Koszmar Cthulhu i Hollywood – COMIC RELIEF #2

Tomasz Pstrągowski Recenzje komiksów Publikacja: 3.11.2019, 19:00 Aktualizacja: 3.11.2019, 19:09
W kolejnym miesięcznym podsumowaniu najlepszych komiksów w cyklu Comic Relief Tomasz Pstrągowski bierze na ruszt pięć perełek. To Mity Cthulhu, Anastazja, Eileen Gray, Przygody pewnego japońskiego pracownika biurowego oraz Powroty. Co w tych albumach może urzekać?
comic relief 2 tomasz pstragowski
15 Udostępnień

Czym jest komiksowy cykl Comic Relief?

COMIC RELIEF to cykl comiesięcznych polecanek komiksowych prowadzony przez Tomasza Pstrągowskiego – dziennikarza i scenarzystę, doktoranta Uniwersytetu Gdańskiego, współzałożyciela podcastu Niezatapilni.pl.

Mity Cthulhu – Przedwieczny bez grozy

Zacznę od coming outu. Jestem wielkim fanem mitologii Cthulhu, ale zawsze uważałem, że sam H. P. Lovecraft jest przeciętnym pisarzem. Będąc nastolatkiem oczywiście chłonąłem jego książki z bezkrytycznym zachwytem, jednak im więcej miałem lat na karku i lektur za sobą, tym bardziej przeszkadzało mi wysilone, wyszukane słownictwo, zdania nieskładnie sklejane w sążniste akapity i dziwaczne zwroty fabularne, które niewypowiedzianą grozę Wielkich Przedwiecznych sprowadzały do czysto fizycznych, przemocowych finałów, godnych raczej „Pogromców duchów” (ręka w górę, kto pamięta, że w słynnym opowiadaniu „Zew Cthulhu” sam Wielki Cthulhu już się przebudził i ruszył siać grozę i zgorszenie, ale go staranowano okrętem i znów poszedł spać).

comic relief 2 - mity cthulhu

Komiksowe „Mity Cthulhu” narysowane przez Alberto Breccię, a adaptowane przez Norberto Buscaglia (tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Non-Stop Comics) kazały mi nieco zrewidować nastoletnie poglądy. Okazuje się bowiem, że opowiadania Lovecrafta odarte z jego języka w ogóle nie są straszne. Wylewny, koślawy styl Samotnika z Providance sprawiał, że czytałem te teksty wciąż mając w głowie postać pisarza: przesiąkniętego rasistowskimi poglądami, żyjącego w osamotnieniu, skazanego na rychłą śmierć. Mierząc się z tymi ścianami tekstu mierzyłem się z jednej strony z doskonałymi pomysłami na świat, z drugiej zaś ze sfrustrowanym autorem, który nie potrafił tych pomysłów okiełznać i ubrać w słowa. To sprawiało, że dostrzegając minusy opowiadań Lovecrafta, dawałem się uwieść ich mrocznemu czarowi.

W „Mitach Cthulhu” tego czaru nie znajduję. I nie jest to nawet wina autorów. Zarówno Breccia, Buscaglia, jak i polska tłumaczka odwalili kawał dobrej roboty. Komiks czyta się płynnie, a rysunki Brecci są jednocześnie mroczne i przejrzyste. Świetnie sprawdzają się także różne style, po które sięga rysownik, by zilustrować konkretne historie.

A jednak ociosane z wodolejstwa, pozbawione szaleństwa Lovecrafta „Mity” nie wzbudziły we mnie emocji, które przeżywałem czytając oryginał. I wydaje mi się, że paradoksalnie jest to wina tego, iż jest to dobrze przemyślana adaptacja. 

Przede wszystkim: ściany tekstu zostały skrócone. Choć to wciąż bardziej opowiadania z obrazkami, niż komiks, to jednak kadry są przejrzyste i dużo na nich światła. Przez co pryska klaustrofobiczna atmosfera budowana w książkach. Siedząc wieczorami nad książką o Cthulhu miałem wrażenie, że muszę się skonfrontować z tekstem, przebrnąć przez niego, pokonać go. I ta frustracja (zarówno moja – czytelnicza; jak i projektowana przeze mnie frustracja autora) była ważną częścią doświadczenia. Barokowe porównania wwiercały mi się w mózg, bo moja uwaga nie miała gdzie umknąć. Przedłużające się opisy kosmicznych plugastw i bohaterów popadających w szaleństwo działały przytłaczająco. W „Mitach Cthulhu” nie dość, że opisy zostały skrócone, to oczy czytelnika zawsze mogą uciec na sąsiedni kadr. 

Nie znaczy to, że to komiks zły. Ale z pewnością jest to propozycja kierowana do miłośników twórczości Lovecrafta, potrafiących docenić autorów za sam fakt, że podjęli się wyzwania.

Intrygujące „Powroty” i prześmieszne „Przygody”

Wydany przez Timof Comics komiks „Powroty” Pedro Moura (scenariusz) i Marty Teives (rysunki) (tłum. J. Jankowski) to krótka opowieść o borykającej się z problemami psychicznymi kobiecie, która po latach wraca do domu swojego dzieciństwa. Z początku wydaje się, że wszystko dobrze się układa. Madalena bardzo dobrze się trzyma, a wspomnienia z dzieciństwa raczej ją cieszą niż przerażają. Z czasem jednak czytelnik dowiaduje się coraz więcej na temat przeszłości bohaterki i jej choroby. I – jak łatwo się domyślić – sprawy się komplikują.

comic relief 2 - powroty pedro moura

Trudno napisać o „Powrotach” coś więcej, bo jest to 60-stronicowe opowiadanie, które czyta się w 20 minut – absolutnie nie jeden z tych 64-stroniowych komiksów frankofońskich, po których lekturze ma się wrażenie, że przeczytało się krótką książkę. To działa jednocześnie na korzyść i niekorzyść „Powrotów”. Niekorzyść jest oczywista – „Powroty” wchłania się w mig i odstawia na półkę. A nie jest to fabuła tak głęboko zapadająca w pamięć, by po kilku tygodniach jeszcze ją pamiętać. Korzyść zaś jest taka, że nawet zapomnianą zawsze można ją sobie szybko odświeżyć. Zaś krótkość „Powrotów” sprawia, że czytelnik nie ma czasu zmęczyć się tą dość oczywistą fabułką. Co więcej, na ledwie 60 stronach autorom udaje się nie wdepnąć na żadną minę. Ba, na kilku stronach Teives raczy nas nawet intrygującą kompozycją, a zakończenie jest na tyle symboliczne, by można je interpretować na różne sposoby.

Jeżeli jesteście fanami realizmu magicznego, a ulotne, poetyckie opowieści o poszukiwaniu siebie i trudno dostrzegalnej niezwykłości świata was kręcą, to do „Powrotów” będziecie wracać. Jeżeli zaś powyższy opis do was nie pasuje, ale lubicie ładnie narysowane i sprawnie opowiedziane fabuły, to komiks Moura i Teives was nie rozczaruje. Choć najpewniej szybko o nim zapomnicie.

Timof wydał w ostatnich tygodniach jeszcze jeden album, który można przeczytać w 20 minut. Mowa o „Przygodach pewnego japońskiego pracownika biurowego” autorstwa José Domingo (tłum. J. Jankowski). I jak do „Powrotów” raczej nie będę wracał, tak „Przygody pewnego japońskiego pracownika biurowego” najprawdopodobniej przeczytam jeszcze nie raz.

comic relief 2 - przygody pewnego japonskiego pracownika biurowego

Punktem wyjścia jest tu podróż tytułowego bohatera z biura do… w zasadzie nie wiemy dokąd, najprawdopodobniej do domu. Problem w tym, że już na pierwszej stronie podróż zostaje przerwana, a on sam wciągnięty w ciąg coraz dziwniejszych, niebezpieczniejszych i absurdalniejszych przygód. Z początku rozgrywających się w wielkim mieście, ale z czasem przenoszących się do lasu, na cmentarz, w góry, a nawet do piekła.

