Neon Genesis Evangelion, czyli 17 lat z Rei – FISH&CHIPS #1

Tomasz Pstrągowski Seriale Publikacja: 3.08.2019, 12:00 Aktualizacja: 3.08.2019, 10:22
Pamiętacie swój pierwszy raz z Rei Ayanami? Odkąd Neon Genesis Evangelion zagościł na Netfliksie, starsi widzowie przypomnieć mogą sobie fascynację klasycznym anime studia GAINAX, a młodsi przeżyć ją po raz pierwszy. Osobistą historię w felietonie FISH&CHIPS #1 opowiada Tomasz Pstrągowski.
neon genesis evangelion w netflix
0 Udostępnień

Olsztyn nie Japonia

Miałem 18 lat, gdy pierwszy raz obejrzałem Neon Genesis Evangelion. Był rok 2002, kończyłem liceum, a o japońskiej popkulturze wiedziałem tyle, ile napisano w Secret Service. Oglądałem Czarodziejkę z Księżyca, Dragon Ball Z, animkowe pasmo na Polonii 1. W Canal+ widziałem Akirę i Ghost in the Shell. Płakałem, gdy umarła Aeris.

To nie były łatwe czasy dla nastolatka z niższej klasy średniej zainteresowanego japońską popkulturą. Zwłaszcza jeżeli mieszkał on w Olsztynie – największym małym mieście w Polsce. Większą część mojej kolekcji anime trzymałem na kasetach VHS. Często były to przegrywki fatalnej jakości, pełne zakłóceń. Zdarzało się, że oglądałem filmy bez tłumaczenia. Czasem zadowalałem się samymi trailerami i fanowskimi Anime Music Video. Wiele serii widziałem we fragmentach (chyba dziesięć razy obejrzałem trzy pierwsze odcinki czteroczęściowego Macross Plus; zakończenie poznałem dopiero w 2015 roku).

neon genesis evangelion w netflix

Było to hobby wymagające nie tylko samozaparcia, ale i sporej odwagi. Żaden z moich najbliższych przyjaciół nie wciągnął się wtedy w „chińskie bajki” (Rafał pisał nawet gniewne listy do SS, by wywalili ten kącik dla dziewczyn). Żeby mieć dostęp do anime musiałem się zadawać z obcymi ludźmi. Dostawałem namiary z najdziwniejszych źródeł. Dzwoniłem do obcych na telefon domowy (komórki wciąż były rzadkością) i po kilku niezręcznych zdaniach umawiałem się na wizytę. Brałem pod ramię magnetowid ojca – starego, zajechanego Panasonica – i jechałem do mieszkania obcej rodziny. Witałem się z rodzicami (równie skołowanymi jak moi), podłączałem swój sprzęt do jego sprzętu i siedziałem dokładnie tak długo, jak trzeba było, by przegrać wszystko, co chciałem.

Czy byłem otaku? Sam nigdy bym się tak nie nazwał, ale na pewno anime odgrywało ogromną rolę w moim dojrzewaniu. Było ważne na bardzo podstawowym, emocjonalnym poziomie. Nie tylko dlatego, że Japończycy opowiadali historie bliskie mojej wrażliwości, ale i dlatego, że rytuał ich pozyskiwania, oglądania i komentowania włączał mnie do elitarnej – jak mi się wtedy zdawało – wykluczonej społecznie grupy samotników, którzy wiedzą; odludków, którym się chce; dziwaków, którzy rozumieją. Oczywiście, pragnąłem, by manga i anime przebiły się do mainstreamu, a media głównego nurtu przestały je szkalować, ale jednocześnie było mi w tej niszy wygodnie. Czułem się wyjątkowy.

Pierwszy raz z Neon Genesis Evangelion

Możecie sobie wyobrazić mój stan ducha, gdy w moje ręce trafiły płytki CD z 26 odcinkami Neon Genesis Evangelion. W końcu! Po tych wszystkich przeczytanych tekstach. Po wszystkich opowieściach. Wielkie roboty! Postapokalipsa! Biblijne nawiązania! Nastolatki! I te dziewczyny!

Pierwsze odcinki przeorały mnie jak czarnoziem. Evangelion przerastał najśmielsze oczekiwania. Mogę się teraz tłumaczyć, że miałem 18 lat i byłem zakompleksioną ofiarą burzy hormonów. Ale prawda jest taka, że serial studia GAINAX do dziś porusza we mnie struny, o których istnieniu zazwyczaj nie pamiętam.

Są w tym serialu doskonałe sceny walk. Wielkie roboty tłuką się w nich z Aniołami pośród chowanych pod ziemią budynków Tokyo-3.

neon genesis evangelion w netflix

Są przepiękne, statyczne ujęcia, przeciągnięte tak długo, że nie sposób nie popaść w zadumę. Wyludnione miasto zagłuszane śpiewem cykad. Puste korytarze kwatery głównej NERV. Postaci wpatrujące się we własne dłonie, zaciskające rozpaczliwie pięści, jakby chciały pamiętać, że nie są tylko marionetkami w grze o koniec świata i wciąż mają nad czymś władzę, chociażby własnym ciałem.

Są rozważania o zapożyczonym od Schopenhauera dylemacie jeża, idealnie opisujące moje nastoletnie nastawienie do ludzi. Jest 14-letni Shinji, porzucony przez ojca, zraniony, odpychający wszystkich, którzy próbują się do niego zbliżyć. Shinji to ja – podręcznikowa antyteza popkulturowych macho, z którymi tak trudno jest się utożsamiać, będąc normalnym człowiekiem. Ale przede wszystkim jest w Neon Genesis Evangelion Rei Ayanami. 14-latka o niebieskich włosach. Wiecznie zabandażowana. Skrzywdzona. Zamknięta w sobie, wycofana i małomówna.

Jak zadurzyłem się w Rei Ayanami

Oczywiście, że już wcześniej durzyłem się w fikcyjnych dziewczętach. Któż tego nie robił? Ale Rei była inna. Z Rei to było „na poważnie”. Ponad dwie dekady później wciąż chodzą za mną konkretne ujęcia i konkretne sceny. Wystarczy, że zamknę oczy i pomyślę o Neon Genesis Evangelion.

Rei leżąca na noszach, mimo ran próbująca siąść za sterami EVA Unit-00.

Rei w zrujnowanym mieszkaniu, nie przejmująca się warunkami życia, ani nawet własną nagością.

neon genesis evangelion - rei ayanami

Rei uśmiechająca się do Shinjiego tak, jakby musiała się tego uśmiechu uczyć.

Rei siedząca w szkolnej ławce, wyglądająca w zadumie za okno.

Rei pogodzona – tak mi się wydaje – z rozczarowującą, egzystencjalną pustką; niepodejmująca walki, poddająca się biegowi zdarzeń.

Rei (to już moje emo-wynurzenia, wybaczcie) uśmiechająca się smutno do camusowskiej „czułej obojętności” świata.

Gniew otaku na zakończenie Neon Genesis Evangelion

Długo wydawało mi się, że to tylko ja, ale oczywiście nie byłem wyjątkiem (spoiler alert: nikt nie jest). Już w 1995 roku Rei Ayanami stała się popkulturowym fenomenem, a dyskusje na temat wyższości Rei nad Asuką (a czasem i Misato) podzieliły japoński fandom. W książce Patricka W. Galbraitha The Moé Manifesto. An Insider’s Look at the Worlds of Manga, Anime, and Gaming Azuka Hiroki, krytyk i badacz japońskiej popkultury, mówi, że fani pokochali postaci wykreowane przez studio GAINAX tak mocno, iż uznali je za swoje i zaczęli wyrywać je z oryginalnego kontekstu, by czcić niezależnie.

Inny z rozmówców Galbraitha, Honda Toru, obrońca kultury moé, wspomina gniew otaku, towarzyszący emisji obu zakończeń Evangeliona. Zdaniem Hondy „reżyser Anno Hideaki zdradził fanów”, nic więc dziwnego, że wzięli oni sprawy w swoje ręce i zaczęli szukać zastępczej satysfakcji. Galbraith nie pisze wprost o hentai (unikanie tematu pornografii to zresztą największa słabość jego książki), ale wystarczy wpisać tytuł serialu w wyszukiwarkę na jakiejkolwiek stronie z rysunkową pornografią, by przekonać się, jak popularne są postaci z Neon Genesis Evangelion i o jaki rodzaj „zastępczej satysfakcji” mogło chodzić.

Jak wyglądało zakończenie Evangeliona?

Oba zakończenia Neon Genesis Evangelion, zarówno odcinki 25 oraz 26, jak i The End of Evangelion, są eklektyczne, bełkotliwe i idą wbrew oczekiwaniom publiczności. W oryginalnym, wyemitowanym w telewizji, apokalipsa, do której dążył serial, rozgrywa się poza ekranem. Twórców bardziej od niej interesują wewnętrzne zmagania Shinjiego. By je zobrazować, serial przemienia się na niemal 50 minut z pompatycznego kina akcji w introspektywną psychodramę.

Rei, Asuka i Misato są tu głosami w głowie Shinjiego, przekonującego się w końcu, że życie w wiecznym poczuciu krzywdy i odcięciu od innych nie jest żadnym wyjściem. I że lepiej się otworzyć na świat – nawet jeżeli niesie to ze sobą ryzyko bólu – niż autodestrukcyjnie izolować od rzeczywistości.

neon genesis evangelion w netflix

Przemiana ma miejsce nie tylko na poziomie postaci, ale też animacji. Nie ma w tych odcinkach spektakularnych pojedynków. Nie ma wybuchów ani fajerwerków. Im mocniej Shinji odkrywa się przed widzem, tym większemu uproszczeniu ulega sposób opowiadania historii – od klasycznej animacji, poprzez ruchome szkice i statyczne rysunki, aż po zwykłą, białą kreskę biegnącą przez czarny ekran.

Najbardziej zaskakujący w tym zakończeniu jest optymizm. Po dwudziestu czterech nihilistycznych odcinkach Shinji postanawia ocalić ludzkość i zmierzyć się z życiem. A pozostałe postaci nagradzają jego decyzję gratulacjami. Wypowiedzianymi niby do Shinjiego, ale również wprost w kamerę, do widza. Jako nastolatek nie rozumiałem i nie akceptowałem tego zakończenia Neon Genesis Evangelion, ale byłem wdzięczny za krótkie przebłyski z Rei. Rei ze świata „co by było gdyby”, uwolnionej z moich toksycznych fantazji. Już nie nieszczęśliwej i manipulowanej, ale radosnej, pełnej życia, biegnącej do szkoły z tostem w zębach.

Zdradzeni fani Neon Genesis Evangelion

Po emisji odcinków 25 i 26 japońscy fani wpadli we wściekłość. Jak powiedział Honda: czuli się zdradzeni. GAINAX bombardowano listami z groźbami śmierci (w czasach, gdy nie było to jeszcze normą [pomyślcie, jak przerażające jest to zdanie]). Ktoś wymalował obelgi na budynku studia. Naciskani, Anno i spółka stworzyli drugie zakończenie – zatytułowane wymownie The End of Evangelion.

Już w pierwszej jego scenie Shinji masturbuje się nad nieprzytomną Asuką. W innej Misato całuje chłopaka i obiecuje, że zrobi z nim „resztę”, by chwilę później umrzeć. W kolejnej – tuż po heroicznej walce – Asuka i jej Evangelion zostają rozszarpani na krwawe strzępy. Chwilę później uwięziony w swojej traumie Shinji błaga wyimaginowaną Asukę o ratunek. Gdy ta odmawia, wytykając chłopakowi, że potrzebuje jej z czysto egoistycznych pobudek, Shinji ją morduje. Swój moment dostaje też Rei, mówiąca w końcu, że „nie jest lalką”. I choć ostatnia scena niesie iskierkę nadziei, to po obejrzeniu The End of Evangelion żaden fan nie mógł się łudzić, że w jakimkolwiek alternatywnym świecie Shinji „wygrał” dziewczynę (obojętne: Asukę, Rei czy Misato).

neon genesis evangelion

A później przychodzą ujęcia filmowe. Widzimy na nich kinową publiczność (The End of Evangelion był puszczany w kinach). I zdewastowaną siedzibę GAINAX. Jakby twórcy chcieli widzom przypomnieć, że są bardzo świadomi ich obecności i tego, co się stało z Neon Genesis Evangelion. Co zrobiliśmy z ich historią. Co zrobiliśmy ich postaciom. I że nie jest tak, że oba zakończenia wyszły takie przez przypadek. Że ludzie z GAINAX spartaczyli, a „prawdziwe zakończenie” Evangelionów jeszcze na nas czeka.

Zagadywany o ostatnie odcinki Anno odpowiedział kiedyś, że są one dokładnie takie, jakie chciał, by były. Na uwagę, że nie podobały się fanom odparł: „Too bad”. Udowadnia to zresztą w powstającym od lat, kolejnym, czteroczęściowym podejściu do Evangeliona. Pierwszy film to dość wierne, unowocześnione streszczenie początku serialu. W drugim wydaje się, że historia skręca w kierunku, którego oczekiwali widzowie. Shinji mężnieje i wbrew wszystkiemu ratuje Rei. Ale w trzecim akcja przeskakuje nagle czternaście lat w przyszłość, a widz dowiaduje się, że czyny Shinjiego doprowadziły do kolejnej apokalipsy. Co więcej, uratowana Rei przemienia się w pozbawionego osobowości manekina, bezwolnie wykonującego rozkazy. Czy można bardziej otwarcie wydrwić „żądania” fanów?

Neon Genesis Evangelion w Netflix

Gdy dowiedziałem się, że Neon Genesis Evangelion trafi na Netflixa, było jasne, że znów go obejrzę. I tak, stało się dokładnie to, co przewidywałem – Evangelion znów mnie przeorał. 26 odcinków pochłonąłem w trzy dni. A odcinki 25 i 26 plus The End of Evangelion obejrzałem po dwa razy.

Gdyby w 2002 roku ktoś mi powiedział, że za 13 złotych miesięcznie będę miał kanał pełen anime, najpierw bym go wyśmiał, a później zaprotestował. Bo choć bieganie z magnetowidem po domach obcych ludzi było uciążliwe, to dawało mi złudne poczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. A wraz z nim równie złudne poczucie, że mi się należy. Walczyłem o te filmy tak mocno, wkładałem w nie tak wiele emocji, że uważałem je za moje. Za moją uważałem też Rei. Chyba dlatego tak bardzo pociągała mnie jej bezwolność. I chyba dlatego nienawidziłem obu zakończeń.

Dziś Rei wciąż jest wspaniała. Ale już nie dlatego, że mogę się nią zaopiekować. Ani dlatego, że tak łatwo przelać na nią lęki i fantazje. Rei jest wspaniała nie pomimo zakończeń Neon Genesis Evangelion, ale dzięki nim. Bo artyści ze studia GAINAX mieli odwagę sprzeciwić się moim nastoletnim żądzom i stworzyli bohaterkę, która nie jest lalką.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o