Warhammer: Chaosbane [RECENZJA]

Grzegorz Ćwieluch Recenzje gier Publikacja: 25.06.2019, 14:43 Aktualizacja: 25.06.2019, 15:00
Nie doczekaliśmy się nowego Diablo. Twórcy hack’n’slash umiejscowionych w uniwersum Warhammera umiejętnie wykorzystali tę niszę na rynku. Porównajmy jednak, czy twórcy wykorzystali wszystkie dobre pomysły kamienia milowego gatunku h’n’s.
Warhammer Chaosbane poradnik
19 Udostępnień

Warhammer: Chaosbane jako wykorzystanie braku nowego Diablo

Pamiętam, że jednym z najfajniejszych rozwiązań pierwszej części Diablo było generowanie podziemi w randomowy (o ile się nie mylę) sposób. Sprawiało to, że rozgrywka online miała więcej sensu, a doświadczenia graczy nawet w trybie single player były unikalne. Warhammer: Chaosbane ma gotowe mapy, które nie zachęcają do sięgnięcia po grę po przejściu głównego wątku. Jedyna nadzieja na powrót do tych samych map przy zmianie postaci, bo tak jak w Diablo różne klasy oferują w W:CB odmienny typ rozgrywki.

Kolejną rzeczą, która sprawiała, że gracze wsiąkali na dobre w Diablo był generator imion bohaterów. Za każdym razem, gdy gracz spotykał jakiegoś potwora – bohatera podskórnie czuło się, że jest grubo. Po jego zabiciu loot zawsze był konkretny. Była to bardzo mała rzecz, a dodawała rozgrywce aury tajemnicy. W Warhammer: Chaosbane czempion jest trochę wytrzymalszym wojownikiem, niekiedy (w zależności od boga chaosu, któremu służy) włada magią. Niestety poza faktem trwalszego paska energii potencjał poderpegowania rozgryki nie został przez twórców warhammerowego hack’n’slash wykorzystany. Such a waste.

Co można poprawić w Warhammer: Chaosbane?

Statystyki wydają się w tej grze jakąś smutną koniecznością. Choć sam chciałbym, żeby było ich conajmniej tyle co w Diablo, to twórcy zrobili dwie podstawowe: walka i życie. Poza nimi są jeszcze liczba obrażeń w trybach ataku oraz koszt energii. Wszystko to sprawia, że gra jest niemal arcade’owa. Gra zbiera cięgi, bo przecież Games Workshop przyzwyczaiło graczy do tego, że ich bitewniaki, planszówki czy papierowo – kostkowe rpg to creme de la creme klimatu dark fantasy.

Dałoby się tego wszystkiego uniknąć w sytuacji, gdyby bardziej polecieć w surowość designu dark fantasy. Grafika mogłaby by być mniej kolorowa, a bardziej przyciemniona i grim/dark fantasy jak w jedynce Diablo. Postawienie na gotyckość świata mogłaby dać tej grze więcej pikanterii i pazura.

Postacie i ich wygląd

Plusem jest pieczołowitość strojów i ich wygląd. Postacie wyglądają bardzo fajnie, a ekwipunek przynajmniej na ekranie wyboru postaci prezentuje się świetnie. Niestety tu również nie udało się uniknąć potknięć na nierównościach.

W przypadku postaci stawiających na walkę w zwarciu pojedyncza alternatywa ataku dystansowego jeszcze jakoś wygląda, ale w przypadku postaci dystansowych nie ma ataku bronią ręczną, która jest przecież integralną częścią ekwipunku tych postaci. Zarówno Wysoki Elf Mag jak i Leśny Elf Zwiadowca nie mają możliwości wykorzystania sprzętu, a miecz zwiadowcy zachowujący się jak dron bojowy to jakaś groteska. Fajerwerki jak na chińskim Świecie Smoka mogą uchodzić na sucho w przypadku maga, ale w przypadku zwiadowcy twórcy powinni postawić na większy realizm podczas kreacji ataków.

Fabuła Warhammer: Chaosbane

Oczywiście mam świadomość, że Warhammer: Chaosbane to hack’n’slash i fabuła jest tu drugorzędna, ale – rzecz jasna – musi ona siedzieć w lorze uniwersum. Plot twist jest poprawny – ot staroświatowy standard narracji. W przeciwieństwie do kolorowych i wystrzałowych ataków, niestety nie ma tu fajerwerków. Trochę zgrzyta fakt, że czasem wyświetlają się nie te napisy, które wypowiada dana postać. Nie twierdzę, że narracja jest jakaś zawiła – rzadko kiedy w dialogach oprócz postaci gracza uczestniczy więcej niż dwóch npc. Dialogi są w Chaosbane pretekstem do anihilacji przeciwników – wiadomo.

Rzecz dzieje się tuż po inwazji kurgańskiego warlorda Asavara Kula. Czasy Magnusa Pobożnego, czyli na długo przed inwazją Archaona. Historia Imperium – kanoniczna dla uniwersum. Okres, który na pewno znany jest graczom, którzy grali w WFRP. Z perspektywy tamtych czasów to, co dziś wyrabia Games Workshop w Age of Sigmar jest niepojęte.

W W:CB demony przypominają bardziej te ze starszych edycji. Warhammer: Chaosbane, jak i smartfonowa strategia Warhammer: Chaos & Conquest dowożą revival designu jednostek znanych starszym graczom WHFB. Ciekawy zabieg ze strony twórców i ich mocodawców z GW.

Rozmach z Diablo – niestety nie w tym uniwersum

Zawiodłem się mocno na fakcie, że w ogóle nie pojawiło się więcej rodzajów jednostek znanych z armii chaosu. Kiedy w fabule zjawiły się ungory od razu się zajarałem, że później pojawią się gory, a jeszcze dalej w przysłowiowy las – bestigory i maybe, just maybe – minotaury. Pomimo tego, że mowa jest o kurganach, a akcja toczy się w Norsce i na Pustkowiach Chaosu to nie ma ani wojowników chaosu, ani maruderów.

Głupi ja – myślałem nawet, że natrafię na skavenów – pełno ich przecież w kanałach Nuln czy Praag. Bummer. Pierwsza część Diablo rozpuściła mnie ze swoją mnogością przeciwników i niepotrzebnie przełożyłem ten rozmach na realia bestiariusza uniwersum Warhammera. Twórcy zapewnili zimny prysznic.

Warhammer: Chaosbane – podsumowanie wrażeń z gry

Gra miewa momenty, ale bardzo często odnosi się wrażenie, że albo została zrobiona na tzw. odwal się albo twórcy powołali się na dyrektywę Games Workshop znaną z Age of Sigmar – “Oi, Boyz – uderzamy tero w młodo widownię” (*oryginalna pisownia orków z uniwersum Warhammera). Tylko to przychodzi do głowy, gdy mamy do czynienia z produktem, który swoją arcade’ową prostotą sprawia, że Diablo staje się arcytrudnym cRPG z ogromną ilością statystyk, które tylko student polibudy jest w stanie rozkminić. Zwyczajnie tak nigdy nie było, bo Diablo nie miałoby tej ogromnej popularności jaką się od zawsze cieszyło. Zupełnie nie wiem, czemu twórcy postanowili zpauperyzować dobre wzorce na których i tak przecież oparli swoją grę.

Kiedy klasyczne pozycje znane z wersji papierowo – kostkowych dostają swoje świetnie wykonane adaptacje, które wprawiają w osłupienie immersją (Sinking City, Dark Corners of The Earth, Vampire: Masquerade Bloodlines 1 i 2), Games Workshop pozwala wypuszczać w ramach swoje franczyzy raczej mniej niż bardziej udane potworki. W takiej sytuacji chyba każdy fan uniwersum stracił wiarę w to, że kiedyś powstanie udana sandboxowa adaptacja realiów znanych z bitewniaków i fabularniaków.

Warhammer: Chaosbane – przyjemny tutorial dla graczy spoza uniwersum

Mój ziomek z wieloletniej drużyny WFRP powiedział, że Warhammer: Chaosbane to taka gra za trzydzieści złotych. Ja nie jestem w mojej ocenie aż tak surowy, bo mam świadomość, że to miękki i przyjemny tutorial dla graczy, którzy w ogóle nie znają klimatu uniwersum. Niestety ze względu na prostą mechanikę gra sprawia, że mózg nie za wiele pracuje i po pewnym czasie rozgrywka staje się nużąca.

Warhammer: Chaosbane miał ogromny potencjał, który został według mnie wykorzystany w sześćdziesięciu lub nawet jedynie w pięćdziesięciu procentach. Można to było zwyczajnie zrobić lepiej. Świat i zaludniający go słudzy chaosu leżeli na tacy – wystarczyło ich tylko nie potraktować po łebkach.

Nasza ocena: 6/10

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o