Street Fighter vs Mortal Kombat: która seria zasługuje na zwycięstwo?

Grzegorz Ćwieluch Publicystyka Publikacja: 11.05.2021, 12:02 Aktualizacja: 11.05.2021, 12:02
Jesteście z team Street Fighter czy Mortal Kombat? Która seria zasługuje na zwycięstwo? Przyjrzyjmy się fenomenom obu produkcji, która z nich przyćmiła popularność drugiej?
0 Udostępnień

Fot. od lewej: Flickr/Manuel Sagra – Mortal Kombat. Po prawej: Flickr/David Spinks – Street Fighter

Street Fighter

Zaczęło się to wszystko w 1987 roku. Jednak pierwsza część Street Fighter, to nie jest gra, którą ma dziś na ustach cały świat. Rudowłosy Ryu oklepujący przeciwników z Japonii, Wielkiej Brytani, USA, Chin i Tajlandii. Każdy z nich po wygranej walce powtarza ten sam tekst, by nie zapominać: tacy, jak ty są tacy na całym świecie. Biorąc pod uwagę ogromną popularność tej serii na naszej planecie, to nie było kłamstwo.

Fot. Flickr/Niranjan

Chyba wszyscy jednak myśląc o Street Fighter, myślimy o jego kanonicznej drugiej części. To tu seria rozwinęła skrzydła. Dzięki multikulturowej meta idei sztuk walki, jaka przyświecała twórcom, powstały tak oryginalne i charakterystyczne, że aż wręcz ocierające się o przerysowanie postacie. To jest prawdziwe clue fenomenu Street FIghter, ale też i Mortal Kombat. Zróbmy krótki przelot po kanonicznych postaciach tej serii.

M. Bison

Wiecie, że dyktator z jakiejś satrapii w Ameryce Południowej, to dopiero końcowa część genezy tej postaci? M. Bison to była parodia Mike’a Tysona. Z czasem postać jednak została rozbita na dwie oddzielne: M. Bison stał się dyktatorem z naramiennikami, a Balrog przejął postać Mike’a z jedynki już w formie przypakowanego króla bokserów.

Sagat

Jedyna oprócz Ryu i Kena postać, którą przeniesiono do kanonicznego sequelu. Z pierwszej części spotkało to jeszcze jednego zawodnika – Birdiego – ale stało się to dopiero przy premierze Street Fighter Alpha, a więc musiał sporo poczekać na comeback. Dla przypomnienia – Sagat uosabiał wszystko, co jest super cool w muay thai poza tym to drugi po Bisonie “character boss”. Ten duet jest archetypicznym odpowiednikiem Goro i Shang Tsunga. Arcyvillain i jego prawa ręka.

Blanka

Mutant z Brazylii rażący przeciwników prądem jak elektryczny węgorz? Wow, grubo. No i ta jego jeżąca się fryzura. Odpał na rympał? To był strzał w dziesiątkę! Pamiętam, że jak byłem małym chłopcem to ta kompletnie oderwana od rzeczywistości postać wpływała kompleksowo na moją wyobraźnię. No i ta plansza w lasach równikowych. Stawiam tezę, że dzięki tak zróżnicowanym i nieraz orientalnym krajobrazom, Street Fighter pobudzał w dzieciakach ciekawość świata, a może nawet zainteresowanie geografią.

Vega

Vega, czyli fircyk z Hiszpanii łączący pazury inspirowane hinduskim bagh nakh (nazywanym też tygrysim pazurem) ze stylem walki nawiązującej do tańca torreadora. Bardzo to wszystko cool i siedzi. Czy kryje się za tym coś jeszcze? Wróćmy do tego za chwilkę, przy omawianiu Mortal Kombat. Można spekulować czy bagh nakh było pierwsze, czy takiej broni jako pierwsi używali wojownicy ninja z dawnej Japonii. Nie mniej jednak ostre pazury miały zapewne swój udział przy wymyślaniu zarówno postaci Wolverine’a jak i postaci Vegi.

Dhalsim, E. Honda oraz Zangief

Dhalsim chłop rozciąga sobie mięśnie i kości jak Mr. Fantastic z Fantastic Four, a dodatkowo pluje ogniem. To mistrz ezoterycznej jogi i to dzięki dzięki niej posiadł takie unikatowe umiejętności. Dodatkowo wygląda jak cholerny witch doctor. Opór.

Fot. Flickr/Tatiana T – Dhalsim

E. Honda – sumo i makijaż z teatru Kabuki. Hit.

Zangief – kozak z irokezem i licznymi bliznami prezentujący styl koszarowych zapasów. Lubi barszcz, wódkę i wrestling z niedźwiedziami (stąd zapewne blizny). Grubo.

Chun Li i Guile

Chun Li – chyba pierwsza tak mocna kobieca postać w grach. Zresztą całkiem sporo pisaliśmy o niej TUTAJ!

Natomiast Guile to zaskakująco frankofońskie imię jak na fana country i zatwardziałego amerykańskiego trepa. Niemniej nasz bohater wygląda jak Michael Dudikoff z genetycznie zmodyfikowanymi cebulkami włosów popularnych w latach dziewięćdziesiątych trolli. Imponujący szczypiorek na głowie, tanktop, desantowe buty i cool wojskowe bojówki. Gdyby nie fryzura chłop wyglądałby jak wokalista Agnostic Front.

Ryu i Ken

Fot. Flickr/Tatiana – Ken

Dwóch różnych fighterów z tego samego dojo. Ryo to tułacz, jak Caine w Opowieściach Kung Fu. Ken to aktor z filmów o tematyce martial art. Dwie strony tej samej monety. Jeden żyje trochę jak eremita i tylko od czasu do czasu walczy za pieniądze na ulicy (albo w mocno podejrzanych przybytkach). Drugi bez ceregieli kapitalizuje z ogromną pompą umiejętności zdobyte we wcześniej wspomnianym dojo. Czy jest to jakiś komentarz społeczny dotykający komercjalizacji sztuk walki, która miała miejsce już w tamtych czasach, a sensei ją kontestowali? Trochę jest. Tak uważam.

Fot. Flickr/friskytuna – street fighter team

Mortal Kombat

Fot. Mortal Kombat. Public Domain

Mortal Kombat miał być Street Fighterem dla starszych braci i taka była marketingowa dyrektywa tkwiąca w założeniu tej gry. Poszło to tak daleko, że w kinowej ekranizacji marka była już otwarcie zblatowana z subkulturami sceny klubowej muzyki rave i techno. Pisałem więcej o tym TUTAJ,w tekście poświęconym najciekawszym soundtrackom z gier komputerowych. Przejdźmy jednak do naszej plejady zawodników i zawodniczek.

Sub Zero i Scorpion

Fundamentami marki Mortal Kombat i jej znakiem rozpoznawczym są wojownicy ninja. Mowa tu nie tylko o tych dwóch kluczowych, odzianych w żółto-czarne i niebiesko-czarne stroje. Reptile, Smoke, Noob Saibot, Rain, Ermac, Milena, Kitana, Jade i wiele innych są praktycznie z tego samego lub bardzo zbliżonego ze sobą wizerunkowego miotu. Oczywiście zaraz potem należy też wspomnieć o Raidenie, Sonyi i Kano. I o nich wspomnimy, jednak nieco niżej.

Fot. Public Domain

Amerykanie kochają ninja – to uczucie może być jednak dość płytkie, bo to nie ich historia. Kiedy w latach 80. swoją premierą miał Amerykański ninja z Michaelem Dudikoffem zarazili tą fascynacją cały świat. Japończycy mają do ninjas niejednoznaczny stosunek i jest on w popkulturze często eksponowany jak chociażby w naszej recenzji Ghost of Tsushima.

W pierwszej części Street Fighter z 1987 pojawia się Geki – ninja, który w późniejszych częściach zostaje zastąpiony przez Vegę. Geki pojawia się znowu dopiero w Street Fighter V (2016), czyli po trzydziestu latach (sic!). Innymi słowy, na długo po tym jak Mortal Kombat zmonetyzowało fenomen i popularność ninja w popkulturze.

Ciekawym jest fakt, że nie pociągnięto tematu z Geki przez twórców Street Fighter. Czy wpłynęły na to historyczny bagaż tych wojowników? Bandyci i plebs pozbawiony honoru? W Japonii samuraje są postrzegani jako uosobienie cnót, do których aspirować powinien obywatel i mężczyzna. Ninja to zwykły podrzynacz gardeł / skrytobójca i niewykluczone, że w osiemdziesiątym siódmym Geki spełniał jedynie archetyp lokalnego drania i punka (Birdie) do obicia mordy. Pańszczyzna czy inna forma feudalizmu to było legalne niewolnictwo i tak należy to traktować z perspektywy historiograficznej. Bez ukłonów i laurek skierowanych w stronę monarchii.

Fot. Public Domain

Zostawmy jednak dekonstruowanie mitu samuraja i historii ninji, ponieważ Mortal Kombat się z nim w jakimś tam stopniu rozprawia. Plus nadaje wizerunkowi ninja tej mistyczno-mrocznej otoczki, którą tak pokochaliśmy w Mortal Kombat. Historia Subzero i Skorpiona udowadnia, że nawet ninja mogą odnaleźć odkupienie i zwalczyć waśnie między klanami, a także zakończyć wyniszczające je wojny. Tylko seria MK opowiada takie historie.

Johnny Cage i Liu Kang

Czego by dobrego nie powiedzieć o serii MK, to Johnny Cage i Liu Kang to klony Kena i Ryu. Wiem, wiem Liu Kang walczy stylem kung-fu, a Ryu jest karateką. Mimo to obaj odwołują się do archetypu nobliwego i skromnego tułacza – wybitnie uzdolnionego w sztukach martial arts. W tym przypadku Ryu wypada nawet może nieco mniej łzawo, bo bez mitu pomazańca.

Z kolei podobieństwo Cage’a do Kena jest jeszcze mniej do wybronienia. To właściwie charakterologicznie ten sam goguś, czyli projekcja najgorszych cech Bruce’a Lee, którą starał się w swoim ostatnim filmie uwypuklić Tarantino. Twórcy MK oczywiście również w przypadku Cage’a dodają mit wybrańca. Ta jego zielona energia to pradawna moc gaelickich wojowników. Jeszcze sprzed czasów koncernowego, ciemnego browaru klarowanego na rybich ościach i przymusowej chrystianizacji.

Fot. Flickr/SobControllers – Mortal Kombat 9, Liu Kang

Sonya, Kano i Jax

Sonya jak to zwykło mieć miejsce w USA w gamedevie stanowi mocne empowermentowe usankcjonowanie pozycji kobiet w armii USA. Generalnie amerykańskiemu gamedevowi i ogólnie popkulturze mocno po drodze z wojskowymi agendami i takie historie są nawet do dziś chodliwe. Twarda pani oficer – checked.

Jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B. Sonya i Kano to Ying i Yang. Wizualnie Kano jest kolejnym wcieleniem Deathloka (1979). Nawet w motomyszach pojawił się cyborg z czerwonym, sztucznym okiem.

Cyborgizowane szaleństwo jedzie jeszcze dalej niż Jax, bo Sektor i Cyrax. To mocno oddziałuje na psychikę dzieciaka, że taki chłop, jak Jax ma dwie ogromne metalowe sztuczne ręce. Dopiero później twórcy zmienili ten koncept na zbroję wspomaganą. Sami chyba do końca nie są pewni, w której części to cybernetyczne implanty, a w której fragmenty zbroi wspomaganej.

Raiden

 

Świat jest jak echo, jak to słusznie podkreśla Piernikowski. Zasłyszane, obejrzane rzeczy zwyczajnie na nas oddziałują. Oddziałują też na twórców i przepuszczone przez ich prywatne filtry, zostają wypuszczone na zewnątrz. Raiden to okładka Ride the Lightning i vice versa. Spójrzcie na zakończenie walki boga piorunów w kanonicznych częściach serii.

Na azjatyckim Zeusie zasadza się cały koncept serii Mortal Kombat, a jest nią mitologia. Mortal Kombat Mythologies. Twórcy robią to z pełną świadomością.

Podsumowanie

Jeżeli miałbym ustawić się po jakiejś stronie barykady, to jestem raczej z #teammortalkombat.

Fot. Flickr/Jon Roig – Mortal Kombat Cart.

Street Fighter darzę ogromnym sentymentem, ale jednocześnie trochę mierzi mnie pulpowość i arcade’owość tej gry. Jeżeliby odrzeć tę serię z sentymentu, to jedynie globalna wioska kultury martial arts. Nie ma w tym nic złego.

Mortal Kombat zaimplementowało do gatunku mordobić mroczny i mistyczny klimat, jakiego zwyczajnie nie było w Street Fighter. Było to szalenie wizjonerskie i wpływało na dzieciaki, niezależnie od tego, jak później zmieniały się ich gusta.

W Mortal Kombat grali dresiarze, punki, metale, dyskomani, techniarze i rejwiarze, a także normiki. Mortal Kombat to nadpop. Pop inkorporujący jakieś dziwne wtręty, które teoretycznie kompletnie nie powinny przypaść do gustu szerokiemu audytorium.

Wreszcie Mortal Kombat, to fantasy z tymi wszystkimi frakcjami i rasami. Zwyczajnie nie wierzę, że nikt nie wpadł na to żeby zrobić z Mortal Kombat jakieś izometryczne cRPG w stylu XCOM albo nawet lepiej – Baldur’s Gate czy nawet third perspective w stylu KOTOR. To uniwersum do dziś ma tak ogromny potencjał.

Paradoksalnie dzięki tym mitologicznym zacięciom stojące obok Street Fighter jawi się jako ta bardziej zsekularyzowana seria. Niektórzy fani sztuk walki zapewne zazwyczaj nie mają ochoty na jakieś ezoteryczne mumbo jumbo dla cybergotów, które dowozi Mortal Kombat. 

Street Fighter jako ten bardziej purystyczny i pomimo mniejszej brutalności, kulturowo bardziej rzeczywisty, może być dla nich bardziej zjadliwy. Przecież tylko Blanka i Dhalsim są jakimś odpałem w tej serii. Niewykluczone, że obaj również byli tropem, którym inspirowali się twórcy Mortal Kombat przy tworzeniu unikalnego klimatu swojej gry.

Dziś, kiedy wszyscy jesteśmy wąsko podzieleni w swoich zainteresowaniach, nie spotkamy już w salonie gier innych ludzi niż my. Dziś ten rodzaj chłopaków, którzy byli również tak mocno zainteresowani turniejami w bijatyki wolą samochodówki albo Fifę. Boisko albo nielegalne wyścigi. Zarówno w realu jak i na cyfrowych nośnikach. Bijatyki – właściwie jako gatunek – są dziś poddawane ciągłej resuscytacji i powinno powstać badanie na ten temat, by sprawdzić, kto w nie w ogóle jeszcze gra? Te gry nadają się na imprezę albo popykanie maks godzinę. Nie oferują przecież zupełnie tego, co jakieś przygodowe rzeczy wkręcające na grube godziny.

 

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments