7 rzeczy, które zapamiętam z 2019 roku – FISH&CHIPS #6

Tomasz Pstrągowski Publicystyka Publikacja: 16.01.2020, 13:00 Aktualizacja: 23.01.2020, 9:33
Popkultura przyzwyczaiła nas, że dobro zwycięża. A wraz z nim cały szereg uniwersalnych wartości wiązanych z „jasną stroną Mocy”: tolerancja, równość, różnorodność, życzliwość, demokracja, empatia. 2019 rok jest inny - pisze w szóstym odcinku cyklu FISH&CHIPS Tomasz Pstrągowski. Które dzieła popkultury były światełkami nadziei pośród dwunastu miesięcy wypełnionych rozczarowaniami?
disco elysium - fish and chips 6
45 Udostępnień

SPOILER ALERT

W artykule zdradzam szczegóły fabularne następujących utworów: Disco Elysium, Maquia. When the Promised Flower Blooms, Kroniki Times Square, Skywalker. Odrodzenie.

1. Najuczciwszy ekran „game over”

To było najbardziej zasłużone „game over” w mojej karierze. Od pierwszych sekund opisywanego w FISH&CHIPS Disco Elysium mocno się w tę grę wczułem. Być może za mocno. Dużo erpegowałem, podejmowałem decyzje niezgodne ze mną, które moim zdaniem podjąłby Harry. To dlatego, obudziwszy się na kacu gigancie z wyczyszczoną pamięcią, uderzyłem do pierwszej napotkanej kobiety z żałosnym podrywem, ocierającym się o molestowanie. Na kościach wypadł krytyczny pech. Spławiła mnie, sympatycznie wyśmiała, powiedziała, że pożałuję.

I pożałowałem.

disco elysium - fish and chips 6

20 godzin później, gdy – już trzeźwy i pogrążony w śledztwie – dowiedziałem się, że prawdopodobnie padła ofiarą gwałtu. Wiedziony wyrzutami sumienia i pogardą do samego siebie Harry przeszedł załamanie nerwowe i odszedł ze służby. Gra poczęstowała mnie krótką notką i ekranem „game over”. A ja pokiwałem smutno głową, zgadzając się, że tak to się właśnie powinno potoczyć. Zasłużyłem.

2. Wzrusz na seansie

Rzadko zdarza się, bym znalazł w anime coś więcej niż emocje, które już doskonale znam. Za to zresztą cenię japońską popkulturę dla nastolatków. Gwarantuje mi ona bezpieczną wycieczkę do licealnej emocjonalności, nie zmuszając jednocześnie do nadmiernego wysiłku intelektualnego. Z takim nastawieniem zasiadałem do seansu filmu Maquia. When the Promised Flower Blooms wyreżyserowanego przez Mari Okadę.

Ale Maquia wzięła mnie z zaskoczenia. Na pierwszy rzut oka to stereotypowa, kiczowata historyjka fantasy o smokach, wojnach i niestarzejących się kawaii dziewczętach. Szybko okazuje się jednak, że Okada ma do powiedzenia kilka nieoczywistych rzeczy na temat macierzyństwa i rodziny.

fish and chips 6 - maquia

Mnie najbardziej poruszyło pytanie o to, czy matka – przymuszona do tej roli, pragnąca odzyskać dawne życie – ma prawo porzucić własne dziecko? I czy takie porzucenie musi oznaczać brak miłości? Ale jest też mądrze zadane pytanie o to, czy rodzina biologiczna jest cenniejsza (i bliższa) niż rodzina z wyboru.

Maquia nie jest najsubtelniejszym filmem. Swoje pytania zadaje wprost, zazwyczaj ustami zapłakanych, rozkrzyczanych dziewcząt. Nie zmienia to faktu, że ma odwagę je zadać. Więcej, ma odwagę udzielić odpowiedzi, nie wpisujących się w stereotypowe pojęcie o macierzyństwie.

Myślę o tym filmie nawet dziś, a nie jest to coś, co mógłbym napisać o wielu anime. Jak i to, że skończywszy ten artykuł najprawdopodobniej zasiądę do kolejnego seansu.

3. Ziewanie na Gwiezdnych wojnach

Mam do Skywalker. Odrodzenie dużo pretensji.

Nie podoba mi się, w jaki sposób potraktowana została postać Rose Tico. Z jednej z ważniejszych bohaterek Ostatniego Jedi została zdegradowana do statystki pojawiającej się na ekranie na 1 minutę i 20 sekund. Wyczuwam w tym nie tylko marne scenopisarstwo, ale i uleganie naciskom internetowych pieniaczy; rasistów i szowinistów niepotrafiących poradzić sobie, że Azjatka odegrała ważną rolę w ich ukochanym filmie, a do tego pocałowała Finna.

Nie podoba mi się też fakt, że J. J. Abrams wycofał się z najodważniejszej decyzji Riana Johnsona. Reżyser Ostatniego Jedi zerwał z arystokratyczną gwiezdnowojenną tradycją, czyniąc Rey człowiekiem bez zacnych przodków. Dzięki temu dzieciaki oglądające Gwiezdne wojny znów mogły poczuć, że jest to historia o nich – zwykłych ludziach, tak samo przecież ważnych, jak ci wszyscy Skywalkerowie i Palpatine’owie.

fish and chips 6 - star wars the rise of skywalker

Nie podoba mi się również jak niewolniczo Skywalker. Odrodzenie przywiązany jest do klasycznej trylogii. To już nie nawiązania i mrugnięcia okiem, ale zwykłe pasożytnictwo. Niemal każda postać zostaje przywołana. Jeżeli trzeba – wskrzeszona. I niemal każdy zabieg fabularny skopiowany. Na czele ze słynnym „jestem twoim ojcem”. Gołym okiem widać, że J. J. Abrams i włodarze Disneya nie mają żadnego pomysłu na Gwiezdne wojny, powielają tylko sprawdzone wzorce i spieniężają nostalgię.

Ale najgorsze jest to, że ledwie dwa tygodnie po seansie nie odczuwam już w zasadzie żadnych gwałtownych emocji względem Skywalker. Odrodzenie. Doskonale pamiętam za to jak wynudziłem się w kinie. Siedziałem, oglądałem, ziewałem i zamiast w napięciu czekać na finał, zastanawiałem się, kiedy ten niemal 2,5-godzinny źle zmontowany i pozbawiony sensu jazgot w końcu dobiegnie końca.

Żegnajcie Gwiezdne wojny. Byłyście w moim życiu przez ponad 20 lat. Wystarczy.

4. Pojednanie z Rei Ayanami

Jak mogliście przeczytać na łamach rubryki FISH&CHIPS w artykule o powrocie Neon Genesis Evangelion, zaserwowane przez Netflix odświeżenie kultowego anime było dla mnie nie lada przeżyciem. Do odświeżonej wersji podchodziłem jak do jeża. Nie tylko dlatego, że obawiałem się nowego tłumaczenie i dubbingu, ale i dlatego, że nie byłem pewien, czy chcę wracać do pewnych etapów mojego dojrzewania, odgrzebywać zapomniane popkulturowe traumy i znów grzebać w emocjach sprzed dekad. Bałem się, że moja miłość do serii okaże się tylko powierzchowną fascynacją jej bohaterkami.

neon genesis evangelion

Na szczęście oglądany w 2019 roku Evangelion okazał się serialem o wiele mądrzejszym niż go zapamiętałem. Traktującym o toksycznej relacji pomiędzy fanami i bohaterkami, które uwielbiają. Mówiącym mądre rzeczy o lękach i depresji. Seanse kolejnych odcinków Evangeliona nie tyle cofnęły mnie do licealnej emocjonalności, co pozwoliły spojrzeć na ówczesnego siebie z dystansu. Rozliczyć się ze splotem toksycznych emocji, który tkwił we mnie od lat.

Kiedyś, patrząc na Rei i Asukę, czułem wyrzuty. Kochałem je, fascynowały mnie, były ideałami dziewczęcości i kobiecości. Ale jednocześnie w bardzo gówniarski sposób je uprzedmiatawiałem. Jakby najbardziej interesowały mnie jako przyszłe bohaterki hentai. Dzięki ponownej lekturze Evangeliona jestem pewien, że ten etap mam już za sobą. Co więcej, odkryłem, że reżyser Hideaki Anno budził we mnie te wszystkie ambiwalentne emocje bardzo świadomie. Właśnie po to, bym mógł się z nimi skonfrontować.

5. Dylemat Candy Merrell

The Deuce (emitowany w Polsce pod nie najszczęśliwszym tytułem Kroniki Times Square) to najprawdopodobniej najlepszy serial ostatnich lat, którego nie oglądaliście. Stworzony przez Davida Simona i George‘a Pelecanosa opowiada rozciągniętą na 15 lat historię przekształcenia nowojorskiego Times Square z okolicy opanowanej przez mafię, prostytutki i alfonsów we współczesne centrum turystyczne. Rok 2019 przyniósł nam premierę ostatniego, trzeciego sezonu Kronik Times Square.

Jest w tym serialu wszystko, za co kocham twórcę The Wire. Dickensowski rozmach i reporterska ambicja. Spokojna, przejrzysta narracja. Nienarzucająca się, acz doskonała ścieżka dźwiękowa. Szereg wielowymiarowych, bardzo prawdziwych postaci inspirowanych ludźmi, którzy żyli i pracowali na Times Square. A przede wszystkim skłonność do zadawania trudnych pytań i niechęć do udzielania łatwych odpowiedzi.

Ta ostatnia tendencja najdobitniej objawia się w wątku Candy Merrell, prostytutki, a następnie aktorki i reżyserki porno, chętnie powtarzającej, że prowadzi dokładnie takie życie, jakie wybrała. Wierzymy jej, bo grana przez Maggie Gyllenhaal bohaterka jest przebojowa, pewna siebie i zazwyczaj naprawdę dobrze sobie radzi.

Kroniki Times Square 3

Ale rola Candy w The Deuce jest przewrotna. To właśnie ona usprawiedliwia przemysł pornograficzny. Wszak sama w nim uczestniczy i postrzega go, jako pole, na którym kobiety mogą dojść do głosu. Sam łapałem się na tym, że aż za często przytakiwałem tłumaczeniom Candy. Chciałem usprawiedliwiać pornografię, bo wikłanie jej w mechanizmy przemocy i wyzysku czyniłoby ze mnie hipokrytę. Nie tylko ze mnie zresztą. Cały współczesny Internet uzależniony jest od przemysłu porno, a popkultura przesiąknięta pornograficzną mentalnością.

Jednak Simon i Pelecanos nie byliby sobą, gdyby tak po prostu pozwolili widzowi przyjąć argumenty Candy. Dlatego w trzecim sezonie konfrontują ją z podstawowym pytaniem. Dobrze – mówi The Deuce ustami awanturniczej feministki, z którą sprzecza się Candy – są w przemyśle porno kobiety, które sobie radzą. Silne, niezależne, ambitne. Ich sukces służy jednak męskiej, proprzemocowej narracji, bo przyćmiewa mroczną stronę całego przedsięwzięcia. Nie tylko smutne losy słabszych kobiet, niepotrafiących pójść śladami Candy i wybić się na niezależność. Ale i postępujący powoli proces społecznego przyzwolenia na wulgaryzację seksu, przemoc seksualną i uprzedmiatawianie kobiet.

6. Fatalna kikimora

Wspaniałe jest to, co dzieje się wokół serialowego Wiedźmina. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio jakiś tekst kultury popularnej zgromadził wokół siebie tyle pozytywnej energii. Wiedźmin jest tworem głęboko niedoskonałym. Pełnym płycizn scenariuszowych, niewykorzystanego potencjału („w opowiadaniach było inaczej!”) i nieprzemyślanych scen batalistycznych.

Nawet sceny walki, za które produkcja zbiera pochwały, tak naprawdę ograniczają się do jednej sceny z pierwszego odcinka – wszystkie inne wyglądają przeciętnie. Ot, zwykłe telewizyjne rachu-ciachu. A przecież serial gubi też większość żartów. Ignoruje intertekstualność opowiadań Sapkowskiego. Spłyca antyrasistowską wymowę…

wiedzmin popularniejszy niz mandalorian

Ale jednocześnie Wiedźmin ma serce. Henry Cavill, choć zupełnie nie wygląda jak Geralt, gra go doskonale. Jaskier jest najlepszym Jaskrem, na jakiego mogliśmy liczyć. Yennefer jest wspaniała. Piosenki siadają. Drama zazwyczaj także. I nawet najbardziej plastikowe dekoracje nie psują zabawy w trakcie seansu.

Czemu? Trudno powiedzieć. Nie potrafię uchwycić ulotnej specyfiki, która sprawiała, że Wiedźmin budzi entuzjazm fanów, nie budząc jednocześnie aktywnej niechęci u widzów, którym nie podszedł. Serial Netfliksa po prostu ma w sobie „coś”; przypomina, że nie wszystko musi być arcydziełem.

Czasami „ok” jest naprawdę ok. I to wystarcza. Nawet do tego, aby pod względem wzbudzanego na całym świecie zainteresowania Wiedźmin był lepszy niż Mandalorian.

7. Poczucie bezsilności

Popkultura przyzwyczaiła nas, że dobro zwycięża. A wraz z nim cały szereg uniwersalnych wartości wiązanych z „jasną stroną Mocy”: tolerancja, równość, różnorodność, życzliwość, demokracja, empatia. 2019 rok jest inny. W 2019 wygrywają przemocowcy, wykorzystujący swą siłę i nasze lęki, by budować społeczeństwo oparte na nierównościach, nietolerancji i uprzedzeniach. W 2019 roku dobro przegrało.

fish and chips 6 - leaving neverland

Od Michaela Jacksona, oskarżanego w Leaving Neverland o gwałty na dzieciach, a bronionego przez tysiące fanatyków na całym świecie, niemogących pogodzić się, że autor ich ukochanych hitów był gnidą. Poprzez katolickich dostojników, którym po emisji Tylko nie mów nikomu nie postawiono żadnych zarzutów, i którzy wciąż manipulują wiernymi, wykrzykując nienawistne hasła przeciwko mniejszościom i ekologii. Zahaczając o decydentów z Activision-Blizzard uginających się przed Chinami i wykluczających gracza z rozgrywek, by chronić interesy w tym kraju. Aż po Gwiezdne wojny, uginające się pod szantażem przemocowych fanów i skręcające w kierunku elitaryzmu i rasizmu.

Jesteśmy sparaliżowani. Nie wiemy, co robić. Bezsilnie przyglądamy się kolejnym katastrofom i przegranym wyborom, które miały to wszystko odkręcić. Niczym naiwne dzieci, żywimy się nadzieją, że uratuje nas cudowny zbieg okoliczności, jak ten ze Spisku przeciwko Ameryce Philipa Rotha, gdy na ostatnich stronach okazuje się, że faszystowski koszmar da się odkręcić w jedną noc.

rok za rokiem

To poczucie bezradności dobrze uchwyciły dwa dzieła.

Po pierwsze: serial Rok za rokiem z Emmą Thompson, pokazujący – w karykaturalnym wyolbrzymieniu i wulgarnym uproszczeniu – jak źle to wszystko może się skończyć. Do czego może nas zaprowadzić bezkarność Donalda Trumpa, bezczelne kłamstwa Borisa Johnsona, sabotowanie Unii Europejskiej, łamanie zasad demokracji.

Po drugie: komiks Czas nienawiści, w którym Ameryka rządzona jest przez wyznawców białej supremacji, a lewicy pozostaje już tylko rozpaczliwy terroryzm. – Pamiętasz 2016 i cały ten hejt w sieci? Nie wierzyliśmy, że to się może udać – mówi bohaterka Czasu nienawiści – A potem w 2017? I przed wyborami w 2018? Mamy 2022. Ludzie już nawet nie czują nienawiści. Jakbyśmy wszyscy wpadli w katatonię – podsumowuje.

W prawdziwym świecie jest rok 2020. Brytyjczycy właśnie przegrali kolejne wybory o wszystko. Amerykanie zaraz przegrają swoje. Polacy najprawdopodobniej też. W sprawie ochrony klimatu przegrywamy z wielkim biznesem. W sprawie praw kobiet – z religijnymi fanatykami. W sprawie uchodźców – z uprzedzeniami.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że będzie gorzej. Czas się z tym pogodzić.

Grafika: HBO, Netflix, The Walt Disney Studios, ZA/UM.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o