Vampyr – udana produkcja z minusami [RECENZJA]

Ewelina Zdancewicz-Pękala Recenzje gier Publikacja: 16.07.2018, 11:54 Aktualizacja: 2.03.2019, 18:13
Minął miesiąc od głośnej premiery “Vampyra”, a to oznacza, że nadszedł czas na podsumowania. Można powiedzieć, że pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy jest naprawdę dobrze. Producenci “Vampyra” mogą pochwalić się liczbą 450 tys. sprzedanych kopii (na wszystkich platformach).
Vampyr
0 Udostępnień

Dałam szansę krwiopijcy 

Osobiście dałam szansę Vampyrowi na konsoli PlayStation 4, ale podeszłam do niego z dużą nieufnością. Głównie dlatego, że zagrałam w niego po przeczytaniu kilkunastu opinii, które wcale nie napawały optymizmem. Ostatecznie mogę jednak powiedzieć, że czas spędzony z Jonathanem Reidem nie był stracony, ale raczej się już ponownie nie spotkamy. Są tytuły, do których wracam z chęcią, ale niestety Vampyr nie ma szans znaleźć się w tym gronie.

Zacznijmy od fabuły. Grę zaczynamy w masowym grobie tuż po przemianie w wampira. Ceniony chirurg wojskowy Jonathan Reid wrócił do Londynu, aby pomóc w walce z epidemią hiszpanki. Został jednak przemieniony wbrew swojej woli w wampira i musi uciekać przed łowcami, ponieważ odtąd uznawany jest za niebezpiecznego krwiopijcę. Nie ma łatwego zadania, bo jest zdezorientowany, przez przypadek po drodze robi coś strasznego i musi uważać, żeby nie znaleźć się w świetle słonecznym.

Tematyka wampirów w grach nie jest żadną nowością. Ciężko tu zabłysnąć czymś świeżymi i na dobrą sprawę lepiej jest zadbać o dobry klimat niż wymyślać nowe sposoby na reakcje na słońce. Jonathan Reid na szczęście się nie błyszczy, tylko jak normalny wampir nie może znieść światła słonecznego, za co jestem wdzięczna twórcom – nie próbowali na siłę zmieniać “tradycyjnego” wampiryzmu. Dzięki temu łatwiej im zapewne było stworzyć klimat, który (trzeba przyznać) jest w grze Vampyr niesamowity.

Udało im się stworzyć naprawdę intrygujący świat w mrocznych odcieniach. Bo też ciężko mówić o innym świecie, kiedy wokół szaleje epidemia, a brat na dzień dobry zabija własną siostrę (choć tego nie chce). Jonathan Reid naturalnie chce się zemścić na osobie, która doprowadziła go do takiego stanu.

Vampyr staje się z czasem żmudny i męczący 

Poszukiwania dr. Reida są wciągające, jednak w pewnym momencie stają się męczące. Podobnie jest z systemem walki. Jeśli ktoś bez problemu niszczył wrogów w Bloodborne, to walka z wampirami będzie dla niego banalna. Wszystkie ciosy są bardzo łatwe do odbicia. Można też wykorzystywać wyjątkowo sztuczne ściany w grach, czyli zacząć bić przeciwnika (nawet jeśli jest znacznie silniejszy od nas), po czym wycofać się trzy kroki dalej, gdzie już… nie może oddać. A nie może tego zrobić, bo w grze to po prostu “nie jego rejon”. Przypomina mi to czasem machanie do siebie dwóch simów stojących obok siebie – mogliby podać sobie ręce, ale jednak nie mogą. Żeby nie było; to może i jest sposób, ale taka walka potrwa dobrych kilka minut. Poza tym wszystkie walki w grze Vampyr stają się po jakimś czasie żmudne i męczące.

I’m dr Jonathan Reid

Standardowi przeciwnicy to jedno, ale ogromną częścią gry są także historie NPC-ów. Tych postaci jest zdecydowanie za dużo. Doceniam starania twórców, żeby gra była wyjątkowa na każdym poziomie, ale “co za dużo to niezdrowo”. Dlatego zaciekawiające na początku historie z czasem stają się historiami, których nie chce się już poznawać. Nie mogłam tu też uniknąć porównania Reida do Kate Walker z Syberii. Wbrew pozorom mają ze sobą coś wspólnego – to, że muszą raz po raz przedstawiać się nowym rozmówcom. W grze Vampyr przynajmniej oszczędzono graczom ciągłego zwracania się do bohatera pełnym imieniem i nazwiskiem, ale po ok. 20 godzinach rozgrywki “I’m dr Jonathan Reid” i tak zostaje w głowie.

Zdecydowanie nie podoba mi się grafika postaci gry. Wiem, bywało gorzej, jednak akurat na punkcie grafiki jestem wyjątkowo wyczulona, więc patrzenie na puste oczy, tępe twarze i kanciaste ruchy NPC-ów było dla mnie po prostu nieprzyjemne. Za to lokacje i muzyka skomponowana przez Oliviera Deriviere’a zasługują na pochwałę. Poza tym fabuła jest dobrze poprowadzona. Zwroty akcji są zaskakujące i sprawiają, że gracz chce grać dalej, żeby wiedzieć, co z tego wyjdzie. A na dobrą sprawę jak to wszystko się zakończy zależy od różnych decyzji. Jednak nie polecam gry z celowaniem w konkretne zakończenie. Najlepiej gra się w zgodzie z własnym sumieniem i pomysłem, a na koniec okaże się, co z tego wyszło.

Vampyr to tytuł, w którym liczy się… kalkulacja, bilans zysków i strat. Twórcom chodziło o dokonywanie wyborów moralnych, ale jeśli zabicie kogoś nie zmieni drastycznie statusu dzielnicy, to nic straconego. Wystarczy po prostu regularnie sprawdzać, jaki status ma dzielnica, do której się udajemy, i kogo jeszcze możemy zabić. Trzeba jednak pamiętać, że zabijanie ma też wpływ na zakończenie.

Mroczny Londyn rekompensuje niezgrabności 

Czy Vampyr to dobra propozycja na PlayStation 4? Na pewno warto poświęcić jej trochę czasu. Ma swoje niedociągnięcia i morderczy – nie w tym znaczeniu, co powinien – system walki, ale klimat naprawdę robi swoje. Mroczny Londyn z dobrze zrobionymi lokacjami nie rozczaruje nikogo, kto będzie chciał zanurzyć się w atmosferze miasta ogarniętego zarazą. A tę widać na każdym kroku – wystraszeni ludzie przemykają opustoszałymi ulicami, a bary świecą pustkami, bo nikt nie chce opuszczać bezpiecznego domu. Ludzie są szorstcy i nieufni i każdy po prostu każdego dnia walczy o to, żeby przeżyć.

Twórcom znakomicie udało się oddać społeczne niepokoje i strach o własne życie, a nawet wprowadzić w tym wszystkim wątek miłosny. Chociaż toporność postaci jest odrzucająca, to wiele elementów gry sprawia, że Vampyr ma i będzie miał swoich fanów.

Ocena redakcji 6 / 10

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o