Skopano #4: Matrix – wejście Neo

Przemysław Pawełek Publicystyka Publikacja: 14.09.2019, 16:00 Aktualizacja: 14.09.2019, 16:00
Sierpień 1999 roku to było dla mnie ostatnie takie lato. Już po maturach, jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Na progu 'dorosłego życia' korzystaliśmy z ostatnich chwil beztroski i wolności. Pamiętam dobrze ten moment, gdy wyszliśmy z projekcji debiutującego właśnie w kinach Matrixa.
25 Udostępnień

Rewolucyjna produkcja Wachowskich

Dziś brzmi to banalnie, ale przez jakiś czas staliśmy przed kinem i po prostu patrzyliśmy na otaczający nas świat. Wszystko było takie samo, jak wcześniej, ale my po tym filmie patrzyliśmy na rzeczywistość inaczej. Złote czasy, gdy ani trailery, ani serwisy społecznościowe nie spoilowały wszystkiego co się da, i można było puścić widowni mocno podkręconą piłkę. I tak staliśmy z tym mentalnym opadem szczęki, który de facto rozpoczął się ponad dwie godziny wcześniej – w trakcie otwarcia filmu, gdy Trinity biega po ścianach i łomocze próbujących ją spacyfikować gliniarzy. Właśnie tamta scena na swój sposób rozpoczęła nowy rozdział w historii kina – także kina kopanego.

Produkcja Wachowskich dwie dekady temu okazała się być rewolucyjna na kilku poziomiach. Po pierwsze – było to inteligentne kino rozrywkowe, potrafiące olśnić akcją, ale też prowokujące do myślenia. Po drugie – film był jedną wielką wyszywanką z motywów podkradniętych innym twórcom, trochę w tarantinowskim duchu – znalazły się tu cytaty z komiksów, anime, prozy Philipa K. Dicka, czy oczywiście filmów. Naturalnie mocno w oczy rzucały się tu także nawiązania do mordobić z Hong Kongu, czy produkcji Johna Woo. Po trzecie – Matrixa zrealizowano naprawdę pierwszorzędnie i oryginalnie. Produkcja domknęła pewien etap przejściowy, który zainicjował Terminator 2, akcentując moment, w którym efektami specjalnymi można było wiarygodnie przedstawić praktycznie wszystko. Do tego dochodziło czerpiące z komiksów kadrowanie, niespotykane wcześniej sceny ze spowolnieniem akcji, precyzyjnie zaplanowane strzelaniny, czy to, na czym skupiam się w tym cyklu, czyli fantazyjne okładanie się po pyskach.

Matrix – duchowy następca Wejścia Smoka

Pisząc parę tygodni temu o Wejściu Smoka wspomniałem, że gdy recenzenci piszą o nowym ‚następcy Bruce’a Lee’ i powołują się na jego kultowy film, to dają przy tym wyraz swojego niezrozumienia rangi wspomnianego dzieła, bo Wejście było tylko jedno, jedyne w swoim rodzaju. Jeśli istnieje jednak duchowy następca tej produkcji, która zaznajomiła Zachód ze sztukami walki, to jest to właśnie Matrix, który sugestywnie przypomniał o tym nurcie zmiecionym na margines popkultury.

Amerykanie nie potrafili do tego momentu równie dynamicznie, co Chińczycy kręcić walk wręcz. Od zawsze za dużo w produkcjach z USA było cięć montażowych i zmian perspektywy kamery, często unikającej wręcz prezentowania co bardziej druzgocących ciosów, a za mało dopracowanych choreografii, których nie da się wyćwiczyć bez nakładu czasu, a więc i pieniędzy. Matrix zrywał z amerykańską szkołą już od pierwszej sceny, wspomnianej próby aresztowania Trinity, która charakteryzowała się wszystkim tym, co potrafili filmowcy z Hong Kongu, a czego brakowało Amerykanom.

Martix, 1999r., screen z produkcji

Potem było jeszcze lepiej – starcie Neo i Morfeusza w dojo nie tylko pełne było długich i dynamicznych sekwencji wymian ciosów, miało także aspekt narracyjny. Scena nie tylko jest osią filmu, inicjując wewnętrzną przemianę postaci granej przez Keanu Reevesa, także sama walka i sposób poruszania się bohaterów sporo mówi o nich samych i o tym, jak sami się postrzegają. Neo, któremu dopiero co zaprogramowano programy odpowiadające za sztuki walki, popisuje się, szarżuje, ponosi go. Morfeusz – mający tu funkcję mistrza i mentora – jest spokojny, niemal flegmatyczny, bo pewien siebie i świadom swoich możliwości a także doświadczenia, które dawało mu przewagę. Podobnie zresztą wyglądają walki z agentami, którym nie brak siły i refleksu, ale brak finezji – są po prostu niszczącą siłą, która przetacza się po przeciwnikach niczym wymachujący kruszącymi ściany kończynami buldożer.

Co składa się na sukces Matrixa?

Wachowskim oczywiście nie udało by się tego osiągnąć bez właściwej pomocy. Ruchy każdego z bohaterów podkreślają jego tożsamość, a każda walka jest wyjątkowa dzięki zaangażowaniu Yuena Woo-pinga – chińskiego reżysera i choreografa wyspecjalizowanego w wire fu. Woo-ping to weteran branży – przed Matrixem koordynował sekwencje walk w Pijanym mistrzu z Jackiem Chanem, czy Dawno temu w Chinach z Jetem Li. To on stał także za sekwencjami walk z Czarnej Maski z tym samym aktorem, wobec którego to filmu Matrix ma równie duży kredyt co wobec animowanego Ghost in the Shell. Bez wiedzy i doświadczenia chińskiego filmowca sceny walk produkcji Wachowskich nie były by pewnie nawet w połowie tak dynamiczne i spektakularne.

Oczywiście Matrix nie jest filmem bez wad. Scenariusz pełen jest luk, efekty się nieco postarzały, środkowy akt jest za długi i przynudza, także kulminacja przesadza z dramatyzmem i lekko się ciągnie. No i niestety otrzymaliśmy też zawodzące oczekiwania dwa sequele. Nie da się jednak przecenić wpływu Matrixa jako dzieła, które na nowo zakorzeniło sztuki walki w zachodniej kinematografii, a do europejskich i amerykańskich kin ściągnęło współczesne produkcje prosto z Azji.

Ważna rola Yuena Woo-pinga – reżysera i choreografa wyspecjalizowanego w wire fu

Z obecnej perspektywy można mówić wręcz o dziedzictwie. W przeciągu następnych lat Tarantino dał nam dwie części Kill Billa (z choreografiami Woo-pinga), Ang Lee Przyczajonego tygrysa… (z choreografiami Woo-pinga), Stephen Chow Shaolin Soccer i Kung fu szał (z choreografiami domyślcie się sami kogo). W produkcję i dystrybucję kina kopanego zaczęły inwestować amerykańskie, czy też międzynarodowe studia, dzięki czemu dotarły do nas takie dzieła jak Hero, Dom latających sztyletów, a spoza Chin Ong Bak, Raid i wiele innych egzotycznych dzieł, przy okazji których dziennikarze mogli się pochwalić, że słyszeli o Wejściu Smoka, bo oto zobaczyli właśnie następcę Bruce’a Lee. Nawet jedyny jak na razie film wyreżyserowany przez Keanu Reevesa, czyli Człowiek Tai Chi, to projekt zrobiony wspólnie z kaskaderami z Matrixa, nakręcony w hołdzie chińskim kopaninom. Zgadnijcie – kto mu robił choreografie walk? Nagród nie będzie. To długa i interesująca lista filmów, która wystarczyła by mi pewnie jako drogowskaz do prowadzenia tej rubryki przez kolejne dwa lata, albo i dłużej.

Ta era w pewnym wymiarze trwa po dziś dzień. Kino kopane nie zawładnęło może zbiorową świadomością, ale sztuki walki stały się jednym ze stałych elementów kultury popularnej, dużo częściej pojawiając się w filmach czy serialach. Matrix podniósł zachodniej kinematografii poprzeczkę, pokazując jak robić to dobrze, z czego część filmowców wyciągnęła naukę. Całkiem nieźle, jak na film, od którego oczekiwałem tylko, że Keanu Reeves efekciarsko będzie nawalał z gatlinga lecąc helikopterem. Jak już wiemy – to nie koniec sagi, bo Matrix doczeka się kontynuacji. Szczerze powiedziawszy to ma dla mnie drugorzędne znaczenie, kto z obsady poza Reevesem powróci, byle by nie zapomnieli o zatrudnieniu Woo-pinga.


Przemysław Pawełek – redaktor Polskiego Radia, dziennikarz, bloger, recenzent gier i komiksów, a także fascynat tychże od lat trzydziestu. Pierwszy film z Hong Kongu obejrzał tuż po tym, jak zaczął chodzić.

Dotychczas w cyklu Skopano omówione zostały następujące filmy:

Zobacz także:

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o