Bloodride [RECENZJA]. Nieudana, ale też nie tragiczna antologia horroru od Netflixa

Michał Małysa Seriale Publikacja: 17.03.2020, 21:15 Aktualizacja: 17.03.2020, 21:15
Bloodride - nowa, norweska produkcja Netflixa - to seria niepowiązanych ze sobą historii. Każda z nich prezentuje nieco inny poziom. Niektóre są ciekawe, inne aż nadto przewidywalne. Serial ma mnóstwo niedoróbek i złych momentów, ale mimo tego oglądanie Bloodride nie męczy. Jeśli szukacie przerywnika od poważnych produkcji, to być może jest to propozycja dla was.
bloodride-recenzja
10 Udostępnień

Antologia horroru, czyli Bloodride

Serial dostępny jest na platformie od 13 marca. To jedna z marcowych premier Netflixa. Widzowie do każdego odcinka “zabierani są” w podróż autobusem z tajemniczym i dziwnym kierowcą. Na początku autobus jest pusty, chwilę później okazuje się jednak, że siedzą w nim wszystkie występujące w produkcji postacie. Bohater, na którym ma się skupić wybrany odcinek, znika na resztę epizodu. Sprawdźmy, jak Netflixowi udała się ta podróż do krainy horroru i czy horrorem nie było samo oglądanie Bloodride.

Fabuła Bloodride od Netflixa

Każdy odcinek produkcji to osobna historia. Tak jak pierwszy epizod przypomina nieco klimatem Smętarz dla zwierzaków, tak kolejne mają już całkowicie inne klimaty. Niektóre odcinki są bardziej “szkolne”, inne skupiają się na psychozie i jej skutkach. Bloodride nie trzeba oglądać po kolei, można wybierać sobie te epizody, które akurat wydają nam się interesujące. To, co łączy wszystkie odcinki, to klimat, który ma być ciężki (niekiedy jest nijaki, ale w większości przypadków produkcja trzyma poziom).

Przedstawione historie nie mają w sobie praktycznie żadnej oryginalności, a twisty w większości są do przewidzenia.

bloodride-recenzja

Obsada aktorska w Bloodride

Aktorzy występujący w Bloodride dobrze sobie radzą. Dagny Backer Johnsen – aktorka grająca Olivię w trzecim epizodzie – najbardziej przyciąga wzrok. Z kolei Erlend Rødal Vikhagen, aktor grający Erika w drugim odcinku, miał najtrudniejsze zadanie w Bloodride. Musiał odegrać rolę chorego psychicznie chłopaka, ale widać, że nie sprawiło mu to większych problemów.

Bloodride od strony technicznej

Efekty specjalne rzadko pojawiają się w tym serialu, a jeśli już są, to naprawdę nie porywają. Chyba najgorszy był moment pokazania ręki z odgryzionymi palcami – sztuczne kości wystające z resztek ręki wyglądały komicznie, a nie strasznie. Lekki, ale niegroźny spoiler: jeszcze bardziej komicznie wyglądał motyw “odrastania” tych palców. Wyglądało to na tyle słabo, że na miejscu twórców raczej zrezygnowałabym z pokazywania tego motywu. Można było to w danej scenie spokojnie pominąć. Poza tym kardy i reszta warstwy technicznej są poprawnie zrealizowane.

Czy warto oglądać Bloodride od Netflixa?

Bloodride dotychczas zebrał słabe oceny od recenzentów. To nie dziwi, bo jest to produkcja bzdurna i opierająca się na utartych, horrorowych schematach. Jednak jeśli ktoś jest gotowy przymknąć na to oko, to nie jest tak źle. Serial sprawdza się jako krótki przerywnik od ciężkich produkcji.

Można go określić jako brutalniejszą wersję seriali takich jak Czy boisz się ciemności lub Historie z dreszczykiem (które także są dostępne na Netflixie). Daleko mu do dobrej produkcji, ale nie jest jednoznacznie zły. Warto dać mu szansę przez jeden lub dwa odcinki (tym bardziej, że trwają po ok. 30 minut) i zobaczyć, czy to coś dla nas, czy raczej nie. Bloodride powinien trafić do osób, które mają sentyment do krótkich, lekko strasznych produkcji. Osobiście mnie nie zmęczył, a to już coś. Zresztą porównując go do ostatnio obejrzanej przeze mnie norweskiej produkcji Netflixa – serialu Ragnarok – muszę stwierdzić, że teraz jest znacznie lepiej.

Fot. Netflix

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments