcze nie była ukończona. Całe dzieciństwo biegałem z chłopakami po budowach, szukaliśmy win zostawionych przez robotników, paliliśmy stare kiepy. Kiedy tam wracam, nie poznaję Pieczewa.

Wyjechałem z Olsztyna 14 lat temu. Studia zacząłem w Olsztynie, a od II roku jestem w Gdańsku. 7 lat temu wróciłem do Olsztyna na półtorej roku, na Starówkę, do mieszkania mojej babci. Miałem kryzys w wp.pl i chciałem pracować zdalnie.

Pieczewo w latach 80. było dzielnicą młodych. Wszyscy dopiero wprowadzali do tych nowych bloków. Wszystkie wojny subkulturowe, z których lata 90. słyną, skumulowały się na Pieczewie.

O jakich subkulturach mówisz?

Skiny, punki, metale i skejci. Ci ostatni na samym końcu.

Do której należałeś grupy?

Zawsze chciałem być punkiem, ale nigdy nie byłem tak hardcore’owy. Ale i tak byłem raczej lewicowo-wolnościowy. Przez całą końcówkę podstawówki uciekałem przez skinami, kryłem się po jakichś zaułkach i lasach. Był w latach 90. słynny na cały Olsztyn skinhead, nie wymieniaj jego ksywy, który zasłynął z tego, że podobno rzucał cegłówkami w pancurów na ul. Piłsudskiego, pod aresztem.

Wyrywał z bruku te cegłówki i rzucał, bo tak nienawidził pancurów. Na Pieczewie żył jego wierny żołnierz Kamilek. Opowiadał, jak chodził bić się z pancurami, jak nożem go pchnęli. Ale nie ma blizny, nie pokaże nam, bo już nie ma. Mitoman. Kamilek przeżywał różne momenty swojego skinostwa, choć nie bardzo wierzył w rasistowską ideologię. Czasem nas lubił, bo ogólnie byliśmy dość lubiani i wtedy opowiadał nam te swoje głodne kawałki. A czasem nas nienawidził, bo jednak byliśmy punkami.

Kiedy przenieśliśmy się na Słoneczny Stok, napisałem długiego SMS-a do moich znajomych, że odchodzę, żegnajcie. Chociaż literalnie żaden kontakt się nie urwał.

Obroniłeś doktorat?

Jeszcze nie.

Na którym jesteś roku?

Moja mama cię przysłała, przyznaj. Jestem na studiach doktoranckich kolejny raz, mam absolutorium. W tym roku mam już napisaną pracę doktorską i będę jej bronił.

Łatwiej zajmować się komiksem będąc teoretykiem czy praktykiem?

Teoretykiem, bo z tym nie wiąże się żaden ładunek emocjonalny. Nie przejmujesz się w takim stopniu, nie zastanawiasz, jak to zostanie przyjęte. Publikacje naukowe mają dość prosty system recenzowania. A kiedy tworzysz komiks, zwłaszcza fikcjo-autobiograficzny, jako coś co dajesz publiczności, do końca nie możesz być pewien reakcji. A nawet jak już się ukaże i pojawia się jakaś pozytywna reakcja, to każda kolejna może być negatywna. „Jak schudnąć 30 kg?” mimo, że ma półtorej roku, ciągle żyje.

W rozmowach o „Jak schudnąć…” wciąż powraca wątek oddzielenia prawdy od fikcji.

Bardzo mi zależało na tym, żeby to nie był prosty, autobiograficzny komiks. Jeśli w czytelniku jest wątpliwość, to to jest właśnie to, co chciałem osiągnąć. Sam piszę doktorat z komiksu autobiograficznego, fikcja najbardziej mnie w nim interesuje. O tym pisze Philippe Lejeune, że autobiografia nie tyle jest prawdą, co autor twierdzi, że nią jest.

Badania nad autobiografizmem zaczęto prowadzić w latach 70. Wtedy to mogło wydawać się odkrywcze. Czterdzieści lat później, wciąż uderza pytanie: dlaczego my w ogóle wierzymy tym ludziom?

A dlaczego nie?

Cała twórczość polega na kłamstwie. Nawet Kapuściński przeinaczał pewne fakty. Dlaczego w ogóle mu wierzyliśmy? Przychodzi facet i oznajmia: będę wam mówił prawdę. Nie wiem, czy w ogóle możliwe jest mówienie prawdy przez sztukę. Kiedy upiększam daną sytuację, by wyglądała lepiej literacko, to już kłamstwo czy jeszcze nie? Lubas-Bartoszyńska pisała, że fikcja ma to do siebie, że zmierza w określonym kierunku, światu bohaterów nadaje jakiś symboliczny sens, by książka miała jakąś wymowę. Prawdziwe życie nie ma sensu, nie zmierza do finału, do morału.

W twoim komiksie jest morał?

Oczywiście! Bardzo starałem się zachować klasyczną strukturę budowania napięcia do momentu kulminacyjnego, a na końcu jego spadek i zamknięcie opowieści. Ludzkie związki nie przebiegają tak, jak się buduje napięcie w dziele fabularnym. Ile osób przeżyło w życiu katharsis? Zbierało doświadczenia i nagle mogło powiedzieć: tego dnia nastąpiła we mnie przemiana? A świadectwa autobiograficzne, zwłaszcza komiksowe są tego pełne.

Taka narracja jest bardziej przystępna?

Komiks ma korzenie popkulturowe, wywodzi się od superbohaterów, od komiksu prasowego. Ma dostarczać czytelnikowi satysfakcji i przeżyć estetycznych. Ja jestem dzieciakiem lat 80. i 90. Dorastając, trafiliśmy na taki okres, że akurat otworzyły się drzwi do popkultury zachodniej. Ona miała dla nas gigantyczne znaczenie, kształtujące wręcz. Sprzedawała nam całą masę prawd na temat tego, jak życie powinno wyglądać. Że liczy się tylko zwycięstwo, o wszystko trzeba walczyć, nigdy nie można się poddawać, romantyczna miłość jest najważniejsza. Nasiąknąłem tym wszystkim jak gąbka. Miałem mnóstwo wyobrażeń o miłości, o tym jak powinno wyglądać życie.

Nadal masz?

No pewnie! Na przykład wyobrażenie, że ja i moja żona zestarzejemy się razem, będziemy chodzili razem za rękę. Ty nie masz takich wyobrażeń? Tylko jak spojrzysz na swoje życie, to jest jednak mało prawdopodobne, bo mężczyźni umierają dużo wcześniej niż kobiety. Najprawdopodobniej więc i moja żona będzie miała samotną starość. Raczej nie pospacerujemy po parku, trzymając się za ręce. Będziemy przymierali głodem, bo gdy już się zestarzejemy w Polsce najprawdopodobniej nie będzie emerytur.

W rozmowie z żoną też dekonstruujesz ten mit?

Nie, raczej nie. Mamy też w głowach mit na temat pracy, że powinniśmy się w niej spełniać. Prezydentura Ronalda Reagana czy premierostwo Margaret Thatcher narzucały narracje całemu Zachodowi, że człowiek tworzy swój własny los. I w latach 90. w Polsce to była dominująca narracja. Wierzyłem, że mogę osiągnąć wszystko w życiu, jeśli tylko będę wystarczająco mocno pracował. Choć to oczywiście bzdura, istnieje cała masa czynników, na które nie mam wpływu.

Jeżeli pozwalasz, żeby popkultura kształtowała twoje wyobrażenia o świecie, to pojawia się ten mit, obecny w grach wideo albo komediach romantycznych, że w miłości nie ma porażki. Tylko za mało się starasz. Nie ma tak, że trafiasz na osobę, która cię nie kocha i, cholera, nie obejdziesz tego. Jeśli ktoś twierdzi, że cię nie kocha, powinieneś 90 minut się starać, a na koniec pojawia się Tom Hanks i finał jak w „Masz wiadomość”.

To dzieje się też w „Jak schudnąć…”. Odrzucany, komiksowy Tomasz Pstrągowski wyznaje: „Postanowiłem wtedy, że to moja ostatnia szansa. Jeżeli teraz jej nie zdobędę to już nigdy mi się nie uda. Była sama. Porzucona (nie wierzyłem, że to ona zerwała). Wrażliwa. I właśnie się przyznała, że nie jest taka niedostępna. To był czas na ofensywę”.

To jest typ, który nie przyjmuje odmowy i to w chorobliwy sposób. Mimo, że cały czas odpychany, jest święcie przekonany, że musi starać się bardziej.

To też schemat jak z komedii romantycznej.

Uwielbiam „Love Actually”, to jeden z moich ukochanych filmów, np. scena z homarami w trakcie jasełek – jest przekomiczna. Ale jest w nim też superromantyczny wątek pisarza, który wyjeżdża do Portugalii, pisze książkę i zakochuje się w swojej gospodyni. Nie zamieniają ze sobą ani słowa. Ich związek ma zerowe szanse na sukces. Naprawdę to nawet nie wiedzą czy się lubią. Ten wątek przedstawia się jako romantyczną historię ludzi, którzy poznają się, zakochują, a całe miasto kibicuje ich miłości. Albo druga megaromantyczna scena z tego filmu: przychodzi najlepszy przyjaciel do swojego przyjaciela i wyznaje jego żonie miłość. Przecież to jest tak creepy! To się nigdy nie powinno wydarzyć.

Fajny jest za to wątek rozczarowania żony, granej przez Emmę Thompson, która dowiaduje się, że mąż zamierza ją zdradzić. To jest zagrane na półtonach, nie ma happy endu ani bad endu. Kiedyś olewałem ten wątek zupełnie. Dzisiaj rusza mnie subtelność w mówieniu niewygodnych praw.

Pracujesz jeszcze w wp.pl?

Teraz nie pracuję w żadnej korporacji. Piszę na zlecenie, tworzę scenariusz do gry. Jak szedłem do Wirtualnej Polski, to miałem romantyczne wyobrażenia o dziennikarstwie. Że teraz będziemy siedzieć i pisać o kulturze, tworzyć mądre rzeczy, przeprowadzać wywiady. Jest taki amerykański, idealistyczny serial „The West Wing” o fikcyjnym prezydencie. Uwielbiam sceny, w których pisze się mu przemówienie – analizuje się w nim każde słowo, czy ma odpowiedni wydźwięk. A dziennikarstwo internetowe polega na produkowaniu contentu, który dobrze musi się sztymować w statystykach.

Staram się zmienić działkę, bo jestem bardzo rozczarowany dziennikarstwem. Mam 34 lata. Może lepiej przestać się oszukiwać, otrząsnąć z marzeń nastolatka i znaleźć jakieś normalne zajęcie na umowę o pracę.

Tomasz Pstrągowski – urodził się w 1984 r.; dziennikarz i scenarzysta, były redaktor naczelny serwisów książki.wp.pl i komiksomania.pl, doktorant Uniwersytetu Gdańskiego, współtwórca podcastu o grach wideo Niezatapialni.pl, współpracownik Dwutygodnik.com. Publikował m.in. w Wirtualnej Polsce, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Wysokich Obcasach”, „Krytyce Politycznej”. Pochodzi z Olsztyna, teraz mieszka w Gdańsku.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o