Skopano #1: Kino sztuk walki ma kredyt wobec Bruce’a Lee

Przemysław Pawełek Publicystyka Publikacja: 23.05.2019, 14:21 Aktualizacja: 23.05.2019, 14:21
Kino sztuk walki to dziś jeden z tych nurtów, bez których trudno sobie chyba wyobrazić współczesną popkulturę. To istotna część składowa tak kultowych filmów jak Matrix, Kill Bill czy Hero. Obecni przedstawiciele gatunku najwięcej zawdzięczają jednak Bruce'owi Lee.
bruce lee
0 Udostępnień

Stare i nowe produkcje kina sztuk walki

To kino kopane, bite, ciachane bronią białą, a czasem nawet strzelane. W ostatniej dekadzie docierają do nas kolejne fenomenalne produkcje z takich krajów jak Korea, Indonezja czy Tajlandia, o Hong Kongu nie wspominając. Także świat Zachodu ma coś do zaproponowania.

Sztuki walki są w grach wideo. W filmach superbohaterskich. W komiksach. Bez nich kultura masowa nie byłaby taka sama. Zapraszam na inaugurację subiektywnego, odcinkowego przeglądu tych produkcji – starych i nowych – w których atrakcyjnie dla widza dają sobie po pysku.

Wejście smoka jako początek

Gdy byłem pętakiem, to miałem kilku ulubionych bohaterów. Indianę Jonesa. Jamesa Bonda. I Bruce’a Lee. Rozgraniczałem aktorów i ich rolę, ale w przypadku Bruce’a nie miało to znaczenia. Zawsze był tym samym spiętym, zasadniczym Azjatą, który niezależnie od sytuacji reagował tak samo. Niesamowicie szybko i skutecznie wymierzał sprawiedliwość niegodziwcom za pomocą swoich nóg i pięści.

Pewnie nie byłoby tej fascynacji, gdyby nie Wejście smoka – kultowy film z 1973 roku, który przysłużył się światowej popularności wschodnich sztuk walki jak chyba żaden inny. Film, który przyczynił się także do mojej fascynacji wschodnim kinem akcji, fascynacji trwającej do dziś, prowadzącej między innymi do tego, a mam nadzieję że także kolejnych, podobnych tekstów na serwisie, na którym go właśnie czytacie.

Lata siedemdziesiąte były oczywiście zupełnie inne od współczesnych z kilku powodów. Bruce Lee nie był jeszcze światową gwiazdą, choć po kilku legendarnych dziś produkcjach cieszył się olbrzymią popularnością w Chinach. Kino kopane powstawało w Hong Kongu w masowych ilościach, ale dla reszty świata pozostawało mało znane. Było także dotąd poza zainteresowaniami światowych wytwórni.

I wtedy wszedł smok, cały w złocie.

Wejście smoka największym filmem sztuk walki swoich czasów

Koprodukcja hongkońsko-amerykańska, wykorzystująca siły Warner Bros oraz spółki Concord Production, założonej przez Bruce’a Lee i Raymonda Chowa, szefa kultowej wytwórni Golden Harvest, miała wysokie ambicje. Film, bazując na tradycji Wschodu i Zachodu, miał odwoływać się do zróżnicowanych gustów. Oto na wyspę tajemniczego Hana, oficjalnie prowadzącego szkołę sztuk walki, a nieoficjalnie uznawanego za groźnego przestępcę, trafić mają przedstawiciele ras białej, czarnej i żółtej. Powodem jest organizowany na wyspie co kilka lat turniej, i każdy z bohaterów trafia dla niego z innych pobudek, które na końcu i tak okażą się mało ważne, gdy opadną maski, i przyjdzie czas konfrontacji.

Fabuła nie była zbyt fantazyjna, z dzisiejszej perspektywy wydaje się być wręcz banalna i przeeksploatowana, ale zawdzięczamy to właśnie sukcesowi Wejścia smoka, który z miejsca okazał się być międzynarodowym sukcesem, z którego do dziś czerpią, i do którego nawiązują kolejni autorzy kina kopanego i gier wideo.

 

 

Źródła sukcesu należy chyba upatrywać w połączeniu pierwiastka wschodniego z zachodnim. Niebanalną rolę odgrywał pewnie też budżet, bo Wejście smoka było największym filmem sztuk walki swoich czasów – z budżetem rzędu 850 tysięcy dolarów kilkukrotnie przewyższał poprzednie produkcje z udziałem Bruce’a Lee, a i tak sumę tę w zyskach zwielokrotniono nie kilka, a dziesiątki razy (jak podaje Rotten Tomatoes – wpływy sięgnęły 90 milionów dolarów).

Co wpływa na sukces produkcji?

Co więc zagrało? Wszystko, poczynając od fenomenalnej muzyki Lalo Schifrina, który swoją ścieżką dźwiękową nadał filmowi ten zniuansowany ton. W jego utworach znalazło się brzmienie jazzu, nieco funkowej pulsacji, frazy rodem z kina szpiegowskiego, ale i tradycyjne instrumentarium Dalekiego Wschodu. Wszystkie te tony i barwy odzwierciedlały złożoność tego niby banalnego filmu, będącego w istocie bliskowschodnią wariacją na temat Jamesa Bonda.

Postać grana przez Bruce’a, nazywająca się tu po prostu Lee (być może stąd moja dziecięca konsternacja), to adept Shaolin. Jego mistrz w porozumieniu z brytyjskim wywiadem wysyła go z misją infiltracji wyspy. Shaolin chce oczyścić swój honor i ukarać renegata, a brytyjski wywiad (czyżby MI6?) spacyfikować przestępcę.

Po kolei mamy tu więc sceny punkt niemal po punkcie zaczerpnięte z bondowskiej konwencji. Jest scena otwierająca, przedstawiająca nam bohatera, i potwierdzająca jego nadprzeciętne umiejętności – w tym przypadku jest to sparring, po którym następuje lekcja, udzielona przez Lee młodemu uczniowi. Jest niemal klasyczna odprawa przed misją. Jest klasyczny villain, silny, ale i o nieodzownej fizycznej ułomności, o którym jeden z bohaterów mówi, że wyjęto go ze stron komiksu. Villain ma swojego wzorcowego przydupasa, a nawet dwóch.

Jest egzotyka, osobiste pobudki połączone z żądzą zemsty, jest baza wroga, która oczywiście w podziemiach musi mieć tajny kompleks. No i zbiorowa scena walki w finale. Jedyne czego brakuje, by było 100% Bonda, to brytyjskiego protagonisty, lepiej zaprojektowanego i drożej zrealizowanego planu podziemnej bazy villaina, oraz większej ilości rozmachu oraz wybuchów w finale. Reszta już jest. No może poza gadżetami, ale te zastępuje niezawodne nunchaku.

Bohaterowie w Wejściu Smoka

Bruce Lee kradnie show, ale nieźle wypadają też inni bohaterowie, którzy niemal wykuli powtarzające się do dziś archetypy z filmowych i growych mordobić. John Saxon nie jest być może zbyt sprawnym wojownikiem, ale grany przez niego Roper wypadł nieźle jako półironiczny awanturnik z długami słabością do hazardu. Jeszcze lepiej wypadł Jim Kelly w roli Williamsa, wyraźnie lepiej machający kończynami i wprowadzony do filmu w duchu blaxploitation.

Listę zachodnich aktorów dopełnia Ohara – wysługujący się głównemu Złemu człowiek z blizną, grany przez Roberta Walla. Nie można też zapominać o Azjatach – mamy tu jedną z pierwszych ról Jackiego Chana, widocznego na ekranie przez jakieś 10 sekund. Więcej uwagi zebrał Sammo Hung, będący sparring partnerem Lee z początku filmu. Tu też mocny występ zaliczył chiński mięśniak Bolo Yeung.

 

 

Wejście smoka korzysta po prostu ze sprawdzonych wzorców, nad którymi czuwali Amerykanie, ale które po azjatycku doprawili koledzy Bruce’a Lee. Swoje robią tu scenerie, ale jednym z kluczowych elementów są sekwencje walk, których osobiście doglądał aktor. Pod względem dynamiki i ekspresji trudno je porównać do czegokolwiek, co wcześniej pojawiało się w amerykańskim kinie, choć wymiany ciosów robią jednak nieco mniejsze wrażenie niż te, z wcześniejszej Wściekłej pięści. Z drugiej strony połączone siły i duży budżet zapewniły, że nikt nie ma wąsów dorysowanych markerem czy wyjątkowo sztucznie wyglądającej peruki.

Przekaz filmu i popularyzacja wschodnich sztuk walki

Uniwersalny przekaz podbił widownię na całym świecie, popularyzując wschodnie sztuki walki, i zwracając uwagę Zachodu na kino kopane, a z Lee czyniąc międzynarodową gwiazdę. Sam odtwórca głównej roli – nauczyciel Steve’a McQueena i Jamesa Coburna, kumpel Chucka Norrisa – nie zakosztował największych owoców sławy, gdyż zmarł na miesiąc przed premierą filmu, nie ukończywszy swojego poprzedniego projektu, Gry śmierci.

Do dziś pozostało nam jednak dziedzictwo tej wyjątkowej koprodukcji. Ten film poprzez swoją prostotę, ale i bogactwo zawartych w tym filmie tonów, stało się wzorcem oraz punktem odniesienia. Do dziś filmowi krytycy trafiając na wyróżniające się filmy akcji ze Wschodu piszą lub mówią że to nowe Wejście smoka – udowadniając przy tym swoje umiarkowane ogarnięcie w temacie, bo Smok był, jest i będzie tylko jeden.

Żaden film nie stanie się już pierwszą produkcją ze Wschodu, która otworzyła dla gatunku drzwi do reszty świata. Regularnie powraca też struktura czy elementy tego filmu, czasem w taniej, kiczowatej formie, ale często też są to aluzje świadome, z przymrużeniem oka, ale i wyrażane z szacunkiem. Bez Wejścia smoka nie mielibyśmy przecież Mortal Kombat – ani gry, czepriącej pełnymi garściami z fabuły, ani późniejszego filmu.

Schemat powtarzał się też choćby w kinowym Dead or Alive, w podobnym stylu utrzymany jest też Quest z Van Dammem. Można mieć do tych filmów zarzuty, ale nie da się zaprzeczyć, że kino sztuk walki do dziś spłaca kredyt wobec Bruce’a Lee. Tak samo jak spłacają go kolejne pokolenia aktorów, którzy nawet jeśli przewyższają w czymś mistrza, to i tak nie wyjdą nigdy z jego cienia.

Grafika: Unsplash, materiały prasowe.

Przemysław Pawełek – Redaktor Polskiego Radia, dziennikarz, bloger, recenzent gier i komiksów, a także fascynat tychże od lat trzydziestu. Pierwszy film z Hong Kongu obejrzał tuż po tym, jak zaczął chodzić

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o