Domingo narysował komiks pozbawiony dialogów, bazujący na jednym dowcipie – tj. pytaniu, w jak głębokie bagno wpadnie za chwilę niepozorny bohater. Jednak dzięki bardzo starannej kresce, świetnym kolorom i umiejętności wypychania drugiego planu milionem szczegółów i małych narracji „Przygody pewnego japońskiego pracownika biurowego” sprawiają mnóstwo czytelniczej frajdy i zachęcają do ponownej lektury. A to, by popodziwiać dany rysunek. A to, by sprawdzić, czy dobrze coś zapamiętaliśmy. A to, by upewnić się, że na stronie 44 naprawdę ukryty jest żart, o którym pisze pan w posłowiu, a my go po prostu przegapiliśmy.

Bezpretensjonalny, doskonale zrealizowany komiks. Zdecydowanie polecam.

Eileen Gray dla koneserów

Eileen Gray, bohaterka kolejnego komiksu Marginesów, to irlandzka architekta i projektantka żyjąca w latach 1878-1976. Znana przede wszystkim dzięki niezwykłemu domowi E-1027, który postawiła dla swojego kochanka na francuskim wybrzeżu, a który następnie został oszpecony muralem przez samego Le Corbusiera – jednego z najważniejszych architektów XX wieku. Jeżeli, podobnie jak ja, nigdy wcześniej nie słyszeliście o tej postaci, to dzięki wydawnictwu Marginesy możecie nadrobić braki w edukacji. Wyszedł bowiem właśnie komiks „Eileen Gray. Dom pod słońcem” autorstwa Charlotte Malterre-Barthes (scenariusz) i Zosi Dzierżawskiej (rysunki) (tłum. J. Żuławnik). 

eileen gray dom pod sloncem marginesy

„Dom pod słońcem” to przede wszystkim opowieść o E-1027 i lecie 1933 roku, ostatnim, który Gray i jej ówczesny partner Jean Badovici spędzili ze sobą. Bohaterowie kochają się, rozmawiają, pływają, spędzają czas z przyjaciółmi, a fabuła co jakiś czas cofa się w przeszłość, przybliżając – bardzo powierzchownie – wcześniejszą karierę Gray.

Podoba mi się sposób, w jaki Zosia Dzierżewska dostosowała się do bohaterki i głoszonych przez nią poglądów, wpuszczając do kadrów mnóstwo bieli i jasnych kolorów. Atmosferę domu zbudowanego tak, by przypominał żaglowiec dobrze oddaje też miękka kreska Dzierżewskiej, a kreatywność niemal wszystkich postaci przedstawianych w komiksie podkreślana jest bardzo pomysłowym kadrowaniem. Komiks został też świetnie wydany. Gruby papier Munken 115g ma bardzo miłą w dotyku fakturę. Dobrze wygląda także twarda, zszywana oprawa.

Tym bardziej szkoda, że fabularnie „Dom pod słońcem” dość mocno mnie rozczarował. Historia płynie sprawnie i czyta się to przyjemnie, ale Malterre-Barthes prześlizguje się po swoich bohaterach z żadnego nie czyniąc postaci z krwi i kości. We wstępie do komiksu pada na przykład stwierdzenie, iż Gray była chorobliwą perfekcjonistką. Pod koniec życia usiłowała zniszczyć wszystkie swoje prywatne dokumenty, by zapamiętano ją tylko dzięki jej pracom. Ale w samej fabule niemal w ogóle się o tym nie mówi.

Dzieciństwo i młodość Gray zostają przedstawione w kilku symbolicznych momentach, w których jest miejsce tylko dla pospiesznego streszczenia tego, co się właściwie dzieje aktualnie u bohaterki. Z kolei wątek rozgrywający się w roku 1933 – choć poprowadzony subtelnie i nieco wnikliwiej – w zasadzie nie odpowiada na pytanie, dlaczego Gray i Badovici się rozstali. Co więcej, po 1933 roku Gray znika z kart „Domu pod słońcem” a ostatnie słowo dostają Badovici i Le Corbusier. Przez co kończąc czytać miałem wrażenie, że autorki starają się przekazać, iż jedyne osiągnięcie Gray to wybudowanie domu, który następnie oszpecił słynniejszy architekt. Tymczasem Gray po opuszczeniu E-1027 żyła jeszcze przez 55 lat. 

Problemem są też dialogi. Nie podoba mi się, że scenarzystka próbuje w nich streszczać długie okresy życia swojej bohaterki. Ale to i tak mniejsze zło – w wątku rozgrywającym się w roku 1933 rozmawiający o swojej sztuce Gray i Badovici przemawiają, jakby byli bohaterami podręcznika uniwersyteckiego, a nie parą kochanków spędzających upojne lato.

Mam więc z tym komiksem podobny problem co z „Mitami Cthulhu”. Zdecydowanie jest to pozycja warta polecenia, ale chyba tylko wąskiemu gronu czytelników zainteresowanych architekturą i osobą Eileen Gray.

Ponadczasowa Anastazja

Na koniec zostawiłem sobie „Anastazję” Magdaleny Lankosz (scenariusz) i Joanny Karpowicz (rysunki). Drugi i ostatni tom tej krótkiej serii ukazał się właśnie nakładem wydawnictwa Kultura Gniewu i jest to rzecz zdecydowanie godna polecenia.

comic relief 2 anastazja

Joanna Karpowicz to jedna z najważniejszych i najciekawszych artystek na polskim poletku komiksowym. Głównie dlatego, że jest utalentowaną malarką, dzięki czemu jej komiksy są może nieco statyczne, za to zawsze wyglądają rewelacyjnie. Karpowicz pracowała wcześniej przy tak głośnych tytułach, jak „Kwaśne jabłko” i „Szminka” (oba do scenariusza Jerzego Szyłaka). Z kolei Magdalena Lankosz to była dziennikarka („Gazeta Wyborcza”, „Dziennik Gazeta Prawna”, „Wysokie Obcasy”), pracująca dziś w przemyśle filmowym. Głównie jako scenarzystka – chociażby przy filmie dokumentalnym „Znaki szczególne” i filmowej adaptacji powieści Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”. 

„Anastazja” to dwutomowa opowieść o dziewczynie z amerykańskiej prowincji, którą matka wywozi do Los Angeles, by znaleźć dla niej miejsce w budującym swą potęgę Hollywood i w ten sposób spełnić marzenia o córce-gwieździe filmowej. Rzecz rozgrywa się w latach 20. i 30. XX wieku i choć w komiksie nie pojawiają się raczej prawdziwe nazwiska, to aluzje do autentycznych postaci i skandali są dość czytelne (zainteresowanych odsyłam do artykułów na temat Charliego Chaplina czy Fatty’ego Arbuckle).

To opowieść przede wszystkim o przemocy wobec kobiet. Młode aktorki traktowane były w tamtych czasach jak niewolnice (nierzadko także seksualne) i zmuszane do podpisywania upokarzających kontraktów, dających wytwórniom właściwie całkowitą kontrolę nad ich życiami. Dodajmy do tego przesiąkniętą seksizmem kulturę ówczesnego Los Angeles, rosnące w siłę brukowe media i zachwyt tłumów magiczną mocą kina – nowego medium, które zdawało się wszystkim spełnieniem snów – a otrzymamy dobrze naoliwioną maszynkę do krzywdzenia kobiet.

