Skopano #3: Noc pełna przemocy

Przemysław Pawełek Publicystyka Publikacja: 10.08.2019, 12:00 Aktualizacja: 12.08.2019, 14:54
W trzeciej odsłonie cyklu Skopano Przemysława Pawełka prezentujemy skrócone kalendarium współczesnego indonezyjskiego kina akcji. Sprawdźcie, co łączy wymienione tutaj filmy.
0 Udostępnień

Szybkie podsumowanie, czyli migawka z indonezyjskiego kina

Rok 2009 – niespełna trzydziestoletni Walijczyk Gareth Evans kręci w Indonezji Merantau. Wyszedł mu przeciętny film kopany, zwracający jednak uwagę na debiutanta, praktykującego silat Iko Uwaisa. Film przeszedł bez większego echa, ale zmontował zręb ekipy, która dopiero miała pokazać na co ją stać.

Rok 2011 – Evans kręci The Raid, prosty fabularnie akcyjniak, który swoją dynamiką zawstydza produkcje z Zachodu, a intensywność starć pomiędzy policją a bandytami wyróżnia film na tle innych mordobić z dalekiej Azji. Znowu uwaga skupia się na Uwaisie, ale młody aktor ma na planie znakomitych partnerów.

Rok 2014 – powstaje sequel Raidu, tym razem o rozwiniętym scenariuszu, dopracowanej stronie wizualnej, i idący jeszcze dalej ze scenami akcji. Perfekcyjna jest tu choreografia, świetnie opanowali ją aktorzy, niesamowitą robotę robią także operatorzy, którzy są elementem tego baletu przemocy.

O Raidach jednak innym razem.

Rok 2016 – premiera Headshot, film pamiętany tylko jako dzieło części ekipy poprzednich produkcji, ale poza dwoma czy trzema niezłymi scenami akcji był to zawód.

Rok 2018 – Przychodzi po nas noc. Tym razem otrzymujemy pierwszą w historii netflixową produkcję z Indonezji. I znowu jest srogo.

Iko Uwais w tym produkcjach – ścieżka kariery aktora

Co łączy wszystkie te filmy? Udział Uwaisa w jednej z głównych ról. Jegomość przed Merantau był praktycznie nieznany, pracował bodajże na poczcie, by parę lat później rozkręcić międzynarodową karierę, wystąpić w filmie reżyserowanym przez Keanu Reevesa, czy zagrać epizod w Gwiezdnych Wojnach. Jego nazwisko przyciąga uwagę kopanek, choć nie jest niczego gwarancją – za dużo w takich filmach zależy od reszty ekipy.

The Night Comes for Us nie jest na pewno najmocniejszym tytułem w jego karierze, ale fani Indonezyjczyka powinni mieć tę pozycję na uwadze. Fabuła nie jest oczywiście zbyt wymyślna – filmowcy zabierają nas do gangsterskiego półświatka, przestępczego podziemia, pełnego przemocy, gdzie ludzkie życie ma wartość mniejszą niż na przykład handel narkotykami. Nawet, jeśli to życie dziecka. Splot okoliczności i walka o niewinną dziewczynkę prowadzi do kolejnych scen pełnych wymian ciosów, a w efekcie konfrontacji dawnych przyjaciół.

Film z Netflixa nie sili się fabularnie na zbytnią finezję, bo historia jest tu tylko pretekstem do scen akcji, widz znajdzie tu jednak typowe dla kina z tej części globu elementy: wątki lojalności, przyjaźni, powinności czy odkupienia. Wątki te wykorzystano jednak głównie po to, by namalować nimi trasę znaczoną przez krew i wybite zęby. Od samego początku widać, że postawiono na spektakularność, a za wzorzec postawiono sobie Raidy.

Przychodzi po nas noc – najnowsza kopana produkcja z Uwaisem

Od razu rozwiewam złudzenia – nie, to nie jest równie dobry film co dylogia Evansa. Nie ma tu też finezji w scenach walki – ani praca kamerą i montaż, ani choreografie (i ich egzekucja) nie są tak dobrze opracowane jak w filmach Walijczyka. Przychodzi po nas noc nadrabia jednak dzikością. W dalszym ciągu mamy do czynienia z kinem kopanym, ale sceny walk ocierają się o gore. Aktorzy walczą tu z autentyczną furią, i optymalnie bezbolesne znokautowanie przeciwnika jest na samym dole ich priorytetów. Leje się krew, łamane są kończyny, rozbijane są czaszki, a flaki zostają wywlekane poza zawartość jam brzusznych. W ruch idą ręce i nogi, a nóż staje się narzędziem śmierci w rękach dziewczynki, bo dorosłym jest wszystko jedno, czy posługują się piłą, ostrą jak brzytwa linką, czy ułamaną kością. Liczy się tylko efekt, a środki do jego osiągnięcia mają być po prostu urozmaicone.

Przychodzi po nas noc momentami jest przegadane, ale gdy przychodzi do scen akcji mamy do czynienia z rozwiązaniami, które mogą odrzucić od ekranu co wrażliwsze osoby. Może i nie jest to The Raid, ale to dalej świetnie zrealizowane sekwencje, pełne sadystycznej fantazji i urozmaiconych rozwiązań operatorskich. Spora w tym zasługa ekipy – reżyser i scenarzysta Timo Tjahjanto wyciągnął wnioski ze zmarnowanego potencjału Headshota. Iko Uwais jak zwykle zrobił swoje, za to efekt potęgują towarzyszący mu na planie Joe Taslim, Julie Estelle czy Zack Lee, z których każdy miał swój epizod w filmach Evansa.

Film Tjahjanto to stanowczo produkcja dla specyficznego widza – fascynata kopanek, miłośnika gore, fanów kina gangsterskiego kina akcji ze Wschodu. Jednocześnie przypomina, że egzotyczne kino z Azji to nie tylko kontynentalne Chiny i Hong Kong, ale także kinematografie jeszcze bardziej egzotyczne – koreańskie, indonezyjskie czy tajskie, i warto zachować czujność, bo potrafią naprawdę zaskoczyć.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o