Mutant Year Zero – Road to Eden Deluxe Edition na Nintendo Switch [RECENZJA]

Ewelina Zdancewicz-Pękala Recenzje gier Publikacja: 14.08.2019, 9:00 Aktualizacja: 14.08.2019, 9:25
Pod koniec lipca premierę miał Mutant Year Zero - Road to Eden Deluxe Edition, czyli wersja produkcji studia The Bearded Ladies na konsole Nintendo Switch. Edycja na przenośne konsole po prostu nie mogła uniknąć porównywania z wersjami na konsole stacjonarne czy komputery osobiste.
7 Udostępnień

Pierwsze wrażenie robi się tylko raz

Swoją przygodę z Mutantem rozpoczęłam od wywalenia mnie z menu gry. Potem przywitała mnie rozmyta grafika, w której momentami ciężko było się połapać co jest czym. Niezależnie od tego, czy konsolka znajdowała się w stacji dokującej czy w moich rękach – grafika kulała. Ale później było już tylko lepiej. Nie zawsze pierwsze wrażenie decyduje o wszystkim.

Na początek trochę o wersji Deluxe

Mutant Year Zero – Road to Eden Deluxe Edition to nowa wersja znanej już od grudnia 2018 r. produkcji od zespołu The Bearded Ladies. Wcześniej w tę grę (pod tytułem Mutant Year Zero – Road to Eden) mogliśmy zagrać na PC czy PS4 lub Xbox One. 30 lipca miała miejsce premiera gry także na Switcha. Oprócz tego, że produkcja została przystosowana do zainstalowania jej na przenośne konsole, otrzymała też nowe rozszerzenie – Seed of Evil. Jak sprawdza się Mutant Year Zero – Road to Eden na konsolach Nintendo Switch?

Mutant Year Zero – Road to Eden na Switcha. Zacznijmy od wrażeń wizualnych

Niestety, nie jest ładnie. Niezależnie od tego, czy gramy stacjonarnie czy przenośnie widzimy rozmyte gałęzie drzew, niewyraźne połacie traw i zlewające się z ziemią szare skały. Nie grałam we wcześniejszą wersję, natomiast pierwsze lepsze porównanie dostępne w internecie (np. Mutant Year Zero ze Switcha porównany do tej samej produkcji na PC) pokazuje, że może być lepiej, a przede wszystkim że było lepiej.

I chyba to najbardziej boli, bo świat przedstawiony w Mutancie zasługuje na godne pokazanie. Tekstury marnej jakości plus spadki klatek w kilku momentach potrafią wybić z klimatu bądź co bądź dobrej produkcji. Nie trzeba znać wersji na konsole stacjonarne, aby od razu poczuć, że coś jest nie tak.

Gameplay Mutant Year Zero – Road to Eden Deluxe Edition

Mutant spodoba się wszystkim fanom gier taktycznych. Całość gry prezentowana jest w rzucie izometrycznym. Turowy system walki pozwala zebrać myśli, zaplanować najlepszą strategię, ale jednocześnie nie nudzi. Kiedy już zdecydujemy, jaki ruch chcemy wykonać, nasze postacie wykonują go szybko – nie ma tu zbędnego przeciągania akcji. Podczas decydowania się na atak widzimy, jakie mamy szanse trafienia przeciwnika: 25%, 50%, 75% i 100%.

W większości przypadków warto próbować ataku przy 75%, ale warto zwracać uwagę na wszystkie drobne elementy – nawet jeśli raczej zabijemy przeciwnika, możemy zaraz sami zostać trafieni, o ile nie pomyślimy o osłonie lub wsparciu towarzyszy.

W Mutancie dostajemy także tryb zasadzki (stosuje się go głównie do głównie do wybijania pojedynczych słabszych przeciwników, można też w ten sposób zaczynać walkę). Na pochwałę zasługują bardzo przyjemne sekwencje skradankowe. Dają autentyczną frajdę i sprawiają, że rozkmina na temat szans w walce jest jeszcze intensywniejsza.

W Mutant Year Zero można zagrać na trzech poziomach trudności – chyba najlepszym do cieszenia się z rozgrywki, ale też do podjęcia jakiegokolwiek wyzwania jest tryb trudny, czyli środkowy. Dla hardcore’ów dostępny jest dodatkowy tryb Iron Mutant – śmierć w nim jest permanentna i sprawia, że cały trud rozpoczyna się od początku, a przeciwnicy stają się znacznie silniejsi. A że normalnie rozgrywka i tak jest wymagająca, to nie polecam tego trybu na początek. Tym bardziej, że co jakiś czas i tak trzeba biegać do Arki (głównej bazy), aby się podleczyć czy zamontować ulepszenia w broniach.

Fabularnie zapowiadało się nieźle, ale…

I w sumie było nieźle. Produkcja osadzona jest w świecie postapo. Większość ludzkości wymarła, Ziemię przejmuja mutanty, a tzw. Arka staje się ostatnią szansą ludzkości. Jednak na Arkę trzeba dostarczać rzeczy niezbędne do przeżycia, ale nie każdy może to robić – dla zwykłego człowieka wyprawa poza bezpieczny teren oznacza śmierć. Dlatego na miejsce wysłani są już nie-ludzie, którzy w grze nazywani są stalkerami.

Na samym początku poznajemy m.in. niejakiego Duxa (humanoidalna kaczkę) oraz Bormina (humanoidalną świnię). Te postacie są tak abstrakcyjnie, że aż idealnie pasują do klimatu Mutanta. W dodatku w związku z ich wyglądem często mamy okazję pośmiać się z humoru sytuacyjnego – ot, pierwszy z brzegu przykład: Dux interesuje się puszką konserw ze świńskiego mięsa, ale szybko przestaje na widok miny Bormina.

Postapokaliptyczny klimat w grze został naprawdę dobrze przedstawiony. Szkoda tylko, że samo zakończenie gry jest przewidywalne, tym bardziej jeśli czytamy wszystkie znalezione dokumenty – wyłania się z nich obraz ludzkości, który doprowadził do zniszczenia świata, w którym żyła. Co szczerze mówiąc brzmi po prostu jak nasze obecne zachowanie na co dzień – w końcu jesteśmy o krok od ogłoszenia światowego alarmu klimatycznego.

Dialogi, humor i “to coś”

Mutant Year Zero – Road to Eden nie jest produkcją pompatyczną. Nie zachłystuje się swoją mądrością prorokowania tego, co może się z nami wszystkimi stać. Nie moralizuje i nie jest zwyczajnie nadęty. Po prostu nienachalnie pokazuje ciekawą wariację absurdu świata przyszłości i zniszczenia, do którego faktycznie możemy (i pewnie tak się stanie) doprowadzić, jeśli się w pewnych sprawach nie ogarniemy.

Mutant jest za to zabawny – sytuacyjnie, dialogowo i posiada w sobie to coś, czego się oczekuje od gry taktycznej. Jasne, że od razu wyraźnie widać w nim pewne niedomagania, natomiast nie drażnią one na tyle, żeby porzucić rozgrywkę. Nie ma gier idealnych. Jednak jeśli mimo natychmiastowego wyłapywania błędów i tak chce ci się dalej grać – to znaczy, że masz do czynienia z dobrą produkcją.

Seed of Evil – dodatek do Mutant Year Zero – Road to Eden

Sam Mutant Year Zero – Road to Eden to, powiedzmy, jakieś 15h rozgrywki, ale Seed of Evil rozszerza przygodę o dodatkowe kilka godzin. W tym dodatku pojawiają się nowe zagrożenia, możliwość dalszej eksploracji świata i wielki łoś. To prawdziwy twardziel, na którego wołają Big Khan. Ta postać odznacza się dobrymi umiejętnościami taktycznymi, oraz efektownymi mutacjami, dzięki którym może walić ogniem. Co prawda po wielkiej humanoidalnej kaczce ze skrzydłami nic już nas nie zaskoczy, ale podbicie absurdu w tym DLC wyszło naprawdę nieźle. Poza tym jeszcze więcej eksploracji zawsze jest dobrą opcją dla osób, które nie chcą się pożegnać ze światem gry, jaka zwyczajnie ich wciągnęła.

Nasza ocena: 7/10

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o