Głównymi bohaterkami komiksu są Anastazja i jej matka. Pierwsza od dziecka przekazywana jest sobie z lepkich rąk do lepkich rąk przez różnych „wujków”-producentów, chętnie biorących ją „na kolanka”, a w zamian rozdających role w naiwnych filmach o pięknej amerykańskim aniołku. Gdy Anastazja dorośnie zostanie zmuszona, by godzić się z jednej strony na rolę idealnej gwiazdy filmowej, obwożonej po całych Stanach, z drugiej seksualnej niewolnicy wykorzystywanej regularnie przez perwersyjnego producenta. Matka Anastazji to z kolei ofiara przemocy domowej, przekonana, że spełnieniem marzeń jej i jej dziecka jest kariera w Hollywood. By zapewnić role swojej córce gotowa jest na każde poświęcenie i poniżenie, bo – jako maltretowana żona – wydaje się pogodzona z myślą, że w świecie rządzonym przez mężczyzn, nie ma dla niej innej drogi.

Lankosz i Karpowicz świetnie uchwyciły realia tamtych czasów i w każdym kadrze widać olbrzymi research wykonany przez autorki. Ówczesne Los Angeles, kostiumy z epoki, fikcyjne plakaty filmowe – wszystko wygląda i brzmi dokładnie tak, jak powinno wyglądać i brzmieć, a statyczne obrazy Karpowicz nadają temu charakterystycznego vitage’owgo uroku.

Karpowicz w ogóle wydaje mi się artystką doskonale dobraną do scenariusza Lankosz. Po pierwsze: doskonale radzi sobie z obrazowaniem przemocy seksualnej, tak by była ona odpychająca, a nie seksowna. To komiks dla dorosłych, więc wszystkie gwałty, przymuszenia etc. zobrazowane są bardzo dosłownie. Ale na szczęście nigdy nie są ładne czy podniecające, a artystka (i dzięki niej czytelnik) zawsze pamięta o cierpieniu swoich bohaterek. Po drugie: fakt, iż ten komiks jest namalowany nadaje mu ponadczasowego wydźwięku.

Choć to opowieść rozgrywająca się niemal 100 lat temu, uwiecznione przez Karpowicz postaci zdają się zatrzymane w czasie. A ich cierpienie równie aktualne dziś, co wtedy. I bardzo dobrze, bo dzięki temu „Anastazja” nie jest tylko komiksem o toksycznym przedwojennym Hollywood, ale uniwersalną historią o przemocy wobec kobiet. 

Zachwycam się tym komiksem, ale nie jest tak, że nie widzę żadnych jego minusów. Największym zastrzeżeniem jest to, iż ani Karpowicz, ani Lankosz nie udało się uczynić z Anastazji i jej matki pełnowymiarowych postaci ludzkich. Przez co jej matka jest nieco karykaturalną desperatką/wariatką, a sama Anastazja przypomina dwuwymiarową, plakatową gwiazdkę filmową – gdyby oczywiście w latach 30. kręcono filmy o gwałtach i upodleniu. Choć więc „Anastazja” świetnie obrazuje mechanizmy przemocy i władzy i wali po emocjach na uniwersalnym poziomie, to jako opowieść o swoich bohaterkach jest uproszczona i dydaktyczna.

Jedno zastrzeżenie: akcja drugiego tomu zaczyna się zaraz po zakończeniu tomu pierwszego, dlatego zalecam czytanie w całości. I mam nadzieję, że Kultura Gniewu zdecyduje się kiedyś na jednotomowe wydanie.


Tomasz Pstrągowski – urodził się w 1984 r.; dziennikarz i scenarzysta, były redaktor naczelny serwisów książki.wp.pl i komiksomania.pl, doktorant Uniwersytetu Gdańskiego, współtwórca podcastu o grach wideo Niezatapialni.pl, współpracownik Dwutygodnik.com. Publikował m.in. w Wirtualnej Polsce, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Wysokich Obcasach”, „Krytyce Politycznej”. Pochodzi z Olsztyna, teraz mieszka w Gdańsku.

Pozostałe teksty w cyklu Comic Relief:

Nijaki Wiedźmin i cztery inne komiksy – COMIC RELIEF#1

Koszmar Cthulhu i Hollywood – COMIC RELIEF #2

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments