Zagrałem w Baldur’s Gate 22 lata po premierze. Czy to naprawdę powinna być gra kultowa?

Grzegorz Ćwieluch Publicystyka Publikacja: 11.06.2021, 10:16 Aktualizacja: 11.06.2021, 10:16
Część z was pewnie pomyśli: „co jest, nie grał w jedynkę Baldur's Gate? Chłop chyba żył do tej pory pod kamieniem, co za noob" — lub tym podobne. Śpieszę wyjaśnić, że grałem fragmentarycznie z doskoku, ale nigdy do niej na dłużej nie przysiadłem.
0 Udostępnień

Kiedy w 1999 roku pierwsza część Baldur’s Gate szturmem wdarła się do Polski, nie miałem się nią nacieszyć. Gra miała wysokie wymagania sprzętowe, którym mój piec nie był w stanie podołać — co zresztą w późniejszym wieku sprawiło, że przesiadłem się na konsole.

W jedynkę Baldur’s Gate pykałem więc raz po raz u kolegów, a kiedy miałem już konkretnego pieceta wyszła dwójka. Nie ugrałem właściwie nic oprócz Nashkel — czyli tak jak już wspomniałem — właściwie nic. 

Zamiast grać w jedynkę, zostałem uwiedziony konceptem dwójki. Jedynkę olałem, bo w dwójce mogłem mieć na starcie mocną postać (plus klasy, których nie było w jedynce), a w poprzedniczce trzeba było robić to wszystko od zera. Poza tym grafika była gorsza i dało się zauważyć mniej egzotyki w settingu. Inna kwestia, że w czasach premiery pierwszej części byłem ultrasem WFRP i WHFB. Wolałem malować figurki Wojowników Chaosu niż ścigać Sarevoka, który był ich ewidentnym rip-offem. 

Dziś kiedy patrzę na to, gdzie wywiodły fantasy WoW i LoL — zarówno DnD jak i Warhammer są dla mnie wyznacznikami tego, co fajne w tego rodzaju settingach. Sam Baldur’s Gate jawi się jako linia demarkacyjna tego, co w epic fantasy jeszcze jest dobre. Przy tego rodzaju konkluzji idealne było dla mnie skorzystanie z jednej z promocji, jakie pojawiają się na wersje Enhanced Edition.

Wrażenia i dystans czasów teraźniejszych

Wspominałem wcześniej o tym, że pierwsza część Baldur’s Gate miała duże wymagania sprzętowe, jak na ówczesne czasy. Szczególnie na portfele statystycznego Polaka tamtego okresu. Jednocześnie grafika wydanej w 1998 roku jedynki w porównaniu do wypuszczonego w 2001 Icewind Dale to różnica jak między niebem a ziemią.

W Icewind Dale ręcznie malowane plansze zachwycały, kiedy plansze Baldur’s Gate z tymi buro-pomarańczowymi pacniętymi plamkami koron drzew, paskudnymi budynkami i jeszcze jako tako wyglądającymi postaciami kompletnie nie robiły wrażenia.

Dla kontekstu należy dodać, że rok wcześniej Interplay wydał wyprodukowaną przez Black Isle jedynkę Fallouta i grafika Baldur’s Gate zrobionego przez Bioware jest na tym przykładzie jeszcze bardziej paskudna. Dwa lata wcześniej konkurencja z Blizzarda wypuścił pierwszą część Diablo, którego animacja i grafika zjadała tę z pierwszej części Baldur’s Gate.

Czy ktoś podniósł wtedy larum o słabą optymalizację, tak jak dziś w przypadku CP2077? Nic z tych rzeczy, a kiedy już polscy gracze zdążyli się zaopatrzyć w zdolne do udźwignięcia gry sprzęty, ta już zwyczajnie kiepsko się zestarzała. Te same maszyny były w stanie ponieść lepsze graficznie tytuły (jak wspomnianego Icewind Dale).

Co więc stanowiło o sile tego tytułu skoro graficznie i animacyjnie było tam nawet nieco poniżej przeciętnej standardów drugiej połowy lat 90.? Odpowiadam. Była tam jakaś efemeryczna atmosfera święta i inauguracji. Uroczyste otwarcie z pompą nowego okresu w historii gamedevu. Wyboistej, ale słusznie obranej drogi. Fallout to było ciche zwycięstwo tej metodyki, ale Baldur’s Gate to był jasny statement. Przekładamy tabletop na język gier komputerowych. Trend ten może nie dominuje dziś na rynku gier, ale jest coraz bardziej wyraźny. Gry Action Adventure zamieniają w cRPG w czasie rzeczywistym. Ponadto coraz częściej deweloperzy sięgają po przyprószone kurzem podręczniki tabletop RPG.

Kiedy grasz dziś w pierwsze Baldur’s Gate, czujesz tę wesołą celebrację tego, że ten tytuł jest kamieniem milowym w historii gamedevu. Odnosisz wrażenie, że twórcy z BioWare przegrali niejedną kampanię i sesję w Dungeons and Dragons. Ten hype celebracji ciągnie dalej pomimo tego, że fabuła tutaj nie jest jakimś rocket science.

NPC, których możesz zwerbować, mają naprawdę jakąś osobowość. Co prawda najczęściej denerwują i chyba na to chcieli mocno postawić twórcy, bo nie wierzę, żeby był to przypadkowy efekt. 

Khalid irytuje, Montaron i Xzar podobnie. Khalida nie wyrzucasz z drużyny, bo odejdzie z Jachirą, tfu… Jaheirą. Natomiast Jaheirę zachowujesz taktycznie, bo jest pierwszym towarzyszem, którego napotykasz na swojej drodze posiadającym czary lecznicze. 

Towarzyszy dobierać więc powinieneś pod charakter swojej postaci, ale większość graczy nawet ze złymi podstawowymi postaciami prędzej zwolni Xzara i Montarona niż Jaheirę i Khalida. Wydaję mi się, że w tym momencie twórców BioWare przerosła dowolność wyboru charakteru postaci tabletop. Ot dysonans ludonarracyjny. Oczywiście wybrnęli z tego trochę wprowadzając narrację między postaciami o odmiennych charakterach. Twórcy Pathfinder: Kingmaker zrzynają niemożebnie i próbują to odtworzyć. Nie mają jednak one tyle uroku co kwestie zasłyszane w ubiegłym stuleciu.

Tu dochodzimy do dialogów i dubbingu. Legendarnego głosu Piotra Fronczewskiego jako narratora opowieści z Wybrzeża Mieczy. Jan Kobuszewski w roli narratora snów jest moim zdaniem nawet jeszcze bardziej legendarny czy też (jak to wypada powiedzieć przy produkcji epic fantasy) — epicki. 

Kiedy jednak ten drugi aktor odgrywa gnoma z drugiej części gry, odkrywamy, jak blisko bajki i granicy kiczu ociera się narracja scenarzystów z BioWare. Plejada znanych aktorów sprawia, że na naszej szerokości geograficznej celebracja, o której wspominałem, nabiera jeszcze więcej głębi. 

Aktorzy schodzą między nas ze swojego celebryckiego piedestału i przyznają, że drama będąca istotnym aspektem rozgrywek fanów RPG we flanelowych koszulach jest również istotnym aspektem sztuki, jaką uprawiają. Dochodzi oczywiście rozmach przedsięwzięcia, jakim jest inkorporowanie settingu Dungeons and Dragons do świata gier komputerowych. Gorący debiut, a BioWare pełni tu rolę gospodarza tego eventu.

Obosieczny miecz i nie tylko oraz straszna Kopalnia Nashkel

Enhanced Edition nie zmienia nic w mechanice gry. Rozwiązania, jakie omijały prawie wszystkie gry cRPG, są tam zaimplementowane. Dla przykładu: doświadczenie postaci w izometrycznych cRPG nie jest dziś tak reglamentowane jak w pierwszym Baldur’s Gate. Niektóre postacie spotykamy później. Dlaczego więc mają mieć zerowy poziom doświadczenia, a zwolnione postacie to stracone punkty exp? To kuriozalnie rozwiązanie zestarzało się równie źle co grafika pierwszej gry. 

Kopalnia Nashkel w ogóle nie jest straszna, a zakończenie questa w niej jest co najmniej rozczarowujące fabularnie. Generalnie skrypt fabularny ma jakiś klimat i nie jest tak sztampowy jak fabuła takiego nowego Pathfinder: Kingmaker, która jest totalną zrzyną z Neverwinter Nights 2  (przemieszaną trochę z jedynką Pillars of Eternity dla niepoznaki).

Plot twisty w Baldur’s Gate cały czas się bronią, choć dialogi są momentami niesamowicie suche. Plus sama mechanika dialogów oznajmiających NPC (bez możliwości odniesienia się i w ogóle powrotu do zawartych w nich informacji) jest tragiczna i strasznie też czasem zgrzyta między zębami ograniczona ilość wyborów opcji dialogowych.

Soundtrack do gry jest przeciętny z lepszymi momentami, ale bez fajerwerków. Kiedy słuchamy OST do Fallout i Planescape Torment odnosimy wrażenie jak bardzo mediocre był OST zamówiony przez BioWare. Chyba tylko main theme jako tako nie wylatuje drugim uchem.

Sarevok jest nemezis niezbyt spektakularnym. To karykaturalny płaski złol — okrutnik rozkoszujący się przemocą będący totalną kalką Kurgana z filmu Nieśmiertelny. Dziś to kompletnie za mało. Dodatkowo wizualnie wygląda jak randowomowy Wojownik Chaosu z Warhammera. W tamtych czasach zwane jeszcze Advanced Dungeons and Dragons epic fantasy zdawało mi się Warhammerem w wersji soft i rzeczywiście po latach wystarczy jeden przerośnięty badass w płytówce z rogami żeby w DeDeczku zrobiło się grożnie. Kiedy w Warhammerze są ich tysiące, a walka z nimi jest desperackim gestem skazanego na zagładę świata.

Warto, czy nie warto sięgać po Enhanced Edition jedynki Baldur’s Gate?

Baldur’s Gate to typowe pierwsze koty za płoty. Dwójka jest oczywiście o wiele lepsza i ciekawsza, ale jedynka z tymi wszystkimi zniuansowanymi dodatkami jest całkiem-całkiem. Not bad, not terrible. Na pewno warta poświęcenia czasu, bardziej niż niektóre dzisiejsze produkcje w obrębie tego gatunku.

Ta historia broni się do dziś i szczególnie przez to, że niedługo będzie nam dane sprawdzić kolejną odsłonę jej kontynuacji. Dlatego warto się z nią zaznajomić. Dla młodszych graczy grafika będzie straszna, ale może łatwiej połapiecie się w tym, o co chodzi w hajpie na serię BG. Chyba że twórcy trzeciej części odetną się fabularnie grubą kreską i protagonista nie będzie mieć nic wspólnego z dzieckiem Bhaala.

Zobacz także:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments